Z plażami to jest tak, że generalnie są ładne i wszystko cacy, ale jak pada albo jest szaro to plaża jak plaża. Czasem natomiast zdarza się tak, że akurat nie pada ;) (Chociaż szczerze mówiąc, na szczęście pada coraz rzadziej- papa poro deszczowa). No i jak nie pada, to jest szansa, że będzie ładny zachód słońca. Kilka dni temu akurat gdzieś jeździłem, coś załatwiałem i nagle zorientowałem się, że wszystko wokół jest w odcieniach czerwieni. Ciężko to opisać, jeszcze ciężej uchwycić aparatem. Jest taki moment, kiedy ceglasta czerwień wisi w powietrzu. Wtedy należy rzucić wszystko i jak w dym walić na plażę, bo na mur
beton będzie piękny zachód. Porzuciłem więc wszelkie podejmowane aktywności, zaopatrzyłem się w dwa piwka (w razie czego ;)) i wyciskając ile fabryka dała z mojego skuterka, pojechałem popatrzeć. Nie zawiodłem się, to był jeden z najlepszych zachodów jaki widziałem. Zdjęcie nigdy nie odda tego co się widzi w danym momencie. Jeśli patrząc na zdjęcie opada wam szczęka, lub robicie "wow", to należy pomnożyć to przez 10 i otrzymacie mój stan w tamtej chwili. Zapiera dech w piersiach. No mistrzostwo świata. Siedzę sobie więc, podziwiam to co widzę, a tu podchodzi jakiś taj i zaczyna konwersację :/
Miły, uśmiechnięty, półtorametrowy człowiek zagaduje o to, o tamto, skąd jestem, a co tu robię, a czy mi się podoba. Nie qźwa, nie podoba mi się, rzygam tą plażą, a posiedzieć w samotności patrząc na zachód słońca przyszedłem, bo mam skłonności masochistyczne. No więc odpowiadam, że "from Poland", na co on "aaa! Holland, bjutiful bjutiful". Posiedzieli, pogadali, zaproponował mi nawet pracę w jego barze na plaży, bo wkrótce otwiera. Odpowiedziałem, że się zastanowię (:D) i dam znać. Nie mogę się już na tamtej plaży pokazać :D. Na szczęście plaż pod dostatkiem. Zdjęć faceta na łódce mam chyba z milion, ale to
jest jednym z lepszych. Kulturalnie skończyłem konwersację z przemiłym tajem i zmyłem się z plaży po zachodzie. A no oczywiście z tajem była cała masa małych dzieci, które bawiły się turlając się po piasku. Nie ma się co dziwić, że nie uświadczysz w tropikach wysoko rozwiniętej gospodarki, przemysłu itd. Przecież jakbym się całe dzieciństwo talał po piasku na plaży podczas takich zachodów słońca, to potem przez całe życie moim głównym celem byłoby leżenie pod palmą. Poza tym jest cholernie gorąco, co nie sprzyja jakiejkolwiek pracy. Wiem, próbowałem. Pokopałem przez godzinę w okolicach południa i myślałem
że zemdleję.
We czwartek nadszedł wreszcie tak długo wyczekiwany dzień wolny.
Plan był z góry ustalony, nic tylko wstać rano i hej przygodo. Z Koh
Lanty, na Koh Phi Phi poza sezonem turystycznym odpływa tylko jeden
prom. O ósmej rano :/ Również tylko jeden wraca koło jedenastej rano.
Podróż zabiera koło godziny, więc ustaliliśmy że płyniemy, zostajemy na
jeden dzień a następnego wracamy. Nie było problemu z dogadaniem
na następny dzień, że będę w pracy nieco później. Pobódka o szóstej
była koszmarem, ale potem było już tylko lepiej. Na promie zameldowałem się o ósmej i w drogę. Myślałem, że prom będzie jakąś łódeczką, albo czymś skromnym, a tu niespodziewajka porządna łajba, dwa pokłady, miejsca do siedzenia jak w autobusie. Poza tym można siedzieć na dziobie albo rufie i podziwiać widoki. Uznałem, że muszę coś zrobić ze swoją opalenizną, bo wyglądam jak poskładany z dwóch manekinów. Ręce i nogi opalone, reszta blada totalnie. Rozłożyłem się na łódce, wystawiłem plecy na słońce i uciąłem sobie drzemkę. Lekcja nr 1 tego dnia- w Tajlandii można zjarać się słońcem o ósmej rano :/
Przez całą podróż można było oglądać Phi Phi, bo trasa biegnie w linii prostej, a między Lantą i Phi Phi nie ma nic. Z czasem jedna wyspa robi się większa, druga mniejsza ;) Tuż przed cumowaniem na Phi Phi do naszego promu podpłynął inny. Okazało się, że z Lanty płynie tylko jeden prom na Phi Phi i Phuket. I to jest ten sam prom. Kiedy ten zbliża się do Phi Phi, stamtąd wypływa drugi w kierunku Phuket. Ludzie którzy chcą dostać się do Phuket, muszą się przesiąść (!) na wodzie, na drugi prom. Myślałem, że operacja potrwa wieki i że będzie dość niebezpieczna, ale sternicy fachury obrócili oba promy, połączyli, ludzie
się przesiedli i po 3 minutach było po sprawie.
Tutaj na zdjęciu kutry rybackie z podwieszonymi na wysięgnikach żarówakmi. Najpierw myślałem, że w nocy lampki świecą się na różne kolory dla jaj (doświadczenie zebrane na Lancie z busów, które świecą jak choinki co wieczór), ale najprawdopodobniej trochę światła jest przydatne podczas nocnych połowów. Tak, czy inaczej wyglądają interesująco.
Phi Phi generalnie składa się z dwóch wysp. Jedna jest zamieszkała, druga nie. Obie są kamieniste i strome, a zamieszkała część to niewielki procent wyspy, wokoło plaży. Skały wznoszące się pionowo nad wodę, przy piaszczystej plaży w zatoce i krystalicznie czystej wodzie robią piorunujące wrażenie. Bajkowo.
Wszystko pięknie, ładnie do momentu kiedy schodzi się na ląd. Przystań, tłum miejscowych probujących cię namówić na zakwaterowanie, potem opłata za utrzymywanie wyspy w czystości (ta, jasne) i wreszcie można opuścić nabrzeże i ruszyć wąską uliczką wgłąb zamieszkałej części wyspy. Pierwsze wrażenie... nosz normalnie krupówki. Wszystko pod turystów, gwar, tłum ludzi, stragany jeden przy drugim. Najbardziej irytujący są tajowie, którzy namawiają na wyprawę łódką na niezamieszkałą wyspę. Siedzą i w kółko powtarzają "bołt, taxi bołt", uszy bolą. Phi Phi to podobno jedno z najlepszych miejsc na
świecie do nurkowania. Więc między wszystkimi straganami z żarciem, ozdobami, pierdołami, koszulkami, durnostojkami, pojawiają się sklepy oferujące kursy nurkowania. Większość z nich da się strawić, bo obsługa sobie siedzi, chcesz nurkować wchodzisz. Jeden sklep natomiast ma zasadę, że pracownicy muszą gadać do ludzi i zapraszać ich, tak jak tajowie na taxi bołt. Chyba ze dwadzieście razy podczas jednego dnia, usłyszałem "do you want to try out some scubadiving, mate?" Też irytujące. Jak się już człowiek który przypłynął z zacisznej Lanty, oswoi z gwarem, tłumem i całą tą turystyczną otoczką, można zacząć
podziwiać. A jest co. Longtaile ustawione rządkiem wzdłuż zatoki robią niezłe wrażenie. Poza tym, wręcz na plaży knajpa koło knajpy. Nic tylko siedzieć, popijać Singhę i napawać się widokiem. No bajka.
Padł pomysł skorzystania z usług jednego z panów taxibołtów i zobaczenia drugiej wyspy. Jest tam kilka miejsc, które powodują totalną relaksację mięśni żuchwy, co skutkuje opadem szczeny.
Pakujemy na łódkę, odbijamy i ruszamy w stronę mniejszej wyspy. Mimo, że teoretycznie sezonu turystycznego nie ma, ludzi tlum. Podobno tam sezon jest cały rok. No i zdecydowana większość turystów decyduje się na wycieczkę longtailem, szczególnie by zobaczyć jedno miejsce właśnie na mniejszej, niezamieszkałej wyspie. Nie do końca wiedziałem co może być aż tak niezwykłego, że wszyscy pakują w jedno i to samo miejsce. Po dziesięcio/ dwudziestominutowym rejsie, dowiedziałem się...
To właśnie mniejsza wyspa. Prawie dopływamy a ja tam nie widzę nic niezwykłego. No dobra, niezamieszkała wyspa na oceanie w tropikach jest w gruncie rzeczy niezwykła i wow, ale takich wysp to tu na pęczki. Czemu ci ludzie się tak zachwycaja, bladego pojęcia nie miałem. Popływamy do skalistych brzegów, powoli opływamy wyspę...
Nagle okazuje się, że w połowie długości wyspy znajduje się zatoczka... Wpływamy wgłąb wyspy poprzez ciasne gardło skał po lewej i prawej stronie wznoszących się na dobre kilkadziesiąt metrów...
Wszystko staje się jasne... Oglądaliście film "Plaża" z Leonardo di Caprio? Jak nie, to warto choćby dla widoków. Jak oglądaliście, to pojęcie takie czy inne macie. No więc to jest TA plaża. W tym miejscu kręcili cały film. Ludzi tłum, ale to nie przeszkadza. Zbieram koparę z podłogi łódki przez cały czas kiedy dopływamy. Raj na ziemii. Cała zatoczka ma głębokość około metra, może ciut więcej. Ludzie na plaży, w wodzie.. W takiej scenerii. Plaża i zatoka otoczona jest wysokimi skałami z każdej strony, poza wąziutkim gardłem. Moc.
Tuż za pierwszymi krzakami widocznymi z wody, znaleźć można knajpkę ( a jakże!) i kible Leonarda ;). Zimny browarek, dupsko na piasek i czego chcieć więcej. Potem oczywiście obowiązkowa kąpiel w superciepłej i turboczystej wodzie w zatoce...
Kilka następnych zdjęć nie wymaga chyba żadnego komentarza...
To ścieżka, którą podążał boski Leonardo :). Idzie się kawałek pośród krzaków i wychodzi na plażę...
Oczywiście można też ponurkować po drugiej stronie wyspy...
Lecę coś wszamać i popołudniu część druga relacji z wycieczki na Phi Phi ;)

























Tajlandia podkręca termostat, a w Polsce deszcz, wiatr, 8 stopni, wyspy tylko na jezdni i w hipermarkecie.
OdpowiedzUsuńWyrazy zazdrości i pozdrowienia znad Bałtyku posyłam :]