Dzisiaj pierwsza część relacji z wycieczki do Ha Noi. Plan był prosty, samolot, trzy dni na miejscu, szybkie zwiedzanie i wycieczka a w zasadzie rejs po Halong Bay. Dotarliśmy wieczorem, taksówka do hotelu, szybka szama i spać. Następnego dnia rano wzięliśmy mapę z zęby i ruszyliśmy na piesze zwiedzanie. Ha Noi zamieszkuje mniej więcej 6.5 milionów ludzi więc uznaliśmy, że ograniczymy się do "centrum" tak, żeby obskoczyć miejsca najbardziej warte obejrzenia. Na
początku zahaczyliśmy o jezioro Hoan Kiem ze sławną Turtle Tower na środku. Malownicze bajorko, pogoda sprzyjająca, więc zatrzymaliśmy się na porannej kawie/ piwie w knajpce tuż nad brzegiem. Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła był fakt jak dużo starszych mieszkańców miasta uprawia różnego rodzaju sporty. Co chwilę jakiś pomarszczony dziadzo walił sprintem brzegiem jeziora i choćbym chciał to prędzej bym płuca wypluł, niż go dogonił. Z jednej strony ogromna część
populacji pali; można palić dosłownie wszędzie- w parkach, na ławkach, w restauracjach i uwaga hit- w kolejce do lekarza. Z drugiej mnóstwo ludzi wydaje się praktykować aktywny tryb życia. Nasz hotel ulokowany był w dzielnicy turystyczno-imprezowej która w dawnych czasach była głównym ośrodkiem francuskich kolonistów co tłumaczy gęstą zabudowę o której za chwilę. Miasto przepiękne na swój sposób, tętniące życiem, głośne, z którego na pierwszy rzut oka nie ma ucieczki a
wszechogarniający hałas ulicznego ruchu po pewnym czasie robił się przytłaczający. Jeśli chodzi o ruch uliczny to szczerze przyznam, że nie mam pojęcia jak ci ludzie tam, żyją, jeżdżą i nie giną w setkach wypadków dziennie. Generalna zasada ruchu jest taka, że światła drogowe to nie wytyczne kiedy jechać a kiedy się zatrzymać a bardziej wskazówka kiedy skrzyżowanie jest mniej lub bardziej ruchliwe. Zdecydowana większość uczestników ruchu porusza się skuterami. Czasem są to w miarę
nowe skutery, często coś co trzyma się w większości na rdzy zawieszonej między dwoma mniej lub bardziej kolistymi oponami. Zdjęcie ze skuterami ciut wyżej to nie jakieś spore roboty drogowe i utrudnienia w ruchu, to zwykłe czerwone światło. Tony, setki, tysiące skuterów ciągną jeden za drugim. Najlepsza bania jest na rondach. Zasada numer jeden- pierwszeństwo na rondzie ma wjeżdżający. Zasada numer dwa- obojętnie czy masz pierwszeństwo czy nie jedź i mniej więcej
ogarnij lukę w którą możesz się wcisnąć. Oprócz okazjonalnych świateł nikt się nie zatrzymuje. Nikt. Nigdy. Stojąc na ruchliwym skrzyżowaniu wrażenie jest niesamowite. Jakimś cudem wszyscy się wymijają, często na grubość lakieru ale jakoś dają radę. Po obejściu jeziorka uznaliśmy, że kierujemy się w stronę uniwersytetu Hoi An. Powoli, mozolnie zmierzaliśmy na tak zwany azymut z nadzieją, że nic nas nie rozjedzie i że dotrzemy w jednym kawałku. Jeśli idziesz ulicą w
Ha Noi i z jakiegoś dziwnego powodu nie masz skutera, co więcej masz w miarę białą twarz, tudzież jesteś wysoki ponad przeciętną możesz się uznać za magnes dla wszelkiej maści ulicznych sprzedawców. Od jeziora do uniwersytetu jest mniej więcej ciut mniej niż kilometr. Na tym dystansie zaoferowano mi taką ilość wszelkiej maści podkoszulków, czapek, kapci, wisiorków, papierowych figurek, precelków, batoników, ciastek, książek, płyt cd i dvd, okularów, jedzenia że jakbym
chciał od każdej napotkanej osoby coś kupić musiałbym wynająć tragarza do noszenia wszystkich tych bambetli. Spora część budynków i zabudowa tej dzielnicy miała charakterystyczną cechę. Wszystko wąskie i wysokie. 4,5,6 pięter to norma ale budynki szerokie na jednego rosłego chłopa z rozpostartymi ramionami. Po interesującym marszu i napawaniu się lokalnym klimatem dotarliśmy pod rzeczony uniwersytet. Pić się nam chciało jak cholera więc uznaliśmy, że zatrzymamy się po
drodze na colę/ herbatę i odpoczniemy chwilę. Usiedliśmy na plastikowych dziecięcych krzesełkach w lokalnej knajpce, w zasadzie na chodniku acoby mieć widok na otaczający nas zgiełk. Widok czterech siedmiolatków na jednym skuterze przejeżdżających co chwilę ulicą już dawno przestał nas dziwić. Z knajpką związana jest kolejna historia z pająkiem mutantem. Otóż po przyjęciu sporej ilości płynów przychodzi moment, kiedy jakąś z nich część należy zwrócić do generalnego obiegu.
Szybki migowy międzynarodowy i wiem, że toalety znajdują się z tyłu knajpy. Walę jak w dym, okazuje się, że należy wejść w przydługi korytarz i gdzieś tam na końcu jest ubikacja. Wchodzę, mijam odbicie w lewo do jakiejś kuchni z której daje niesympatycznym zapachem starej skarpety przygotowywanej razem ze sporo przeterminowanym mózgiem i cisnę dalej wgłąb. Mijam kolejne odbicie na schody na których na oko pięcioletnia dziewczynka bawi się lalkami, standardowy klimat-
nie wiesz gdzie kończy sie knajpa a zaczyna dom- nareszcie jest. Jeden wątpliwej czystości pisuar po lewej i kabina po prawej. Kabina okazuje się zajęta więc podbijam do pisuaru w celu opróżnienia pęcherza. Jestem mniej więcej w jednej trzeciej procesu kiedy orientuje się, że 20 centymetrów od mojej twarzy, za jakąś rurką lecącą w pionie czai się pająk. Ale nie pająk pająk a bardziej coś co jakby się postarało to by mnie objęło i przytuliło nogami. No i jestem w kropce... Oddałbym
wszystko żeby mieć zeza bo weź tu ogarnij bestię ( w sensie pająka, nie myślcie sobie) i celuj tak, żeby nie nachlapać ludziom na chacie. Odsuwam się na taktyczne dwa kroki w tył jednocześnie wyginając się w łuk do tyłu acoby parabola lotu się dalej zgadzała. Przez kolejne 15-20 sekund zajmuję się obserwowaniem dwóch rzeczy na raz. Kończę, wracam do stolika, walę piwo na raz, na trzeźwo nie przeżyję w tym kraju.
Zostawiamy kawiarnię w tyle i wbijamy na uniwersytet. Ściśle rzecz biorąc to świątynia literatury i konfucjanizmu. Miejsce to było pierwszym uniwersytetem w Ha Noi. Jako szkoła funkcjonuje do dziś i kształci studentów od 1070 roku. Mieliśmy szczęście- trafiliśmy akurat na moment odbierania dyplomów przez grupę studentów. Magiczne magiczne miejsce.






























Rewelacyjne zdjęcia! Fajnie, że znów piszesz i dzielisz się wrażeniami. Kiedyś byłam bardzo sceptycznie nastawiona do krajów azjatyckich, a dzięki tym wpisom nabiera mnie ochota, by kiedyś je odwiedzić.
OdpowiedzUsuńPozostaje mi życzyć Ci dalszych ekscytujących przygód (może bez pająków, węży, etc.), dużo weny twórczej i powodzenia w zawodzie, który wybrałeś i kochasz :) Pozdrawiam!
Dzięki serdeczne. Mam nadzieję pisać znowu regularnie. W najbliższych miesiącach powinno być ekscytująco na blogu. Trzymaj się ciepło i rozsyłaj link pokrewnych i znajomych królika!
OdpowiedzUsuń