środa, 10 października 2012
Dzisiaj znowu kolejny dzień na Lancie, równa się nigdy nie wiesz co się stanie i co będziesz robił. Dostaliśmy zadanie niezbyt miłe, ale ktoś to od czasu do czasu robić musi. Wszystkie zwierzęta, które niestety nie przeżyły, są przetrzymywane w specjalnie do tego celu przygotowanych zamrażarkach. Raz na czas zamrażarka się zapełnia, a o zwierzęcym krematorium zapomnij. Zapomnij też, że ktokolwiek weźmie je i podda kremacji. Jedyną opcją jest pochowanie ich na wyznaczonym i odosobnionym terenie. Dwunasta w południe, ze 35 stopni lekko a my (ja i mój kolega weterynarz z jednego z krajów sąsiadujących z Polską) robimy za grabaży. Doświadczenie dnia dzisiejszego mówi, że człowiek może się spocić tak, jakby chodził godzinę po ulicach podczas burzy. Odwodniłem się na najbliższy tydzień. Mimo tego, praca szła nam dobrze (przynajmniej jednemu z nas) i uwinęliśmy się ze wszystkim w jakieś dwie godziny. Potem szybki prysznic i na lunch. Weźmie człowiek pojedzie na drugi koniec świata, spotka totalnie inną kulturę, kuchnię, ludzi itd; potem idzie jeden z drugim do knajpy na jedzonko i chcą chłopaki spróbować czegoś orientalnego. Biorę menu do ręki i decyduję się na coś czego nigdy jeszcze nie jadłem. Ryzykuję. Jestem na takim etapie, że każdą tajską paciarę zjem i to nawet z przyjemnością. Zamawiam coś co się nazywa Tempura z wieprzowiną. Czekam 10 minut i dostaję..... 5 kotletów schabowych wielkości dłoni z frytkami :D Może nie idealnie jak nasze schaboszczaki, ale bardzo zbliżone. Człowiek się uczy całe życie ;) Wspomnę tylko, że za całe danie zapłaciłem równowartość 10zł ;) Pozdrawiam :)))
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz