piątek, 13 marca 2015

VAWO czytaj Vietnam Animal Welfare Organisation

Dzisiaj parę słów o centrum do którego się udaliśmy i pierwszych krokach na wietnamskiej ziemi. Po początkowej imprezie na której przyjęliśmy lokalne przysmaki (jak jeść sajgonki to tylko w Wietnamie- moc i kopara na glebie) i spore ilości importowanego czerwonego wina przyszedł czas na pierwszy dzień w ośrodku. Jeśli chodzi jeszcze o kwestię alkoholu to generalnie w Azji jest ciężko. Ani kultury, ani tradycji robienia porządnego alkoholu nie ma. Z lokalnych trunków najbardziej przyswajalne jest piwo które powiedzmy, że da się pić. Mocne alkohole- nie dziękuję, nie gustuję w czymś co fermentowało z ryżu i wszystkiego innego co akurat wpadło do kadzi. Jeśli alkohol w Wietnamie, generalnie w tamtych rejonach świata to importowany. Wracając do głównego wątku- pierwszy dzień zaczęliśmy od obejścia terenu i zapoznania się
z ludźmi i zwierzętami na terenie ośrodka. Organizacja posiadała w tamtym czasie dwa domy, jeden tylko koci, w którym mieszka jedna z założycielek- E. i drugi, główny w którym mieszka C., psy oraz wszelkiej maści przygarnięte stworzenia czytaj kura, parę kaczek, kilka rybek, koty i świnia o wdzięcznym imieniu Julian. Oprócz założycielek organizacji spotkaliśmy paru wolontariuszy, rozgrzewka klasyk. Zaczęliśmy rozmawiać o poziomie zwierzęcego dobrostanu w kraju czyli dyskusja na poziomie jednorożce i smoki. Brak. Temat wietnamskich weterynarzy i opieki "medycznej" poruszę w osobnym poście bo to wymaga ode mnie pewnej dozy mniej lub bardziej procentowych uspokajaczy w celu uniknięcia notorycznie pojawiających się wykrzykników i bluzgów. Po obsikaniu kątów pojechaliśmy na lokalny bazar.
Zdjęcie może nie jest najlepszej jakości ale dla siedzących w temacie będzie niemałym szokiem. Sprawa ma się tak- idziesz sobie człowieku przez bazar, tu jakaś zielenina, tu plastikowe łyżki, durnostojki, sitka, kubki i szmaty do podłogi. Tam zielenina i jakaś padlina na straganie z mięsem po którym łazi małe stado całkiem przypasionych much które sens życia znalazły w obsrywaniu mięsa nie pierwszej świeżości i wkurwianiu sprzedawczyni która po jakimś czasie daje za wygraną i nawet kiedy podchodzą klienci ma generalnie w dupie odganianie małego roju acoby kupujący mógł zobaczyć co kupuje spod warstwy insektów. Tu jakieś szmaty, skorupy, generalnie wszystko i nic. Wchodzisz sobie jak gdyby nigdy nic na stoisko- takie nasze RTV/AGD, tylko bez RTV a AGD to miski, chochle i szczotki, odwracasz głowę i twoim jakże niewinnym
oczom ukazuje się gablotka z medykamentami. Myślisz e tam ziółka, homeopaci, pierdoły. Podchodzisz bliżej a tam wszelkiej maści antybiotyki w proszkach, zasypkach, fiolkach do iniekcji oraz strychnina (wysoce toksyczny alkaloid używany jako pestycyd do tępienia różnej maści ptaków i gryzoni ale w dobrej dawce położy psa, krowę i teściową). Bezzębna kobieta (a jeśli ma jakieś zęby to koloru pastelowa żółć z lekką domieszką
krowiego placka- taki przyćmiony szarością pomarańcz) na oko ze 120 lat na bidę uśmiecha się szeroko i w ogólnoświatowym migowym proponuje żebyś wziął całą gablotkę. Obłowiłem się jak zagubiony w żabce po zamknięciu alkoholik. Obładowany amoksycyliną we fiolkach wracałem do centrum ale pod drugą pachą taszczyłem wspaniałą zdobycz- lokalne owoce. Jak zawsze podbiłem do straganu i wybrałem dokładnie to co widzę pierwszy raz na oczy. Motto jest takie, bierz, spróbuj, potem pytaj co to. Na zdjęciu różowy dragon fruit (wielkość ananasa, w środku biały miąższ o konsystencji kiwi i smaku zbliżonym do arbuza- zakochałem się), parę znanych z Tajlandii rambutanów i custard apple na górze ( smakuje trochę faktycznie jak zgniły, przejrzały jabłkowy budyń- całkiem dobre. Mega słodkie, lepkie i zamula). Na zdjęciu powyżej klasyczna wietnamska restauracja dla lokalsów, ostatniego turystę
tam widzieli jak przyszedł o drogę zapytać. Wpadliśmy, szybkie zamówienie i wiedzieliśmy że jesteśmy na językach. Nie dość że zjesz tanio, to jeszcze od czasu do czasu zobaczysz białego człowieka- tylko u nas! A knajpa jak to knajpa autochtonów- z tyłu zdjęcia był materac ze śpiworem na podłodze na którym leżał otyły siedmiolatek i oglądał jakieś bajki w telewizji. Taki domowy saloon dla znajomków. Tu po lewej warunki w jakich operowaliśmy w jednym z domów- w tym kocim. W parę dni
uwinęliśmy się ze wszystkimi kilkudziesięcioma kotami. Parę słów o VAWO- Organizacja istnieje prawie dwa lata, założona przez dwie pasjonatki C. i E. Utrzymuje się tylko z datków dobrych ludzi, stara się szerzyć świadomość i ratować co uratować się da. W planach natomiast wiele- między innymi klinika weterynaryjna, centrum szkolenia/ dokształcania wietnamskich weterynarzy, ośrodek dystrybucji leków, centrum walki z idiotycznym prawem (m.in. głośna w ostatnim czasie
sprawa zakopania żywcem kilku ton przechwyconych przez policję kotów... zakopania żywcem- tak, takie jest wietnamskie prawo- odzyskane skradzione dobra należy zakopać. I chuj, że to zwierzęta. Brak pojęcia totalny.) etc. Jak macie chwilkę, to serdecznie zapraszam na http://www.vnanimalwelfare.org/. Tam znajdziecie dużo więcej informacji. Tyle na dziś, yo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz