Po pierwsze to nie wiem jak to dalej z blogiem będzie, a przynajmniej ze zdjęciami, bo coś mi się komp zbiesił i nie zamierza współpracować jak należy. Mam nadzieję przywołać go do porządku i kontynuować, ale w ostatnich dniach nie mogłem nic postawić. Mam nadzieję, że dzisiaj się uda i nie wywali się znowu w trakcie pisania.
Co do rzeczonej historii... Kilka dni temu pracuję sobie spokojnie w klinice, to tu coś wytnę, to tam coś podam, dzień jak codzień. Siedzę sobie w izolacji (nie permanentnie, tylko chwilowo obserwuję izolowane zwierzęta- dla jasności), wchodzi ktoś i podaje mi schroniskowy telefon. Pytam o co chodzi, okazuje się, że ktoś chce rozmawiać z weterynarzem z Polski, co więcej ten ktoś zna moje imię. Biorę telefon i słyszę kogoś kto usiłuje mi coś przekazać w angielskotajskim. Po kilku prośbach o powtórzenie ostatnich zdań, staje się jasne, że dzwoni jakaś kobita w sprawie swojego psa. Mówi, że ostatniej nocy pies został postrzelony z broni (!) i że nie wygląda najlepiej (raczej oczywiste. Zwykle nie wygląda się najlepiej po postrzale). Ponieważ pracuje w jednym z resortów na wyspie i aktualnie jest zajęta, prosi żebym się pofatygował i do nich przyjechał, żeby uśpić psa. Pytam czy jest zdychający- nie. Cała sprawa brzmi nieco dziwnie, ale ok idę na to. Pytam jak się do nich dostane, mówi że za dwadzieścia minut podjedzie po mnie auto. Wszystko fajnie, biorę zestaw dmuchawek, rurek i jestem gotowy. Po kilkunastu minutach, na parking przed centrum podjeżdża najbardziej wypasione Isuzu (pełno ich tu wszelkiej maści i rodzaju, w zdecydowanej większości pickupy albo vany), w kolorze czarnym z przyciemnianymi szybami. Z fury wysiada dwóch tajów i wchodzą do centrum. Angielskiego ni w ząb, chcą dzwonić do kogoś, ale pokazują na telefon i kiwają przecząco głowami. Proste pytanie "taxi? taxi?" rozwiązuje problem. Na ich twarzach pojawiają się uśmiechy od ucha do ucha i potakująco (dla odmiany) kiwają głowami. Ruszamy w kierunku auta, rzucam okiem na ławkę przed schroniskiem i macham do znajomych. Wsiadam, zajmuję miejsce na tylnym siedzeniu. W aucie klima daje z siebie wszystko, wszędzie skóra i drewno, na plecach foteli kierowcy i pasażera wmontowane ekrany. Luksus pełną gębą. Ruszamy i kierujemy się na południe. Nie mam zielonego pojęcia gdzie jadę. Zakładam sobie, że jeśli miniemy najdroższy resort na wyspie (który jest mniej więcej w dwóch trzecich drogi z centrum do parku narodowego który znajduje sie na południowym krańcu wysy), zacznę się zastanawiać o co chodzi i gdzie jadę. Chłopaki z przodu nie są zbyt rozmowni na początku, ale się starają. Pytają czy mówię po ichniemu, odpowiadam że nie. Pytają mnie o imię, odpowiadam i pytam o ich imiona. Jeden mówi za dwóch. Twierdzi, że ma na imię Tik a jego kumpel kierowca Ek. Jadę więc z Tikiem i Ekiem w stronę parku narodowego. Droga wiedzie przez niewielką wioskę, potem po drodze jest kilka resortów, a im dalej na południe tym bardziej pusto, dziko i zadupie. Rozglądam się w poszukiwaniu punktu orienatcyjnego i oto jest, najbardziej wypasiony resort na wyspie... Zostaje za naszymi plecami a ja nieznacznie przysuwam sobie sprzęt do usypiania. Myślę sobie, że dwóch to nie zdejmę za jednym zamachem ale mogę ustrzelić Eka (bo chłop byk jak na taja), a drugiemu pokurczowi dam radę spokojnie. Zaczynam się zastanawiać, skąd znają moje imię... Czyżbym zaszedł komuś na wyspie za skórę tak mocno, że zorganizował całą taką imprezę? Robi się niezbyt śmiesznie, bo w pewnym momencie mijamy (w mojej ocenie) ostatni resort przed parkiem narodowym i za chwilę tabliczkę mówiącą, że do parku zostały 3 kilometry. O tej porze w parku nie ma nikogo, pusto i cicho. Chlopaki nie wyglądają na spoconych, więc jest szansa, że jeszcze nie wykopali grobu gdzieś w dżungli. Ukradkiem wyciągam telefon z zamiarem napisania smsa do schroniska o treści "jestem w parku narodowym, jak bie wrócę za kilka godzin to możecie mnie gdzieś tam szukać broczącego krwią". Wszystko fajnie ale... nie ma zasięgu. Skubańce musieli to wiedzieć wsześniej. Auto powoli zwalnia około kilometra przed parkiem i skręca z głównej drogi w wąską, czerwonoziemną bitą drogę, która wiedzie prosto do dżungli. Sprawdzam drzwi, nie włączyli blokady tępaki. Jakby chcieli to zrobić porządnie to by zablokowali cholerne drzwi. Zaczynam się poważnie zastanawiać czy nie skakać z auta. Przejeżdżamy ze dwieście metrów i nagle wszystko się zmienia. Podjeżdżamy pod najbardziej odosobniony resort na wyspie. Auto się zatrzymuje, jakiś gość podchodzi do moich drzwi, otwiera je, wita mnie i zaprasza do baru. Brzmi nieźle. Po drodze pytam skąd znają moje imię, okazuje się, że są dobrymi znajomymi naszego tajskiego lekarza i to on dał im namiary na mnie. Dochodzimy do baru (na plaży a jakże) a tam koło czterech, pięciu psów. Mówią, że jeden z nich nie czuje się dobrze, że najprawdopodobniej został postrzelony. Sprawdzam psa, oglądam, dziury po kuli ni cholery. Pytam gdzie ta rana wlotowa, pokazują mi zadrapanie na uchu :/// Oprócz draśnięcia (pewnie przez innego psa), suka ma napięty brzuch i nie bardzo chce się ruszać. Stawiam na celowe zatrucie i z ich telefonu organizuję transport dla psa (czyt. auto, klatka, puzdro, smycz etc. - czyli wszystko to o czym powinienem wcześniej pomyśleć.) Gość który ze mną rozmawiał w barze na plaży, mówi że podczas naszej rozmowy przez telefon nie był w stanie sie wysłowić nalezycie i przeprasza za swój angielski (czyli jednak to był koleś...). Mówię, że nie ma sprawy i że jego ang jest całkiem niezły. Po pewnym czasie przyjeżdża auto, pakujemy psa, wracamy do centrum. Następnego dnia pies cały i zdrowy jest gotowy, żeby wrócić do resortu. Miejsce przepiękne, bar na plaży, leżaczki, basen, bungalowy cudo, więc pomyślałem, że jak nie będzie zbyt drogo to może się tam wybiorę w jakiś wolny dzień. Proszę naszego tajskiego doktora, żeby zapytał o cenę, kiedy przyjadą po niego. Zupełnie po wszystkim, kiedy pies już odjechał, pytam jak tam wygląda sprawa cenowo. Lekarz mówi, że nie jest zbyt drogo, bo to jeszcze nie szczyt sezonu, a dla mnie może załatwić sporą zniżkę. Mówię, że to bardzo ładnie z ich strony, że chcą się odwdzięczyć za uratowanie psa w ten sposób. Lekarz na to, że nie rozumiem... Mówi, że może załatwić mi sporą, bardzo sporą zniżkę. Nie łapię o co chodzi, zmieszana mina prowokuje go do wyjaśnienia... Okazuje się, że gość z którym rozmawiałem przy barze, to nie do końca gość... Albo jak kto woli kobieta z którą rozmawiałem przez telefon to nie do końca kobieta... To wciąż ta sama osoba. Sprawa nieco się rozjaśnia, przypominam sobie, że kiedy czekałem na auto gość stwierdził, że jak mu wyleczymy psa to mogę przyjechać kiedykolwiek i mam darmowy alkohol w barze...
Fajny resort, ale nie tęskię za luksusem jeszcze tak bardzo :D
Pozdrawiam z bezpiecznego centrum ;)) Do następnego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz