sobota, 13 października 2012

Misja ratowania psa z zaskakującym finiszem.

Hej. Przy tej krótkiej historii zdjęć nie będzie. Pojawią się później, bo muszę poprosić osoby postronne, które miały czas na robienie zdjęć, o przesłanie kilku. Ja tego czasu nie miałem. Ale po kolei. Wszystko zaczęło się dwa dni temu, przyszła wiadomość: Koło knajpy na plaży wałęsa się pies, stan fatalny, chudy, ranny, masakra. Szybka organizacja, planowanie następnego dnia i wczorajszym popołudniem wyruszyliśmy po psa. Było nas dwóch; ja i kolega norweg, który pracuje w ośrodku jako złota rączka, facet od wszystkiego. Dotarliśmy na plażę, zaparkowalimy auto i skuter. Rozglądamy się, psa nima. Czekamy cierpliwie na wolontariuszkę z Brazylii, która psa widziała, wie gdzie się szlaja i którędy iść. Przygotowujemy lotki, ładujemy dmuchawki, zwarci i gotowi przystępujemy do akcji osaczania psa. Łazimy po plaży, pomiędzy domkami, szwędamy się po terenie dobre pół godziny. Psa nie ma, trudno, spróbujemy innym razem. Powoli wracamy w kierunku auta. Podchodzi znajomy obcokrajowiec i oznajmia, że ma zadanie akurat dla nas. Tłumaczy, że znalazł orła (!) uwięzionego, zaplątanego w rybackie sieci, tuż obok na plaży. Pytamy, czy może załatwić jakieś ręczniki (w głowie cały czas mam obraz ORŁA, bydlęcia z przeogromnym dziobem i szponami), mówi że tak. Powoli zmierzamy we wskazanym kierunku. Idąc, mamy nadzieję, że to jednak nie orzeł, że nasz znajomy obcokrajowiec pomylił coś z orłem. Wciąż... jeśli mylisz coś z orłem, to to raczej wróbel nie jest. Przychodzimy na miejsce. Orzeł jak dzwon. Bydle niesiemskie. Noga zaplątana w nylonową grubą linkę. Tuż przy nodze spory węzeł, więc albo jakimś cudem sam się tak zaplątał, albo ktoś zastawił pułapkę. Na nasze (moje, bo wszyscy stali dwa metry dalej i robili zdjęcia) szczęście, ptaszysko było dość słabe, więc niezbyt skore do dziobania. Moje doświadczenie odnoście ptaków ogranicza się do karmienia kanarka w domu i trzymania papużki falistej na zajęciach na uniwerku. Próbowałem sobie przypomnieć uchwyt, ale weź jedną ręką złap orła za dziób, głowę, skrzydła i nogi. Powstał plan: na hura zarzucamy ręcznik na łeb i przyciskamy do gleby. Plan zadziałał i spod ręcznika wystawała tylko uwięziona noga. Nóż vs nylonowa linka 1:0 dla noża i ptaszysko wolne. Tylko co teraz i jak? Puszczamy? Odskakujemy? Kumpel wpadł na genialny pomysł: "To ja stanę kilka kroków dalej i będę kręcił film jak go wypuszczasz" No pięknie :/ :D Jedyne co mi przyszło do głowy (pewnie nie było to najszczęśliwsze rozwiązanie) to chwyt z tyłu za łeb, drugą ręką za nogi i rzut w powietrze. Modlilem się tylko, żeby poleciał a nie przywalił ryjem o kamienie dwa metry dalej. Nie byłby to najszczęśliwszy film :D. 3,4 rzut i orzeł w górze ;) Piękne zakończenie dnia ;)
Pozdr.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz