niedziela, 15 marca 2015

Weterynaryjne (nie)szczęścia chodzą parami.

Dzisiaj dla odmiany nie będzie o Wietnamie. Nie będzie o Azji. Nie będzie nawet o podróżach. Dzisiaj będzie o dzisiaj. Dzisiaj będzie o zawodzie weterynarza, o tym z czym musimy się zmagać, czemu stawiać czoła. Zacznę od początku i od krótkiego wyjaśnienia. Od półtora roku pracuję w szpitalu dla zwierząt jako lekarz weterynarii na pełny etat. Lecznice w Wielkiej Brytanii dzielą się na kilka rodzajów o czym warto wspomnieć dla przejrzystości sytuacji. Więc pierwszy podział jest na lecznice dzienne i pogotowia. Lecznice dzienne mają jakby 4 poziomy. Pierwszy to lecznice pierwszego kontaktu, szczepienia, odrobaczania, rutynowe zabiegi. Drugi to to wszystko co pierwszy poziom plus diagnostyka (RTG, USG, endoskopia) i bardziej zaawansowane zabiegi ze skomplikowaną chirurgią tkanek miękkich i ortopedią włącznie. Trzeci to szpitale referencyjne gdzie pracują specjaliści w danych dziedzinach a ich pacjenci referowani są do nich z lecznic poziomu 1 i 2. Czwarty poziom to szpitale uniwersyteckie gdzie generalnie dzieje się magia i bez płaszcza +5 do many nie ma co wchodzić. Wszystkie te cztery poziomy to jak powiedziałem lecznice dzienne. Ponadto są także lecznice nocne i weekendowe czyli tak zwane pogotowania. Patent jest taki, że w co większym mieście znajduje się jeden/ dwa takie ośrodki które przez noc i w weekendy odbierają wszystkie przekierowane telefony z lecznic które podpisały z nimi kontrakt. Często zdarza się tak, że firma dzienna i nocna dzieli jeden budynek, więc opieka weterynaryjna zapewniona jest 24 godziny na dobę, tylko lekarze i firmy się zmieniają. Ja pracuję w lecznicy dziennej poziomu drugiego, ale od czasu do czasu jak mam wolny weekend robię okazyjną zmianę dla pogotowia. Pogotowia te nie zajmują się długofalowym planowaniem leczenia, a bardziej doraźną pomocą w sytuacjach nagłych/ wypadkach. Zasada jest taka, że stabilizuje się pacjenta i ile to możliwe i przesyła do rodzimej lecznicy na kontynuacje leczenia kiedy jest już stabilny do transportu. Taką też zmianę w jednym z pogotowi robiłem dzisiaj. Na takich zmianach zwykle jest jeden lekarz, jedna pielęgniarka i jedna recepcjonistka. Wydaje się, że trzy osoby to dużo ale pamiętajcie, że jest to zawsze duże miasto, duży szpital i przypadki z okolicznych kilkudziesięciu lecznic trafiają do tej jednej. Czasem robi się nieco chaotycznie i nie bardzo wiadomo w co ręce włożyć. Przyjechałem dzisiaj rano i pierwsze co usłyszałem to to, że owe pogotowie należy do najspokojniejszych spośród wszystkich na terenie kraju. Lekarz który kończył zmianę i przekazywał mi pacjentów powiedział, żebym przygotował się na maks 3-4 konsultacje w ciągu całego dnia. Sielanka. Z początku faktycznie, jakiś jeden kot z biegunką z rana, potem koło południa następny pies wymiotujący i biegunka, nic nadzwyczajnego, oba trafiły do szpitala na leki, dożylne płyny i monitoring. (Nota: Kończyłem zmianę o 18:30). O 16:00 telefon który zawsze wywołuje silne emocje (albo uczucie ekscytacji, oj coś będzie się działo, albo stwierdzenie kuuuurwa tak było cicho a tu robota jedzie- w zależności jakie kto ma podejście i aktualny nastrój). Pada hasło "collapsed dog on its way". Wiemy, że spanikowani właściciele są w drodze. Tego rodzaju przypadki to zazwyczaj albo problemy z oddychaniem, albo nagłe zapaści albo poważne wypadki. Bierzemy się do roboty (ja i pielęgniarka), przygotowujemy tlen, wenflony, strzykawki, płyny dożylne, generalnie plan jest taki, żeby mieć wszystko pod ręką jak już ten poważny przypadek przyjedzie. Wszystko gotowe pięć minut później leży na stole i czeka. O 16:05 drugi telefon "collapsed dog on its way" i jak to mawiają... wiesz, że będzie się działo. Piętnaście minut później na parking podjeżdża pierwsze auto, otwieramy boczne drzwi prosto do sali w której mamy wszystko gotowe. Na podłogę, wnoszony przez właścicieli trafia spory, dziesięcioletni owczarek niemiecki. Kulturalnie wypraszamy właścicieli acoby nam pozwolili robić naszą robotę. Szybkie sprawdzenie psa, blady jak ściana, szybki oddech, serce jako tako. Plan jest na początku prosty i taki sam dla wszystkiego co wchodzi przez drzwi. Wenflon, płyny, próbka krwi żeby mieć chociaż zarys tego z czym się mierzymy. Pies na podłodze, ja stoję nad psem zabieram się do przygotowywania wszystkiego, pielęgniarka ogarnia maszynkę do golenia co by się w łapę wkłuć. Patrzę na dół a tu pies zdecydował się odjechać. Klapie na bok, oczy wywijają się na tył głowy, nie widzę żeby oddychał, padam na kolana słucham i bicia serca nie mogę usłyszeć, zero refleksu źrenicowego, pies już powolutku pomyka na tamtą stronę. Zawzięty przystępuję do masażu serca i sztucznego oddychania usta-nos. Jadę z koksem jakieś kilkadziesiąt sekund i w momencie kiedy pies łapie pierwszy oddech, na salę wpada recepcjonistka niosąc na rękach Yorka i mówi że chyba właśnie przestał oddychać i że go traci. Zrywam się na nogi, zostawiam owczarka na glebie z pielęgniarką która ma tylko jedno zadanie, utrzymać zwierzę przy którym się tak namachałem przy życiu. Odwracam się w stronę stołu i widzę piętnastoletniego yorka leżącego na boku. Szybki skan psa- blady jak ściana, serca ani oddechu nie ma. Masaż serca,m sztuczne oddychanie usta-nos i po trzydziestu sekundach pies podnosi głowę. Zakłuwamy jeden wenflon po drugim, pakujemy oba na płyny, robimy próbki krwi. Sajgon, bigos i siódmy krąg piekła w jednym. Jedno oko mam na podłodze na owczarku który witał się z gąską pięć minut temu a teraz wyraźnie chce opuścić pomieszczenie bo mu kroplówka nie pasuje, drugie oko mam na yorka w namiocie tlenowym który również nie jest zbyt szczęśliwy. Godzinę później oba psiaki są we własnych kenelach, podłączone na płyny i przekazane lekarzowi który przychodził na zmianę później. Oba żyły jak wychodziłem. Czasami mam dość irytujących klientów, czasami mam dość długich godzin pracy, czasami mam dość debili którym muszę tłumaczyć, że tak tych kropli trzeba używać i że nie, kroplami z zoologa nie wyleczysz zapalenia ucha, ale po momentach takich jak dzisiaj wiem, że kurwa kocham swoją pracę. Dwa psy żyją i to jedyne co się liczy. Zasłużyłem na piwo. Nara! ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz