sobota, 14 marca 2015
Hoi An- miasto tysiąca krawców, pułapka na koty i wycieczka z nieoczekiwaną przerwą.
Blog się sam nie napisze, zdjęć mam mnogo więc jedziemy dalej! Dzisiaj chciałbym Was oprowadzić po Hoi An, miasteczku w którym mieszkałem prawie dwa tygodnie, nie licząc paru wycieczek to tu to tam o których w swoim czasie. Hoi An to małe, turystyczne miasto wpisane do rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO. W szesnastym wieku był to jeden z głównych portów na morzu Południowochińskim. Osiedlali się tam i handlowali kupcy z Japonii, Chin i nieco później Europy. Miasto urzeka swoim klimatem i jest regularnie wymieniane w top 5 miejsc które warto zwiedzić Wietnamie. W dzień całkiem spokojne miejsce nocą ożywa a roje turystów niestety są wszechobecne. Z jednej strony czad- ludzi do poznania, mnóstwo restauracji i przytulnych knajpek. Z drugiej coraz więcej backpackerów i wszelakiej maści tałatajstwa. Po minionych wiekach świetności pozostały już tylko zabytkowe budynki. W dzisiejszych czasach miejscowi głównie zajmują się turystyką i... krawiectwem. Raj dla lasek- zasada jest prosta, bierzesz wycinasz zdjęcie z gali rozdania Oskarów na którym ktoś ma suknię którą chcesz, niesiesz ów zdjęcie do jednego z wielu krawców, za parę dni suknia gotowa, idealnie skrojona na miarę za ułamek ceny oryginału. Uszyją Ci tam wszystko, od fraku do stylowych bokserek włącznie... Nie żebym szył sobie na miarę bokserki- nie wiem czy dałbym się bez oporów zmierzyć tu i ówdzie ale jestem przekonany, że dla chcącego- luzik. Hitem jest wieczorne wyjście na miasto. Temperatura sprawia, że późno po zmroku zaczyna być przyjemnie i dopiero wtedy doceniasz klimat pełną gębą. Do tego dochodzą zapachy zalatujące od ulicznych kramów, no bajka. Ulice rozświetlone tysiącami lampionów tworzą unikalny klimat. Dobra.. muszę się do czegoś przyznać. Pogoda generalnie czad ale akurat kiedy przyszło do naszych dwóch tygodni na miejscu lało niemalże cały czas i było pochmurno. Za zdjęcia z plaż nie liczcie tym razem, przez dwa tygodnie nie postawiłem nogi na piasku z kilku powodów. Po pierwsze było sporo pracy, po drugie jak leje to co to za atrakcja. Wiem wiem, zdjęcia jedzenia są już passe ale nie mogłem się oprzeć. Człowiek dopiero w takich miejscach orientuje się, że coś może mieć smak taki, że urywa głowę i z miejsca chce się tam zostać i przez resztę życia jeść to w kółko. Wszystko świeże, zero mrożonek, folii, wszelkiej maści E-pińcet itd. Tu po lewej sajgonki w artystycznej prezentacji. Wracając jeszcze do Hoi An, pewnego wieczoru zdarzyło mi się strzelić zdjęcie może nie idealnej jakości i kompozycji ale ma dla mnie jakąś magię w sobie- między innymi dzięki sporym opadom deszczu tamtego wieczora. W oddali zarys brzegu, woda a na pierwszym planie kobieta pod parasolem sprzedająca lampiony. Nie do końca potrafię to nazwać i dotknąć, ale to chyba jeden z moich lepszych uwiecznionych momentów. Dom w którym mieszkaliśmy, jak już wiecie miał w zestawie pięć kotów które obdarzone były nadzwyczajnym zmysłem. Albo miały czujnik nacisku na fotel i jak ktoś siadał zaświecała im się lampka w ichniejszym kocim centrum dowodzenia, albo skubane czają grawitację bardziej niż my. W każdym razie za każdym razem kiedy chciało się spokojnie usiąść na werandzie, mimowolnie zastawiało się pułapkę na koty. Czas aktywacji pułapki- 10 sekund, skuteczność 100%, wielokrotnie pułapka działała na większość okolicznych futrzaków, dowody na załączonym obrazku. Ok- teraz parę słów o naszej kilkugodzinnej wtopie. Wszystko zaczyna się kilka dni wcześniej kiedy C. oznajmia, że w Da Nang jest początkujące centrum/ ośrodek pomocy zwierzakom i że strasznie by im się przydał weterynarz na jeden dzień w celu przeglądu pogłowia na stanie oraz przeprowadzenia paru szybkich zabiegów po których petenci wychodzą lekko oszołomieni, nieco lżejsi i niezdolni do reprodukcji. Dogadaliśmy wszystkie szczegóły, trzeba było zabrać parę klamotów więc uznaliśmy, że najlepszym pomysłem będzie wynajęcie lokalnej taksówki. Większość populacji krajów południowowschodniej Azji, jak już wspominałem operuje na kalendarzu bardziej niż na zegarku więc nie ma co panikować jak jest obsuwa pół godziny. Moje prywatne powiedzenie brzmi, że jeśli śpieszysz się na samolot i wiesz, że odlatujesz, zamawiasz taksówkę i powiem, że nawet czasem jest szansa, że przyjedzie... Taksówkarz zjawił się z sobie znaną nonszalancją jakiś czas po planowanym podjęciu pasażerów- czytaj mnie, pielęgniarki i T. wietnamki tłumacza. Pakujemy klamoty do auta, bagażnik całkiem całkiem, wszystko się mieści ładnie mimo, że sedan, wsiadamy rozkoszujemy się klimą, ruszamy spod ośrodka... Przejechaliśmy może ze dwadzieścia metrów (DWADZIEŚCIA metrów- cała droga do Da Nang to jakieś pół godziny) i okazuje się, że taksówkarz jedzie w złą stronę ( o czym muszą wiedzieć pasażerowie, przecież on tu tylko prowadzi). Każemy mu zawrócić... Na drugim zdjęciu auta, po prawej stronie widać drogę którą jechaliśmy. Kolo uznał, że sprytnie wykorzysta boczną uliczkę, żeby nawrócić, wali wsteczny, cofa, odkręca w prawo i dzida po gazie... Brakło mi paru sekund, żeby mu się wydrzeć w twarz (jedyna sprawdzona metoda!) żeby się zatrzymał bo wjeżdża na górkę swoim elegansio niskim srebrnym wychuchanym sedanem- siedziałem z przodu po stronie pasażera (Wietnam tak jak Polska, kierowca po lewej w aucie, auta po prawej na drodze) więc całą górkę widziałem doskonale jak w zwolnionym tempie chowa mi się pod zawieszenie od mojej strony. Koła w powietrzu, stoimy, finisz. Ziomek wychodzi z auta i wielce zdziwiony. My załamka, bo tam już czekają, pchamy auto we cztery osoby, nie ma bola zawieszone na amen, bez drugiego auta i liny nie ma szans. Pojawiają się pierwsi gapie ( swoją drogą cholernie to znajome- już miałem przygody z autem, linami, gapiami itd. czuję się jak w dniu świstaka, dejavu pełną gębą). Wszystko fajnie, lokalsi zaczynają kopać, motyki, szpadle i łoapty idą wruch ale auto zawieszone na fest. Mówimy kierowcy, żeby zadzwonił po jednego ze znajomków z firmy taksiarskiej co by przyjechał i pomógł... Taksówkarz zmierza w stornę drzwi od kierowcy i okazuje się, że auto "samo się zamknęło" a kluczyki w stacyjce... :D Tatuaże mi się rozlewają, witki mam na podłodze, już się przestałem wkurwiać, zaczynam się śmiać. Wracamy z buta (całe 20 metrów) do ośrodka na kawę, zostawiamy dwudziestu wietnamczyków przy zakopanym aucie. Zen i wschodni relaks- pojedziemy to pojedziemy, nie- to jutro też jest dzień. Po dwóch godzinach taksiarz (swoją drogą jest na jednym ze zdjęć- wygląda jak ichniejsza wersja rockmena dla ubogich) przyjeżdża uruchomionym autem- nawet nie wnikam jak to ogarnął- nie będę się irytował. Do centrum w Da Nang dotarliśmy (taksiarz się zgubił ze trzy razy) w końcu- na jednym ze zdjęć warunki w jakich przyszło mi operować. Zrobiliśmy co mieliśmy zrobić i popołudniu ogarnęliśmy lokalną szamę ale tym razem w nieco lepszej knajpie dla turystów, z zagranicznym, piwem i w ogóle. Kilka ostatnich zdjęć właśnie stamtąd. Zasłużyliśmy tamtego dnia ;) Zapraszam do komentowania.
Yo!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz