czwartek, 12 marca 2015
Ze wszystkich egzotycznych zwierząt...
No to jedziemy. Pierwsza historia jest krótka ale niesie ze sobą ważny przekaz. Na całą wycieczkę do Wietnamu początkowo zdecydowałem się sam, standardowa procedura, urlop wzięty, bilety lotnicze zabukowane, parking na lotnisku, wiza, książeczka szczepień, kontakt na miejscu, cała ta zabawa. Minęło trochę czasu, oswoiłem się z myślą o powrocie do ukochanej Azji, zacząłem rozpuszczać wici w pracy że nie będzie mnie przez kilka tygodni bo znowu jadę szperać w brzuchach i odejmować jądra losowo spotkanym zwierzętom. Jakiś czas później, mniej więcej miesiąc przed wyjazdem jedna z pielęgniarek z którymi pracuje usłyszała o pomyśle i przypaliła się niemalże jak ja. Szybkie objaśnienie sprawy i okazało się, że jedziemy we dwójkę- jak ja jej za to dziękuję, nie macie pojęcia, ale do tego dojdę ;) Laska nigdy nie była na wakacjach poza Europą więc gładko wcieliłem się w rolę opiekuna/ przewodnika nie bacząc na fakt że Wietnam znałem tak jak Komorowski zna obyczaje panujące na salonach- nie znałem. Nadszedł dzień wyjazdu, Gatwick Airport pożegnało nas kilkustopniowym mrozem, parą z ust, generalnie klimatem którego mieliśmy nadzieję unikać przez kolejne kilka tygodni. Zapakowaliśmy się na samolot, jeden, drugi, wysiadamy w Da Nang po przesiadce w Saigonie. Na pokładzie siedziałem koło anglika który powiedział że mieszka i pracuje w Wietnamie już ze dwa lata. Złapałem chłopa jak michę miodu, pytam gdzie jechać, co zobaczyć, na co uważać itd. Z całej rozmowy pamiętam kilka kluczowych zdań. Po pierwsze powiedział, że lotnisko w Saigonie było najbardziej ruchliwym lotniskiem świata z największą ilością przylotów i odlotów podczas Wojny. Po drugie przyznał, że mimo iż Wietnam to wciąż socjalistyczny kraj ( o dowodach czego nieco później) to czuje więcej swobody niż w Anglii. Dwa tygodnie później wiedziałem dokładnie o co mu chodzi. Dobra, wracając do wątku- wysiadamy, bagaże na plecy i wyczołgujemy się z lotniska w dobrze mi znany już piekarnik. Plan jest prosty, mamy wyściubić łby a komitet powitalny ma na nas czekać, zabrać do miejsca docelowego, czad sielanka... Wszystko fajnie, problem w tym że po wyjściu z lotniska komitetu ani widu ani słychu. Łapię za telefon, ogarniam adres, zaczynam się rozglądać za taksówką. Nie jest źle, mniej więcej wiem gdzie jedziemy. Już mam łapać pierwszą lepszą okazję, gdy rzeczony jednoosobowy komitet się zjawia. Wita nas jedna z założycielek centrum, szybkie przywitanie i do auta. Padamy na pyski, jedyne o czym myślę to prysznic i jakaś lokalna szama. W trakcie drogi do domu rozmawiamy o Wietnamie i centrum. Docieramy na miejsce i oczom naszym ukazuje się ów dom ze zdjęcia z poprzedniego posta. Prysznic, szybkie rozpakowanie i w miasto. Okazuje się, że nie będziemy zwiedzać Hoi An- miasteczka w którym stacjonujemy ale na kolację jedziemy do oddalonego o 30 minut autem Da Nang. Jedna z wolontariuszek wyjeżdża tego wieczoru. Da Nang do którego przylecieliśmy okazuje się nie być dziurą na zadupiu, a milionowym miastem z barami na szczycie hoteli, basenami (znowu jak na zdjęciach z poprzedniego posta) itd. Po kolacji i lotnisku wracamy do domu, walimy w kimę. Budzę się rano i czuję że żyję. Budzę się w miejscu do którego tęskniłem dwa lata. Do zapachów, smaków, do cholernej wilgotności, do leniwych mieszkańców. Sączę poranną kawę na werandzie i tu właściwie zaczyna się gwóźdź programu czytaj posta. Koleżanka moja droga pielęgniarka wychodzi ze swojego pokoju, lokalizuje moje aktualne miejsce posadzenia tyłka i nieśmiało podchodzi zagadać. Jest absolutnie świadoma jak podchodzę do wszystkich ośmionożnych pomiotów szatana. "-Jest sprawa"- zaczyna. "-Mhm?"- znad kubka świeżo mielonej wietnamskiej kawy. "-Bo u mnie w pokoju jest pająk i jak się okazuje musiał tam być minimum od wczoraj, pomożesz mi go złapać?"- pyta niewinnie. Teleportuję się jakieś 5 metrów dalej, tak dla zachowania dystansu jak to mawiają w razie wu. "-Duży?"- pytam. "Jak mi pomożesz odsunąć szafę i jak go złapię to Ci pokażę... No mały nie jest..."- pada odpowiedź. I teraz sytuacja jest taka: Mam dwie opcje- Opcja pierwsza- naginam do szefostwa ośrodka i mówię, że dach się wali, kafelki odpadają i w ogóle całą noc mi się ściany trzęsły więc nie sądzę, żeby to był dobry pomysł zostawać w tym domu. Opcja druga- Odsunąć tą cholerną szafę, wiedząc, że z tyłu jest w każdej chwili gotowy mnie udusić wietnamski zabójca. Po chwili namysłu odsuwam szafę i szybkim krokiem oddalam się od zajmowanego kwadratu. Mija może parę minut i słyszę krzyk: "- Mam go!!! Chodź tu i podaj mi aparat". Wchodzę do domu, nogi standard galareta i zastaję taki oto obrazek. Na podłodze w pokoju gościnnym klęczy moja koleżanka, do podłogi przyciskając multipak do płyt CD w którym znajduje się rzeczona bestia. Wymiana zdań która następuje później pokazuje rozmiar tragedii w którą jestem przymusowo uwikłany. "- A weź sobie sama aparat, ja się tam nie zbliżam ani na krok"- Krzyczę z drugiego końca pokoju. I teraz jest hit, uwaga odpowiedź: "Nie mogę, bo on jest NA TYLE SILNY że jak wstanę po aparat to PODNIESIE TO PUDEŁKO CAŁE A BIEGA NIEPRZECIĘTNIE SZYBKO...".
Aha... Czyli nie dość że sprinter to jeszcze skurwiel waga ciężka. Koniec końców podaję jej aparat którym robi powyższe zdjęcie. Potem wynosi go na ulicę, odchodzi dobre sto metrów i wyrzuca w dżunglo/ rów.
Ze wszystkich egzotycznych zwierząt, jako pierwszego spotkałem pająka mutanta. Dla zobrazowania sytuacji zwróćcie uwagę na kocie głowy dla porównania skali na zdjęciu, dziękuję, kurtyna.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz