wtorek, 17 marca 2015

Ha Noi część pierwsza.

Dzisiaj pierwsza część relacji z wycieczki do Ha Noi. Plan był prosty, samolot, trzy dni na miejscu, szybkie zwiedzanie i wycieczka a w zasadzie rejs po Halong Bay. Dotarliśmy wieczorem, taksówka do hotelu, szybka szama i spać. Następnego dnia rano wzięliśmy mapę z zęby i ruszyliśmy na piesze zwiedzanie. Ha Noi zamieszkuje mniej więcej 6.5 milionów ludzi więc uznaliśmy, że ograniczymy się do "centrum" tak, żeby obskoczyć miejsca najbardziej warte obejrzenia. Na
początku zahaczyliśmy o jezioro Hoan Kiem ze sławną Turtle Tower na środku. Malownicze bajorko, pogoda sprzyjająca, więc zatrzymaliśmy się na porannej kawie/ piwie w knajpce tuż nad brzegiem. Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła był fakt jak dużo starszych mieszkańców miasta uprawia różnego rodzaju sporty. Co chwilę jakiś pomarszczony dziadzo walił sprintem brzegiem jeziora i choćbym chciał to prędzej bym płuca wypluł, niż go dogonił. Z jednej strony ogromna część
populacji pali; można palić dosłownie wszędzie- w parkach, na ławkach, w restauracjach i uwaga hit- w kolejce do lekarza. Z drugiej mnóstwo ludzi wydaje się praktykować aktywny tryb życia. Nasz hotel ulokowany był w dzielnicy turystyczno-imprezowej która w dawnych czasach była głównym ośrodkiem francuskich kolonistów co tłumaczy gęstą zabudowę o której za chwilę. Miasto przepiękne na swój sposób, tętniące życiem, głośne, z którego na pierwszy rzut oka nie ma ucieczki a
wszechogarniający hałas ulicznego ruchu po pewnym czasie robił się przytłaczający. Jeśli chodzi o ruch uliczny to szczerze przyznam, że nie mam pojęcia jak ci ludzie tam, żyją, jeżdżą i nie giną w setkach wypadków dziennie. Generalna zasada ruchu jest taka, że światła drogowe to nie wytyczne kiedy jechać a kiedy się zatrzymać a bardziej wskazówka kiedy skrzyżowanie jest mniej lub bardziej ruchliwe. Zdecydowana większość uczestników ruchu porusza się skuterami. Czasem są to w miarę
nowe skutery, często coś co trzyma się w większości na rdzy zawieszonej między dwoma mniej lub bardziej kolistymi oponami. Zdjęcie ze skuterami ciut wyżej to nie jakieś spore roboty drogowe i utrudnienia w ruchu, to zwykłe czerwone światło. Tony, setki, tysiące skuterów ciągną jeden za drugim. Najlepsza bania jest na rondach. Zasada numer jeden- pierwszeństwo na rondzie ma wjeżdżający. Zasada numer dwa- obojętnie czy masz pierwszeństwo czy nie jedź i mniej więcej
ogarnij lukę w którą możesz się wcisnąć. Oprócz okazjonalnych świateł nikt się nie zatrzymuje. Nikt. Nigdy. Stojąc na ruchliwym skrzyżowaniu wrażenie jest niesamowite. Jakimś cudem wszyscy się wymijają, często na grubość lakieru ale jakoś dają radę. Po obejściu jeziorka uznaliśmy, że kierujemy się w stronę uniwersytetu Hoi An. Powoli, mozolnie zmierzaliśmy na tak zwany azymut z nadzieją, że nic nas nie rozjedzie i że dotrzemy w jednym kawałku. Jeśli idziesz ulicą w
Ha Noi i z jakiegoś dziwnego powodu nie masz skutera, co więcej masz w miarę białą twarz, tudzież jesteś wysoki ponad przeciętną możesz się uznać za magnes dla wszelkiej maści ulicznych sprzedawców. Od jeziora do uniwersytetu jest mniej więcej ciut mniej niż kilometr. Na tym dystansie zaoferowano mi taką ilość wszelkiej maści podkoszulków, czapek, kapci, wisiorków, papierowych figurek, precelków, batoników, ciastek, książek, płyt cd i dvd, okularów, jedzenia że jakbym
chciał od każdej napotkanej osoby coś kupić musiałbym wynająć tragarza do noszenia wszystkich tych bambetli. Spora część budynków i zabudowa tej dzielnicy miała charakterystyczną cechę. Wszystko wąskie i wysokie. 4,5,6 pięter to norma ale budynki szerokie na jednego rosłego chłopa z rozpostartymi ramionami. Po interesującym marszu i napawaniu się lokalnym klimatem dotarliśmy pod rzeczony uniwersytet. Pić się nam chciało jak cholera więc uznaliśmy, że zatrzymamy się po
drodze na colę/ herbatę i odpoczniemy chwilę. Usiedliśmy na plastikowych dziecięcych krzesełkach w lokalnej knajpce, w zasadzie na chodniku acoby mieć widok na otaczający nas zgiełk. Widok czterech siedmiolatków na jednym skuterze przejeżdżających co chwilę ulicą już dawno przestał nas dziwić. Z knajpką związana jest kolejna historia z pająkiem mutantem. Otóż po przyjęciu sporej ilości płynów przychodzi moment, kiedy jakąś z nich część należy zwrócić do generalnego obiegu.
Szybki migowy międzynarodowy i wiem, że toalety znajdują się z tyłu knajpy. Walę jak w dym, okazuje się, że należy wejść w przydługi korytarz i gdzieś tam na końcu jest ubikacja. Wchodzę, mijam odbicie w lewo do jakiejś kuchni z której daje niesympatycznym zapachem starej skarpety przygotowywanej razem ze sporo przeterminowanym mózgiem i cisnę dalej wgłąb. Mijam kolejne odbicie na schody na których na oko pięcioletnia dziewczynka bawi się lalkami, standardowy klimat-
nie wiesz gdzie kończy sie knajpa a zaczyna dom- nareszcie jest. Jeden wątpliwej czystości pisuar po lewej i kabina po prawej. Kabina okazuje się zajęta więc podbijam do pisuaru w celu opróżnienia pęcherza. Jestem mniej więcej w jednej trzeciej procesu kiedy orientuje się, że 20 centymetrów od mojej twarzy, za jakąś rurką lecącą w pionie czai się pająk. Ale nie pająk pająk a bardziej coś co jakby się postarało to by mnie objęło i przytuliło nogami. No i jestem w kropce... Oddałbym
wszystko żeby mieć zeza bo weź tu ogarnij bestię ( w sensie pająka, nie myślcie sobie) i celuj tak, żeby nie nachlapać ludziom na chacie. Odsuwam się na taktyczne dwa kroki w tył jednocześnie wyginając się w łuk do tyłu acoby parabola lotu się dalej zgadzała. Przez kolejne 15-20 sekund zajmuję się obserwowaniem dwóch rzeczy na raz. Kończę, wracam do stolika, walę piwo na raz, na trzeźwo nie przeżyję w tym kraju.
Zostawiamy kawiarnię w tyle i wbijamy na uniwersytet. Ściśle rzecz biorąc to świątynia literatury i konfucjanizmu. Miejsce to było pierwszym uniwersytetem w Ha Noi. Jako szkoła funkcjonuje do dziś i kształci studentów od 1070 roku. Mieliśmy szczęście- trafiliśmy akurat na moment odbierania dyplomów przez grupę studentów. Magiczne magiczne miejsce.

niedziela, 15 marca 2015

Weterynaryjne (nie)szczęścia chodzą parami.

Dzisiaj dla odmiany nie będzie o Wietnamie. Nie będzie o Azji. Nie będzie nawet o podróżach. Dzisiaj będzie o dzisiaj. Dzisiaj będzie o zawodzie weterynarza, o tym z czym musimy się zmagać, czemu stawiać czoła. Zacznę od początku i od krótkiego wyjaśnienia. Od półtora roku pracuję w szpitalu dla zwierząt jako lekarz weterynarii na pełny etat. Lecznice w Wielkiej Brytanii dzielą się na kilka rodzajów o czym warto wspomnieć dla przejrzystości sytuacji. Więc pierwszy podział jest na lecznice dzienne i pogotowia. Lecznice dzienne mają jakby 4 poziomy. Pierwszy to lecznice pierwszego kontaktu, szczepienia, odrobaczania, rutynowe zabiegi. Drugi to to wszystko co pierwszy poziom plus diagnostyka (RTG, USG, endoskopia) i bardziej zaawansowane zabiegi ze skomplikowaną chirurgią tkanek miękkich i ortopedią włącznie. Trzeci to szpitale referencyjne gdzie pracują specjaliści w danych dziedzinach a ich pacjenci referowani są do nich z lecznic poziomu 1 i 2. Czwarty poziom to szpitale uniwersyteckie gdzie generalnie dzieje się magia i bez płaszcza +5 do many nie ma co wchodzić. Wszystkie te cztery poziomy to jak powiedziałem lecznice dzienne. Ponadto są także lecznice nocne i weekendowe czyli tak zwane pogotowania. Patent jest taki, że w co większym mieście znajduje się jeden/ dwa takie ośrodki które przez noc i w weekendy odbierają wszystkie przekierowane telefony z lecznic które podpisały z nimi kontrakt. Często zdarza się tak, że firma dzienna i nocna dzieli jeden budynek, więc opieka weterynaryjna zapewniona jest 24 godziny na dobę, tylko lekarze i firmy się zmieniają. Ja pracuję w lecznicy dziennej poziomu drugiego, ale od czasu do czasu jak mam wolny weekend robię okazyjną zmianę dla pogotowia. Pogotowia te nie zajmują się długofalowym planowaniem leczenia, a bardziej doraźną pomocą w sytuacjach nagłych/ wypadkach. Zasada jest taka, że stabilizuje się pacjenta i ile to możliwe i przesyła do rodzimej lecznicy na kontynuacje leczenia kiedy jest już stabilny do transportu. Taką też zmianę w jednym z pogotowi robiłem dzisiaj. Na takich zmianach zwykle jest jeden lekarz, jedna pielęgniarka i jedna recepcjonistka. Wydaje się, że trzy osoby to dużo ale pamiętajcie, że jest to zawsze duże miasto, duży szpital i przypadki z okolicznych kilkudziesięciu lecznic trafiają do tej jednej. Czasem robi się nieco chaotycznie i nie bardzo wiadomo w co ręce włożyć. Przyjechałem dzisiaj rano i pierwsze co usłyszałem to to, że owe pogotowie należy do najspokojniejszych spośród wszystkich na terenie kraju. Lekarz który kończył zmianę i przekazywał mi pacjentów powiedział, żebym przygotował się na maks 3-4 konsultacje w ciągu całego dnia. Sielanka. Z początku faktycznie, jakiś jeden kot z biegunką z rana, potem koło południa następny pies wymiotujący i biegunka, nic nadzwyczajnego, oba trafiły do szpitala na leki, dożylne płyny i monitoring. (Nota: Kończyłem zmianę o 18:30). O 16:00 telefon który zawsze wywołuje silne emocje (albo uczucie ekscytacji, oj coś będzie się działo, albo stwierdzenie kuuuurwa tak było cicho a tu robota jedzie- w zależności jakie kto ma podejście i aktualny nastrój). Pada hasło "collapsed dog on its way". Wiemy, że spanikowani właściciele są w drodze. Tego rodzaju przypadki to zazwyczaj albo problemy z oddychaniem, albo nagłe zapaści albo poważne wypadki. Bierzemy się do roboty (ja i pielęgniarka), przygotowujemy tlen, wenflony, strzykawki, płyny dożylne, generalnie plan jest taki, żeby mieć wszystko pod ręką jak już ten poważny przypadek przyjedzie. Wszystko gotowe pięć minut później leży na stole i czeka. O 16:05 drugi telefon "collapsed dog on its way" i jak to mawiają... wiesz, że będzie się działo. Piętnaście minut później na parking podjeżdża pierwsze auto, otwieramy boczne drzwi prosto do sali w której mamy wszystko gotowe. Na podłogę, wnoszony przez właścicieli trafia spory, dziesięcioletni owczarek niemiecki. Kulturalnie wypraszamy właścicieli acoby nam pozwolili robić naszą robotę. Szybkie sprawdzenie psa, blady jak ściana, szybki oddech, serce jako tako. Plan jest na początku prosty i taki sam dla wszystkiego co wchodzi przez drzwi. Wenflon, płyny, próbka krwi żeby mieć chociaż zarys tego z czym się mierzymy. Pies na podłodze, ja stoję nad psem zabieram się do przygotowywania wszystkiego, pielęgniarka ogarnia maszynkę do golenia co by się w łapę wkłuć. Patrzę na dół a tu pies zdecydował się odjechać. Klapie na bok, oczy wywijają się na tył głowy, nie widzę żeby oddychał, padam na kolana słucham i bicia serca nie mogę usłyszeć, zero refleksu źrenicowego, pies już powolutku pomyka na tamtą stronę. Zawzięty przystępuję do masażu serca i sztucznego oddychania usta-nos. Jadę z koksem jakieś kilkadziesiąt sekund i w momencie kiedy pies łapie pierwszy oddech, na salę wpada recepcjonistka niosąc na rękach Yorka i mówi że chyba właśnie przestał oddychać i że go traci. Zrywam się na nogi, zostawiam owczarka na glebie z pielęgniarką która ma tylko jedno zadanie, utrzymać zwierzę przy którym się tak namachałem przy życiu. Odwracam się w stronę stołu i widzę piętnastoletniego yorka leżącego na boku. Szybki skan psa- blady jak ściana, serca ani oddechu nie ma. Masaż serca,m sztuczne oddychanie usta-nos i po trzydziestu sekundach pies podnosi głowę. Zakłuwamy jeden wenflon po drugim, pakujemy oba na płyny, robimy próbki krwi. Sajgon, bigos i siódmy krąg piekła w jednym. Jedno oko mam na podłodze na owczarku który witał się z gąską pięć minut temu a teraz wyraźnie chce opuścić pomieszczenie bo mu kroplówka nie pasuje, drugie oko mam na yorka w namiocie tlenowym który również nie jest zbyt szczęśliwy. Godzinę później oba psiaki są we własnych kenelach, podłączone na płyny i przekazane lekarzowi który przychodził na zmianę później. Oba żyły jak wychodziłem. Czasami mam dość irytujących klientów, czasami mam dość długich godzin pracy, czasami mam dość debili którym muszę tłumaczyć, że tak tych kropli trzeba używać i że nie, kroplami z zoologa nie wyleczysz zapalenia ucha, ale po momentach takich jak dzisiaj wiem, że kurwa kocham swoją pracę. Dwa psy żyją i to jedyne co się liczy. Zasłużyłem na piwo. Nara! ;)

sobota, 14 marca 2015

Hoi An- miasto tysiąca krawców, pułapka na koty i wycieczka z nieoczekiwaną przerwą.

Blog się sam nie napisze, zdjęć mam mnogo więc jedziemy dalej! Dzisiaj chciałbym Was oprowadzić po Hoi An, miasteczku w którym mieszkałem prawie dwa tygodnie, nie licząc paru wycieczek to tu to tam o których w swoim czasie. Hoi An to małe, turystyczne miasto wpisane do rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO. W szesnastym wieku był to jeden z głównych portów na morzu Południowochińskim. Osiedlali się tam i handlowali kupcy z Japonii, Chin i nieco
później Europy. Miasto urzeka swoim klimatem i jest regularnie wymieniane w top 5 miejsc które warto zwiedzić Wietnamie. W dzień całkiem spokojne miejsce nocą ożywa a roje turystów niestety są wszechobecne. Z jednej strony czad- ludzi do poznania, mnóstwo restauracji i przytulnych knajpek. Z drugiej coraz więcej backpackerów i wszelakiej maści tałatajstwa. Po minionych wiekach świetności pozostały już tylko zabytkowe budynki. W dzisiejszych czasach miejscowi głównie zajmują się
turystyką i... krawiectwem. Raj dla lasek- zasada jest prosta, bierzesz wycinasz zdjęcie z gali rozdania Oskarów na którym ktoś ma suknię którą chcesz, niesiesz ów zdjęcie do jednego z wielu krawców, za parę dni suknia gotowa, idealnie skrojona na miarę za ułamek ceny oryginału. Uszyją Ci tam wszystko, od fraku do stylowych bokserek włącznie... Nie żebym szył sobie na miarę bokserki- nie wiem czy dałbym się bez oporów zmierzyć tu i ówdzie ale jestem przekonany, że dla chcącego- luzik.
Hitem jest wieczorne wyjście na miasto. Temperatura sprawia, że późno po zmroku zaczyna być przyjemnie i dopiero wtedy doceniasz klimat pełną gębą. Do tego dochodzą zapachy zalatujące od ulicznych kramów, no bajka. Ulice rozświetlone tysiącami lampionów tworzą unikalny klimat. Dobra.. muszę się do czegoś przyznać. Pogoda generalnie czad ale akurat kiedy przyszło do naszych dwóch tygodni na miejscu lało niemalże cały czas i było pochmurno. Za zdjęcia z plaż nie liczcie tym razem,
przez dwa tygodnie nie postawiłem nogi na piasku z kilku powodów. Po pierwsze było sporo pracy, po drugie jak leje to co to za atrakcja. Wiem wiem, zdjęcia jedzenia są już passe ale nie mogłem się oprzeć. Człowiek dopiero w takich miejscach orientuje się, że coś może mieć smak taki, że urywa głowę i z miejsca chce się tam zostać i przez resztę życia jeść to w kółko. Wszystko świeże, zero mrożonek, folii, wszelkiej maści E-pińcet itd. Tu po lewej sajgonki w artystycznej prezentacji. Wracając
jeszcze do Hoi An, pewnego wieczoru zdarzyło mi się strzelić zdjęcie może nie idealnej jakości i kompozycji ale ma dla mnie jakąś magię w sobie- między innymi dzięki sporym opadom deszczu tamtego wieczora. W oddali zarys brzegu, woda a na pierwszym planie kobieta pod parasolem sprzedająca lampiony. Nie do końca potrafię to nazwać i dotknąć, ale to chyba jeden z moich lepszych uwiecznionych momentów. Dom w którym mieszkaliśmy, jak już wiecie miał w zestawie pięć kotów które
obdarzone były nadzwyczajnym zmysłem. Albo miały czujnik nacisku na fotel i jak ktoś siadał zaświecała im się lampka w ichniejszym kocim centrum dowodzenia, albo skubane czają grawitację bardziej niż my. W każdym razie za każdym razem kiedy chciało się spokojnie usiąść na werandzie, mimowolnie zastawiało się pułapkę na koty. Czas aktywacji pułapki- 10 sekund, skuteczność 100%, wielokrotnie pułapka działała na większość okolicznych futrzaków, dowody na załączonym
obrazku. Ok- teraz parę słów o naszej kilkugodzinnej wtopie. Wszystko zaczyna się kilka dni wcześniej kiedy C. oznajmia, że w Da Nang jest początkujące centrum/ ośrodek pomocy zwierzakom i że strasznie by im się przydał weterynarz na jeden dzień w celu przeglądu pogłowia na stanie oraz przeprowadzenia paru szybkich zabiegów po których petenci wychodzą lekko oszołomieni, nieco lżejsi i niezdolni do reprodukcji. Dogadaliśmy wszystkie szczegóły, trzeba było
zabrać parę klamotów więc uznaliśmy, że najlepszym pomysłem będzie wynajęcie lokalnej taksówki. Większość populacji krajów południowowschodniej Azji, jak już wspominałem operuje na kalendarzu bardziej niż na zegarku więc nie ma co panikować jak jest obsuwa pół godziny. Moje prywatne powiedzenie brzmi, że jeśli śpieszysz się na samolot i wiesz, że odlatujesz, zamawiasz taksówkę i powiem, że nawet czasem jest szansa, że przyjedzie... Taksówkarz zjawił się z sobie
znaną nonszalancją jakiś czas po planowanym podjęciu pasażerów- czytaj mnie, pielęgniarki i T. wietnamki tłumacza. Pakujemy klamoty do auta, bagażnik całkiem całkiem, wszystko się mieści ładnie mimo, że sedan, wsiadamy rozkoszujemy się klimą, ruszamy spod ośrodka... Przejechaliśmy może ze dwadzieścia metrów (DWADZIEŚCIA metrów- cała droga do Da Nang to jakieś pół godziny) i okazuje się, że taksówkarz jedzie w złą stronę ( o czym muszą wiedzieć pasażerowie, przecież on
tu tylko prowadzi). Każemy mu zawrócić... Na drugim zdjęciu auta, po prawej stronie widać drogę którą jechaliśmy. Kolo uznał, że sprytnie wykorzysta boczną uliczkę, żeby nawrócić, wali wsteczny, cofa, odkręca w prawo i dzida po gazie... Brakło mi paru sekund, żeby mu się wydrzeć w twarz (jedyna sprawdzona metoda!) żeby się zatrzymał bo wjeżdża na górkę swoim elegansio niskim srebrnym wychuchanym sedanem- siedziałem z przodu po stronie pasażera (Wietnam tak jak
Polska, kierowca po lewej w aucie, auta po prawej na drodze) więc całą górkę widziałem doskonale jak w zwolnionym tempie chowa mi się pod zawieszenie od mojej strony. Koła w powietrzu, stoimy, finisz. Ziomek wychodzi z auta i wielce zdziwiony. My załamka, bo tam już czekają, pchamy auto we cztery osoby, nie ma bola zawieszone na amen, bez drugiego auta i liny nie ma szans. Pojawiają się pierwsi gapie ( swoją drogą cholernie to znajome- już miałem przygody z autem,
linami, gapiami itd. czuję się jak w dniu świstaka, dejavu pełną gębą). Wszystko fajnie, lokalsi zaczynają kopać, motyki, szpadle i łoapty idą wruch ale auto zawieszone na fest. Mówimy kierowcy, żeby zadzwonił po jednego ze znajomków z firmy taksiarskiej co by przyjechał i pomógł... Taksówkarz zmierza w stornę drzwi od kierowcy i okazuje się, że auto "samo się zamknęło" a kluczyki w stacyjce... :D Tatuaże mi się rozlewają, witki mam na podłodze, już się przestałem wkurwiać, zaczynam
się śmiać. Wracamy z buta (całe 20 metrów) do ośrodka na kawę, zostawiamy dwudziestu wietnamczyków przy zakopanym aucie. Zen i wschodni relaks- pojedziemy to pojedziemy, nie- to jutro też jest dzień. Po dwóch godzinach taksiarz (swoją drogą jest na jednym ze zdjęć- wygląda jak ichniejsza wersja rockmena dla ubogich) przyjeżdża uruchomionym autem- nawet nie wnikam jak to ogarnął- nie będę się irytował. Do centrum w Da Nang dotarliśmy (taksiarz się zgubił ze trzy razy) w końcu- na jednym ze zdjęć warunki w jakich przyszło mi operować. Zrobiliśmy co mieliśmy zrobić i popołudniu ogarnęliśmy lokalną szamę ale tym razem w nieco lepszej knajpie dla turystów, z zagranicznym, piwem i w ogóle. Kilka ostatnich zdjęć właśnie stamtąd. Zasłużyliśmy tamtego dnia ;) Zapraszam do komentowania. Yo!