środa, 24 października 2012

Historia tygodnia

Po pierwsze to nie wiem jak to dalej z blogiem będzie, a przynajmniej ze zdjęciami, bo coś mi się komp zbiesił i nie zamierza współpracować jak należy. Mam nadzieję przywołać go do porządku i kontynuować, ale w ostatnich dniach nie mogłem nic postawić. Mam nadzieję, że dzisiaj się uda i nie wywali się znowu w trakcie pisania.
Co do rzeczonej historii... Kilka dni temu pracuję sobie spokojnie w klinice, to tu coś wytnę, to tam coś podam, dzień jak codzień. Siedzę sobie w izolacji (nie permanentnie, tylko chwilowo obserwuję izolowane zwierzęta- dla jasności), wchodzi ktoś i podaje mi schroniskowy telefon. Pytam o co chodzi, okazuje się, że ktoś chce rozmawiać z weterynarzem z Polski, co więcej ten ktoś zna moje imię. Biorę telefon i słyszę kogoś kto usiłuje mi coś przekazać w angielskotajskim. Po kilku prośbach o powtórzenie ostatnich zdań, staje się jasne, że dzwoni jakaś kobita w sprawie swojego psa. Mówi, że ostatniej nocy pies został postrzelony z broni (!) i że nie wygląda najlepiej (raczej oczywiste. Zwykle nie wygląda się najlepiej po postrzale). Ponieważ pracuje w jednym z resortów na wyspie i aktualnie jest zajęta, prosi żebym się pofatygował i do nich przyjechał, żeby uśpić psa. Pytam czy jest zdychający- nie. Cała sprawa brzmi nieco dziwnie, ale ok idę na to. Pytam jak się do nich dostane, mówi że za dwadzieścia minut podjedzie po mnie auto. Wszystko fajnie, biorę zestaw dmuchawek, rurek i jestem gotowy. Po kilkunastu minutach, na parking przed centrum podjeżdża najbardziej wypasione Isuzu (pełno ich tu wszelkiej maści i rodzaju, w zdecydowanej większości pickupy albo vany), w kolorze czarnym z przyciemnianymi szybami. Z fury wysiada dwóch tajów i wchodzą do centrum. Angielskiego ni w ząb, chcą dzwonić do kogoś, ale pokazują na telefon i kiwają przecząco głowami. Proste pytanie "taxi? taxi?" rozwiązuje problem. Na ich twarzach pojawiają się uśmiechy od ucha do ucha i potakująco (dla odmiany) kiwają głowami. Ruszamy w kierunku auta, rzucam okiem na ławkę przed schroniskiem i macham do znajomych. Wsiadam, zajmuję miejsce na tylnym siedzeniu. W aucie klima daje z siebie wszystko, wszędzie skóra i drewno, na plecach foteli kierowcy i pasażera wmontowane ekrany. Luksus pełną gębą. Ruszamy i kierujemy się na południe. Nie mam zielonego pojęcia gdzie jadę. Zakładam sobie, że jeśli miniemy najdroższy resort na wyspie (który jest mniej więcej w dwóch trzecich drogi z centrum do parku narodowego który znajduje sie na południowym krańcu wysy), zacznę się zastanawiać o co chodzi i gdzie jadę. Chłopaki z przodu nie są zbyt rozmowni na początku, ale się starają. Pytają czy mówię po ichniemu, odpowiadam że nie. Pytają mnie o imię, odpowiadam i pytam o ich imiona. Jeden mówi za dwóch. Twierdzi, że ma na imię Tik a jego kumpel kierowca Ek. Jadę więc z Tikiem i Ekiem w stronę parku narodowego. Droga wiedzie przez niewielką wioskę, potem po drodze jest kilka resortów, a im dalej na południe tym bardziej pusto, dziko i zadupie. Rozglądam się w poszukiwaniu punktu orienatcyjnego i oto jest, najbardziej wypasiony resort na wyspie... Zostaje za naszymi plecami a ja nieznacznie przysuwam sobie sprzęt do usypiania. Myślę sobie, że dwóch to nie zdejmę za jednym zamachem ale mogę ustrzelić Eka (bo chłop byk jak na taja), a drugiemu pokurczowi dam radę spokojnie. Zaczynam się zastanawiać, skąd znają moje imię... Czyżbym zaszedł komuś na wyspie za skórę tak mocno, że zorganizował całą taką imprezę? Robi się niezbyt śmiesznie, bo w pewnym momencie mijamy (w mojej ocenie) ostatni resort przed parkiem narodowym i za chwilę tabliczkę mówiącą, że do parku zostały 3 kilometry. O tej porze w parku nie ma nikogo, pusto i cicho. Chlopaki nie wyglądają na spoconych, więc jest szansa, że jeszcze nie wykopali grobu gdzieś w dżungli. Ukradkiem wyciągam telefon z zamiarem napisania smsa do schroniska o treści "jestem w parku narodowym, jak bie wrócę za kilka godzin to możecie mnie gdzieś tam szukać broczącego krwią". Wszystko fajnie ale... nie ma zasięgu. Skubańce musieli to wiedzieć wsześniej. Auto powoli zwalnia około kilometra przed parkiem i skręca z głównej drogi w wąską, czerwonoziemną bitą drogę, która wiedzie prosto do dżungli. Sprawdzam drzwi, nie włączyli blokady tępaki. Jakby chcieli to zrobić porządnie to by zablokowali cholerne drzwi. Zaczynam się poważnie zastanawiać czy nie skakać z auta. Przejeżdżamy ze dwieście metrów i nagle wszystko się zmienia. Podjeżdżamy pod najbardziej odosobniony resort na wyspie. Auto się zatrzymuje, jakiś gość podchodzi do moich drzwi, otwiera je, wita mnie i zaprasza do baru. Brzmi nieźle. Po drodze pytam skąd znają moje imię, okazuje się, że są dobrymi znajomymi naszego tajskiego lekarza i to on dał im namiary na mnie. Dochodzimy do baru (na plaży a jakże) a tam koło czterech, pięciu psów. Mówią, że jeden z nich nie czuje się dobrze, że najprawdopodobniej został postrzelony. Sprawdzam psa, oglądam, dziury po kuli ni cholery. Pytam gdzie ta rana wlotowa, pokazują mi zadrapanie na uchu :/// Oprócz draśnięcia (pewnie przez innego psa), suka ma napięty brzuch i nie bardzo chce się ruszać. Stawiam na celowe zatrucie i z ich telefonu organizuję transport dla psa (czyt. auto, klatka, puzdro, smycz etc. - czyli wszystko to o czym powinienem wcześniej pomyśleć.) Gość który ze mną rozmawiał w barze na plaży, mówi że podczas naszej rozmowy przez telefon nie był w stanie sie wysłowić nalezycie i przeprasza za swój angielski (czyli jednak to był koleś...). Mówię, że nie ma sprawy i że jego ang jest całkiem niezły. Po pewnym czasie przyjeżdża auto, pakujemy psa, wracamy do centrum. Następnego dnia pies cały i zdrowy jest gotowy, żeby wrócić do resortu. Miejsce przepiękne, bar na plaży, leżaczki, basen, bungalowy cudo, więc pomyślałem, że jak nie będzie zbyt drogo to może się tam wybiorę w jakiś wolny dzień. Proszę naszego tajskiego doktora, żeby zapytał o cenę, kiedy przyjadą po niego. Zupełnie po wszystkim, kiedy pies już odjechał, pytam jak tam wygląda sprawa cenowo. Lekarz mówi, że nie jest zbyt drogo, bo to jeszcze nie szczyt sezonu, a dla mnie może załatwić sporą zniżkę. Mówię, że to bardzo ładnie z ich strony, że chcą się odwdzięczyć za uratowanie psa w ten sposób. Lekarz na to, że nie rozumiem... Mówi, że może załatwić mi sporą, bardzo sporą zniżkę. Nie łapię o co chodzi, zmieszana mina prowokuje go do wyjaśnienia... Okazuje się, że gość z którym rozmawiałem przy barze, to nie do końca gość... Albo jak kto woli kobieta z którą rozmawiałem przez telefon to nie do końca kobieta... To wciąż ta sama osoba. Sprawa nieco się rozjaśnia, przypominam sobie, że kiedy czekałem na auto gość stwierdził, że jak mu wyleczymy psa to mogę przyjechać kiedykolwiek i mam darmowy alkohol w barze...
Fajny resort, ale nie tęskię za luksusem jeszcze tak bardzo :D
Pozdrawiam z bezpiecznego centrum ;)) Do następnego.

niedziela, 14 października 2012

Grill, pies i zakopane auto.

W sobotę zorganizowaliśmy imprezę pożegnalną dla trzech osób które opuszczały centrum. Plan był taki, że robimy grilla. Każdy kupuje co może i pichcimy to wszystko. Wybraliśmy się z kumplem vetem na poszukiwania produktów, które można rzucić na ruszt. Wstąpiliśmy na targ i przystąpiliśmy do wybierania warzyw. Cebula, papryka, chilli, kukurydza, etc. Wszystko szło dobrze, do momentu w którym kumpel pochwycił zielone cuś i zapytał co to jest. Odpowiedziałem, że absolutnie nie mam pojęcia, na co on: "ok, wezmę dwa" :D Wyszedł z założenia, że kupi chyba wszystkie możliwe zieleniny, rzuci to wszystko
na grilla, upiecze, a potem się zobaczy co jest jadalne a co nie. Mieliśmy więc szparagi, paprykę, cebulę itd, oraz dwa tajemnicze warzywa. Ktoś wpadl na pomysł, żeby wszystko pokroić, dać na talerze i każdy sobie będzie robił szaszłyki z czego tylko chce. Kolejnym jakże ułatwiającym życie pomyslem, było opisanie każdego talerza. Mieliśmy więc cebule, podpisane "cebule" jakby ktoś nie wiedział, oraz dwa talerze opisane "unknown" ;) Potem, kiedy już kupiliśmy możliwie dużo warzyw przyszedł czas na mięso. Sprawa nieco się komplikowała, ponieważ w większości marketów nie ma lodówek/ zamrażarek a nie bardzo
mieliśmy ochotę na eksperymenty ze "świeżym". Jednyną naszą szansą był największy sklep na wyspie. Oczywiście na drugim jej końcu. Dotarliśmy, znaleźliśmy zamrażarki... Wszystko w środku opisane w tajskim :/ Pierwszą rzeczą, którą znaleźliśmy w tajskim sklepie na końcu świata byl... metrowy wędzony łosoś norweski :D. Potem jakoś dogrzebaliśmy się do mrożonego mięsa. Jedyną informacją jaką udało nam się odczytać, były malutkie rysunki zwierząt z których mięso pochodzi. Kaczka odpadła, bo się kiepsko grilluje. Wyczailiśmy kurczaka, ale nie było mowy, żeby odgadnąć co to za rodzaj mięsa.
Zaryzykowaliśmy, mając nadzieję, że to nie np. prasowane skórki. Wybór okazał się jednak trafny i byliśmy w posiadaniu ciętych w paski kurzych piersi. Grill wypalił, wszyscy się obżarli, nikt nie spędził następnego dnia na kiblu, więc imprezę można było uznać za udaną.

Wczoraj przyszedł czas na kolejną misję. Tuż obok restauracji, która sponsoruje centrum szwędał się pies. Chudy jak szczapa, głodny. Zestaw dmuchawek, lotek, auto i w drogę. Przyjeżdżamy na miejsce (do samo, w którym znaleźliśmy orła) i znowu szukamy tego samego psa.
Dziesięć minut i sukces. Pies leży sobie spokojnie na cygańskim cmentarzu (żywy, żeby nie było). Kumpel norweg idzie od przodu, przyciąga uwagę, ja- plemienny dmuchacz, skradam się z rurą od tyłu. Strzał 1:0 dla mnie. Czekamy 10 minut, pies zasypia ale nie na tyle żeby bezpiecznie go podnieść. Przy próbie transportu zaczyna uciekać. Dajemy za psem, biegniemy po plaży, pies zatacza się ale wali susami. Pełny bieg, strzał 2:0. Czekamy kolejne dziesięć minut, pies leży gotwy. Norweg idzie przyprowadzić auto, ja czekam z psem. Podjeżdża autem koło psa, staje na plaży, pakujemy psa do auta, wsiadam na pakę i ruszamy. Przynajmniej chcemy. Piasek mokry, bryjowaty, człowieka spokojnie utrzyma ale dwutonowe auto z napędem na tył pięknie się zakopuje  do połowy koła. Kaszana. Robi się zbiegowisko, piętnastu tajów ogląda temat, chcą pomóc. Norweg idzie po znajomego taja złotą rączkę. 10 minut później przyjeżdżają drugim autem. Taj staje tuż przed naszym autem. Tłumaczę mu, że piasek mokry i żeby stanął dalej, gdzie jest bardziej sucho i twardo. Patrzy na mnie z politowaniem, bo przecież ja się nie znam a on całe życie na tej plaży spędził. Uśmiecha się i mówi "noproblem noproblem". Ok, stary działaj. Łączą dwa auta liną, wsiada do pierwszego, rusza... A przynajmniej chce. Zakopuje się tak samo, jak nie lepiej ;D. Mamy już dwa auta zakopane fest, nadchodzący przypływ i nieprzytomnego psa na pace. A! Dodam, że nie mamy klatki, bo sobie oczywiście nie wzięliśmy, a jak!. Przychodzą kolejni ludzie, organizują pomoc, przynoszą drewno, deski, kopią pod kołami, podkładają co się da. Trwa to wszystko w nieskończoność, pies się zaraz obudzi a dostał już taką dawkę, że kolejna wyłączy go na dobre. Jedyne co przychodzi mi do głowy, to wziąć psa do restauracji i zamknąć go w nieczynnej toalecie. Tak też czynię. Podczas spaceru od auta do knajpy z nieprzytomnym psem na rękach jestem atrakcją plaży i kilku okolicznych dzielnic.
Jakiś czas potem udało się odkopać auta, klatka się znalazła, pies trafił do klatki i przyjechał do schroniska. Siedzi bida teraz w klatce i będzie przechodzić długi proces oswajania z ludzmi, odżywiania i wracania do formy. Co potem, to się zobaczy.
Pzdr ;)

sobota, 13 października 2012

Misja ratowania psa z zaskakującym finiszem.

Hej. Przy tej krótkiej historii zdjęć nie będzie. Pojawią się później, bo muszę poprosić osoby postronne, które miały czas na robienie zdjęć, o przesłanie kilku. Ja tego czasu nie miałem. Ale po kolei. Wszystko zaczęło się dwa dni temu, przyszła wiadomość: Koło knajpy na plaży wałęsa się pies, stan fatalny, chudy, ranny, masakra. Szybka organizacja, planowanie następnego dnia i wczorajszym popołudniem wyruszyliśmy po psa. Było nas dwóch; ja i kolega norweg, który pracuje w ośrodku jako złota rączka, facet od wszystkiego. Dotarliśmy na plażę, zaparkowalimy auto i skuter. Rozglądamy się, psa nima. Czekamy cierpliwie na wolontariuszkę z Brazylii, która psa widziała, wie gdzie się szlaja i którędy iść. Przygotowujemy lotki, ładujemy dmuchawki, zwarci i gotowi przystępujemy do akcji osaczania psa. Łazimy po plaży, pomiędzy domkami, szwędamy się po terenie dobre pół godziny. Psa nie ma, trudno, spróbujemy innym razem. Powoli wracamy w kierunku auta. Podchodzi znajomy obcokrajowiec i oznajmia, że ma zadanie akurat dla nas. Tłumaczy, że znalazł orła (!) uwięzionego, zaplątanego w rybackie sieci, tuż obok na plaży. Pytamy, czy może załatwić jakieś ręczniki (w głowie cały czas mam obraz ORŁA, bydlęcia z przeogromnym dziobem i szponami), mówi że tak. Powoli zmierzamy we wskazanym kierunku. Idąc, mamy nadzieję, że to jednak nie orzeł, że nasz znajomy obcokrajowiec pomylił coś z orłem. Wciąż... jeśli mylisz coś z orłem, to to raczej wróbel nie jest. Przychodzimy na miejsce. Orzeł jak dzwon. Bydle niesiemskie. Noga zaplątana w nylonową grubą linkę. Tuż przy nodze spory węzeł, więc albo jakimś cudem sam się tak zaplątał, albo ktoś zastawił pułapkę. Na nasze (moje, bo wszyscy stali dwa metry dalej i robili zdjęcia) szczęście, ptaszysko było dość słabe, więc niezbyt skore do dziobania. Moje doświadczenie odnoście ptaków ogranicza się do karmienia kanarka w domu i trzymania papużki falistej na zajęciach na uniwerku. Próbowałem sobie przypomnieć uchwyt, ale weź jedną ręką złap orła za dziób, głowę, skrzydła i nogi. Powstał plan: na hura zarzucamy ręcznik na łeb i przyciskamy do gleby. Plan zadziałał i spod ręcznika wystawała tylko uwięziona noga. Nóż vs nylonowa linka 1:0 dla noża i ptaszysko wolne. Tylko co teraz i jak? Puszczamy? Odskakujemy? Kumpel wpadł na genialny pomysł: "To ja stanę kilka kroków dalej i będę kręcił film jak go wypuszczasz" No pięknie :/ :D Jedyne co mi przyszło do głowy (pewnie nie było to najszczęśliwsze rozwiązanie) to chwyt z tyłu za łeb, drugą ręką za nogi i rzut w powietrze. Modlilem się tylko, żeby poleciał a nie przywalił ryjem o kamienie dwa metry dalej. Nie byłby to najszczęśliwszy film :D. 3,4 rzut i orzeł w górze ;) Piękne zakończenie dnia ;)
Pozdr.

Wycieczkowo part 2

No więc po opuszczeniu rajskiej plaży, pszyszedł czas na kolejną zatokę wcinającą się w wyspę. Ta zatoczka nie miała żadnej plaży, co w niczym nie przeszkadzało. Był odpływ, więc większość łodzi nie mogła wpłynąć, bo zwyczajnie było za płytko. Dzięki temu, nasz longtail był jedynym... Znowu wysokie skały otaczające zatoczkę, wąskie gardło, woda kryształ i zero ludzi. Pływałem tam i spowrotem i nie mogłem uwierzyć...



No... bez komentarza ;)

















To właśnie wyjście/ wejście do zatoki. Nie ma co tu pisać... Zdjęcia mówią same za siebie.







To natomiast, mimo że nie wygląda, jest bardzo bardzo dochodowy interes. Tylko w kilku miejscach w całej okolicy osiedla się konkretny gatunek ptaków. Ptaki mozolnie budują gniazda (głównie z własnej plwociny), a ludzie je zbierają i za grube pieniądze sprzedają bodajże do Japonii. Tajskie prawo mówi, że zajmować się tym może tylko rząd i nie można mieć prywatnej firmy zbeirającej gniazda. Twierdzą, że jest ich mało i muszą szczególnie o nie dbać. Ta, jasne. Grota na zdjęciu nosi nazwę groty wikingów, bo kiedy pierwszy raz tajowie tam przybyli, na ścianach było mnóstwo malowideł i nikt nie ma pojęcia skąd się wzięły.
Albo jakiś zabłąkany wiking zapuścił się ciut za daleko, albo ktoś sobie zrobił jaja, ściągnął z neta wzory i popaprał ściany to tu to tam. ;)
To widok z longtail'a podczas powrotu na właściwą, zamieszkałą wyspę.






Na zakwaterowanie też narzekać się nie dało ;) Szczęście, że w pokoju klima, bo na zewnątrz milion stopni.







Basen tuż przed bungalowem okazał się bardzo przydatny ;P








To widok z knajpy (!) ze stolika przy którym siedzieliśmy. Wieczorem w tym samym miejscu odbył się pokaz tańca z ogniem. Kolesie profesjonaliści. Jeden z nich tak uwielbia Michaela Jacksona, że cały pokaz jest zrobiony pod jego muzykę. Dodatkowo, facet genialnie wplata klasyczne ruchy Jacksona w taniec z ogniem. Fenomenalne.




Wieczór został zakończony w sposób tradycyjny ;) Piłem piwo w najmniejszym barze świata ;) Cały bar (na plaży oczywiście) składał się z lodówki, szafki, stołka barmańskiego i lady (czyt.deski). Po drugiej stronie lady ławka i tyle ;D.Oczywiście knajpę prowadzi irlandczyk ;)
Podsumowując- zdecydowanie warto pojechać, zobaczyć, ale nie na długo. Tłum turystów staje się uciążliwy po pewnym czasie.
Pozdrawiam i do następnego napisania ;)

piątek, 12 października 2012

Wycieczkowo part 1

Z plażami to jest tak, że generalnie są ładne i wszystko cacy, ale jak pada albo jest szaro to plaża jak plaża. Czasem natomiast zdarza się tak, że akurat nie pada ;) (Chociaż szczerze mówiąc, na szczęście pada coraz rzadziej- papa poro deszczowa). No i jak nie pada, to jest szansa, że będzie ładny zachód słońca. Kilka dni temu akurat gdzieś jeździłem, coś załatwiałem i nagle zorientowałem się, że wszystko wokół jest w odcieniach czerwieni. Ciężko to opisać, jeszcze ciężej uchwycić aparatem. Jest taki moment, kiedy ceglasta czerwień wisi w powietrzu. Wtedy należy rzucić wszystko i jak w dym walić na plażę, bo na mur
beton będzie piękny zachód. Porzuciłem więc wszelkie podejmowane aktywności, zaopatrzyłem się w dwa piwka (w razie czego ;)) i wyciskając ile fabryka dała z mojego skuterka, pojechałem popatrzeć. Nie zawiodłem się, to był jeden z najlepszych zachodów jaki widziałem. Zdjęcie nigdy nie odda tego co się widzi w danym momencie. Jeśli patrząc na zdjęcie opada wam szczęka, lub robicie "wow", to należy pomnożyć to przez 10 i otrzymacie mój stan w tamtej chwili. Zapiera dech w piersiach. No mistrzostwo świata. Siedzę sobie więc, podziwiam to co widzę, a tu podchodzi jakiś taj i zaczyna konwersację :/
Miły, uśmiechnięty, półtorametrowy człowiek zagaduje o to, o tamto, skąd jestem, a co tu robię, a czy mi się podoba. Nie qźwa, nie podoba mi się, rzygam tą plażą, a posiedzieć w samotności patrząc na zachód słońca przyszedłem, bo mam skłonności masochistyczne. No więc odpowiadam, że "from Poland", na co on "aaa! Holland, bjutiful bjutiful". Posiedzieli, pogadali, zaproponował mi nawet pracę w jego barze na plaży, bo wkrótce otwiera. Odpowiedziałem, że się zastanowię (:D) i dam znać. Nie mogę się już na tamtej plaży pokazać :D. Na szczęście plaż pod dostatkiem. Zdjęć faceta na łódce mam chyba z milion, ale to
jest jednym z lepszych. Kulturalnie skończyłem konwersację z przemiłym tajem i zmyłem się z plaży po zachodzie. A no oczywiście z tajem była cała masa małych dzieci, które bawiły się turlając się po piasku. Nie ma się co dziwić, że nie uświadczysz w tropikach wysoko rozwiniętej gospodarki, przemysłu itd. Przecież jakbym się całe dzieciństwo talał po piasku na plaży podczas takich zachodów słońca, to potem przez całe życie moim głównym celem byłoby leżenie pod palmą. Poza tym jest cholernie gorąco, co nie sprzyja jakiejkolwiek pracy. Wiem, próbowałem. Pokopałem przez godzinę w okolicach południa i myślałem
że zemdleję.

We czwartek nadszedł wreszcie tak długo wyczekiwany dzień wolny.
Plan był z góry ustalony, nic tylko wstać rano i hej przygodo. Z Koh
Lanty, na Koh Phi Phi poza sezonem turystycznym odpływa tylko jeden
prom. O ósmej rano :/ Również tylko jeden wraca koło jedenastej rano.
Podróż zabiera koło godziny, więc ustaliliśmy że płyniemy, zostajemy na
jeden dzień a następnego wracamy. Nie było problemu z dogadaniem
na następny dzień, że będę w pracy nieco później. Pobódka o szóstej
była koszmarem, ale potem było już tylko lepiej. Na promie zameldowałem się o ósmej i w drogę. Myślałem, że prom będzie jakąś łódeczką, albo czymś skromnym, a tu niespodziewajka porządna łajba, dwa pokłady, miejsca do siedzenia jak w autobusie. Poza tym można siedzieć na dziobie albo rufie i podziwiać widoki. Uznałem, że muszę coś zrobić ze swoją opalenizną, bo wyglądam jak poskładany z dwóch manekinów. Ręce i nogi opalone, reszta blada totalnie. Rozłożyłem się na łódce, wystawiłem plecy na słońce i uciąłem sobie drzemkę. Lekcja nr 1 tego dnia- w Tajlandii można zjarać się słońcem o ósmej rano :/
Przez całą podróż można było oglądać Phi Phi, bo trasa biegnie w linii prostej, a między Lantą i Phi Phi nie ma nic. Z czasem jedna wyspa robi się większa, druga mniejsza ;) Tuż przed cumowaniem na Phi Phi do naszego promu podpłynął inny. Okazało się, że z Lanty płynie tylko jeden prom na Phi Phi i Phuket. I to jest ten sam prom. Kiedy ten zbliża się do Phi Phi, stamtąd wypływa drugi w kierunku Phuket. Ludzie którzy chcą dostać się do Phuket, muszą się przesiąść (!) na wodzie, na drugi prom. Myślałem, że operacja potrwa wieki i że będzie dość niebezpieczna, ale sternicy fachury obrócili oba promy, połączyli, ludzie
się przesiedli i po 3 minutach było po sprawie.
Tutaj na zdjęciu kutry rybackie z podwieszonymi na wysięgnikach żarówakmi. Najpierw myślałem, że w nocy lampki świecą się na różne kolory dla jaj (doświadczenie zebrane na Lancie z busów, które świecą jak choinki co wieczór), ale najprawdopodobniej trochę światła jest przydatne podczas nocnych połowów. Tak, czy inaczej wyglądają interesująco.


Phi Phi generalnie składa się z dwóch wysp. Jedna jest zamieszkała, druga nie. Obie są kamieniste i strome, a zamieszkała część to niewielki procent wyspy, wokoło plaży. Skały wznoszące się pionowo nad wodę, przy piaszczystej plaży w zatoce i krystalicznie czystej wodzie robią piorunujące wrażenie. Bajkowo.




Wszystko pięknie, ładnie do momentu kiedy schodzi się na ląd. Przystań, tłum miejscowych probujących cię namówić na zakwaterowanie, potem opłata za utrzymywanie wyspy w czystości (ta, jasne) i wreszcie można opuścić nabrzeże i ruszyć wąską uliczką wgłąb zamieszkałej części wyspy. Pierwsze wrażenie... nosz normalnie krupówki. Wszystko pod turystów, gwar, tłum ludzi, stragany jeden przy drugim. Najbardziej irytujący są tajowie, którzy namawiają na wyprawę łódką na niezamieszkałą wyspę. Siedzą i w kółko powtarzają "bołt, taxi bołt", uszy bolą. Phi Phi to podobno jedno z najlepszych miejsc na
świecie do nurkowania. Więc między wszystkimi straganami z żarciem, ozdobami, pierdołami, koszulkami, durnostojkami, pojawiają się sklepy oferujące kursy nurkowania. Większość z nich da się strawić, bo obsługa sobie siedzi, chcesz nurkować wchodzisz. Jeden sklep natomiast ma zasadę, że pracownicy muszą gadać do ludzi i zapraszać ich, tak jak tajowie na taxi bołt. Chyba ze dwadzieście razy podczas jednego dnia, usłyszałem "do you want to try out some scubadiving, mate?" Też irytujące. Jak się już człowiek który przypłynął z zacisznej Lanty, oswoi z gwarem, tłumem i całą tą turystyczną otoczką, można zacząć
podziwiać. A jest co. Longtaile ustawione rządkiem wzdłuż zatoki robią niezłe wrażenie. Poza tym, wręcz na plaży knajpa koło knajpy. Nic tylko siedzieć, popijać Singhę i napawać się widokiem. No bajka.






Padł pomysł skorzystania z usług jednego z panów taxibołtów i zobaczenia drugiej wyspy. Jest tam kilka miejsc, które powodują totalną relaksację mięśni żuchwy, co skutkuje opadem szczeny.






Pakujemy na łódkę, odbijamy i ruszamy w stronę mniejszej wyspy. Mimo, że teoretycznie sezonu turystycznego nie ma, ludzi tlum. Podobno tam sezon jest cały rok. No i zdecydowana większość turystów decyduje się na wycieczkę longtailem, szczególnie by zobaczyć jedno miejsce właśnie na mniejszej, niezamieszkałej wyspie. Nie do końca wiedziałem co może być aż tak niezwykłego, że wszyscy pakują w jedno i to samo miejsce. Po dziesięcio/ dwudziestominutowym rejsie, dowiedziałem się...











To właśnie mniejsza wyspa. Prawie dopływamy a ja tam nie widzę nic niezwykłego. No dobra, niezamieszkała wyspa na oceanie w tropikach jest w gruncie rzeczy niezwykła i wow, ale takich wysp to tu na pęczki. Czemu ci ludzie się tak zachwycaja, bladego pojęcia nie miałem. Popływamy do skalistych brzegów, powoli opływamy wyspę...



Nagle okazuje się, że w połowie długości wyspy znajduje się zatoczka... Wpływamy wgłąb wyspy poprzez ciasne gardło skał po lewej i prawej stronie wznoszących się na dobre kilkadziesiąt metrów...






Wszystko staje się jasne... Oglądaliście film "Plaża" z Leonardo di Caprio? Jak nie, to warto choćby dla widoków. Jak oglądaliście, to pojęcie takie czy inne macie. No więc to jest TA plaża. W tym miejscu kręcili cały film. Ludzi tłum, ale to nie przeszkadza. Zbieram koparę z podłogi łódki przez cały czas kiedy dopływamy. Raj na ziemii. Cała zatoczka ma głębokość około metra, może ciut więcej. Ludzie na plaży, w wodzie.. W takiej scenerii. Plaża i zatoka otoczona jest wysokimi skałami z każdej strony, poza wąziutkim gardłem. Moc.

Tuż za pierwszymi krzakami widocznymi z wody, znaleźć można knajpkę ( a jakże!) i kible Leonarda ;). Zimny browarek, dupsko na piasek i czego chcieć więcej. Potem oczywiście obowiązkowa kąpiel w superciepłej i turboczystej wodzie w zatoce...





Kilka następnych zdjęć nie wymaga chyba żadnego komentarza...


























To ścieżka, którą podążał boski Leonardo :). Idzie się kawałek pośród krzaków i wychodzi na plażę...







Oczywiście można też ponurkować po drugiej stronie wyspy...








Lecę coś wszamać i popołudniu część druga relacji z wycieczki na Phi Phi ;)

środa, 10 października 2012

Dzisiaj znowu kolejny dzień na Lancie, równa się nigdy nie wiesz co się stanie i co będziesz robił. Dostaliśmy zadanie niezbyt miłe, ale ktoś to od czasu do czasu robić musi. Wszystkie zwierzęta, które niestety nie przeżyły, są przetrzymywane w specjalnie do tego celu przygotowanych zamrażarkach. Raz na czas zamrażarka się zapełnia, a o zwierzęcym krematorium zapomnij. Zapomnij też, że ktokolwiek weźmie je i podda kremacji. Jedyną opcją jest pochowanie ich na wyznaczonym i odosobnionym terenie. Dwunasta w południe, ze 35 stopni lekko a my (ja i mój kolega weterynarz z jednego z krajów sąsiadujących z Polską) robimy za grabaży. Doświadczenie dnia dzisiejszego mówi, że człowiek może się spocić tak, jakby chodził godzinę po ulicach podczas burzy. Odwodniłem się na najbliższy tydzień. Mimo tego, praca szła nam dobrze (przynajmniej jednemu z nas) i uwinęliśmy się ze wszystkim w jakieś dwie godziny. Potem szybki prysznic i na lunch. Weźmie człowiek pojedzie na drugi koniec świata, spotka totalnie inną kulturę, kuchnię, ludzi itd; potem idzie jeden z drugim do knajpy na jedzonko i chcą chłopaki spróbować czegoś orientalnego. Biorę menu do ręki i decyduję się na coś czego nigdy jeszcze nie jadłem. Ryzykuję. Jestem na takim etapie, że każdą tajską paciarę zjem i to nawet z przyjemnością. Zamawiam coś co się nazywa Tempura z wieprzowiną. Czekam 10 minut i dostaję..... 5 kotletów schabowych wielkości dłoni z frytkami :D Może nie idealnie jak nasze schaboszczaki, ale bardzo zbliżone. Człowiek się uczy całe życie ;) Wspomnę tylko, że za całe danie zapłaciłem równowartość 10zł ;) Pozdrawiam :)))

sobota, 6 października 2012

Kilka dni temu kumpel zaproponował wycieczkę do Parku Narodowego w celu poszukiwania wszelkiego robactwa. Nie było szans, żebym został z nim w nocy z powodów wiadomych, ale zdecydowaliśmy się na wycieczkę, ot tak żeby się przejechać na skuterach. Po drodze trafiło nam się miejsce, z którego widać było co widać ;) No i zachód. Zatrzymaliśmy się, porobiliśmy fotki. Bajecznie. W samym Parku Narodowym jest tylko wąska ścieżka przez dżunglę, więc weszliśmy na kilkanaście metrów, zobaczyliśmy jak to wszystko wygląda nocą i wyszliśmy ;)
Następnego dnia, z racji faktu dnia wolnego, pojeździłem to tu to tam. Tak wygląda główna (i jedyna) droga wokół wyspy. Chwilowo pusta, ale podobno w sezonie trzeba uważać, bo turystów jak mrowków i wszyscy wieczorem wracają z pubów :/ Kolejnego dnia mieliśmy ponownie okazję pojechać na łapanie psów. Nieopodal wysypiska śmieci jest ich całkiem sporo. Byliśmy tam już wcześniej, więc psy głupie nie są i jak tylko widzą człowieka z rurą, dają dyla w krzaczory. Padł pomysł, żeby spróbować ustrzelić kilka z jadącego samochodu, ponieważ ludzi to może się i boją, ale samochody mają gdzieś. Stała sobie taka jedna na poboczu, wielce zainteresowana przejeżdżającym autem.

Nie miała pojęcia, że z tyłu na pace jestem ja i moja rurka ;D. Tamten dzień był owocny i udało nam się wysterylizować kolejne psy. Na zdjęciu po lewej widać jak mieszkają miejscowi. W zależności od sytuacji finansowej, domy są dość różne. Idea jest taka, że front musi mieć swego rodzaju werandę/ patio. Oczywiście w odrażająco paskudnych płytach :D. Na tejże werandzie zostawia się klapki i można spokojnie wejść do domu. Biednejsi ludzie mieszkają w "domach" (czyt. jednoizbowych pomieszczeniach ze ścianami z blachy falistej), w których zapewne można gotować jajko na podłodze, o ile nie jest to klepisko.

Tutaj właśnie jeden z biedniejszych domów, ulokowany zdala od turystycznego hałasu, gdzieś w środku wyspy. Ale nawet takie domy, obowiązkowo, zawsze wyposażone są w antenę satelitarną i telewizor. Większość, albo jakaś całkiem spora część ludzi nie ma żadnego, albo prawie żadnego wykształcenia. Młode chłopaki, kiedy tylko osiągną wiek pozwalający im pracować, zabierani są przez ojców do pracy na longtail'ach, pracują łowiąc ryby, tkając sieci, zbierając kraby z pułapek itd. Dziewczynki zostają z matką (i najczęściej babką, czasem jeszcze paroma ciotkami) w domu i uczą się pracy w domu.

Kontrast jest spory, kiedy pojedzie się do miejsc odwiedzanych przez turystów. Sporą szansą dla miejscowych, jest angielski. Daje im sporo możliwości pracy w sektorze turystycznym. Wykształceni czy nie, wszyscy są bardzo mili i przyjaźnie nastawieni. Na zdjęciu knajpka, w której zdarzyło mi się być i sączyć lokalnego browarka. Knajpa nazywa się TopView Restaurant i faktycznie widok jest top. Ta plaża jest jedną z najczystszych na Lancie. Po drugiej stronie zatoki widać najdroższy resort na wyspie. Pięciogwiazdkowy kurort o nazwie Pimalai. Można wyguglić jaką mają ofertę i jakie ceny. Tuż obok knajpy z której zrobione jest zdjęcie, jest inny resort, dużo tańszy.
Bungalow z widokiem na morze kosztuje 70zł za noc. Nie tak źle, zważywszy na fakt, że człowieka rano budzi slońce, szum fal etc. Na zdjęciu po lewej znowu restauracjo/bar. Wydaje mi się, że spora część barmanów chciałaby być na miejscu faceta ze zdjęcia. Po jakże ciężkim dniu wolnym (spędzanym właśnie w tejże knajpce) udałem się na odpoczynek do pubu na plaży, aby przy lokalnym piwku podziwiać zachód słońca. Szkoda, że dni wolne są tylko raz w tygodniu ;)
Pozdrawiam :)






















sobota, 29 września 2012

Hej. Ostatnimi czasy cisza, spokój, stagnacja, marazm. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Nawet nie ma nic do krojenia. Od czasu do czasu do schroniska przyjdą jacyś miejscowi ludzie z kotem. Oni mają chyba jakieś problemy, albo uraz odnośnie służby zdrowia, szeroko pojętej. Nie ma opcji, żeby ktoś przyszedł i powiedział: Witam, mój kot zachowuje się dziwnie, nic rano nie zjadł, etc. Zazwyczaj przychodzą z dwoma problemami: 1- Nie je od tygodnia 2- Biegunka od tygodnia. Jak zaczyna się problem to myślą, że może samo przejdzie a jak już decydują się na wizytę u nas, to często okazuje się, że już jest za późno. Jest to dla nas pewnego rodzaju doświadczenie i wyzwanie, bo spotykamy się ze skrajnymi przypadkami i próbujemy robić co w naszej mocy, ale nie zawsze się udaje.
Mamy tu jednego weta, który jest zafascynowany wszelkiego rodzaju paskudztwem. Robale, węże, pająki itd. Wczoraj zaproponował mi nocną wycieczkę do parku narodowego. Park narodowy w Polsce to parę drzew na krzyż i może z jeden zagubiony niedźwiedz. Tutaj to dżungla pełna wszelkiego robactwa a oprócz tego niedzwiedzie, małpy, warany. Jak wiadomo uwielbiam pająki, więc grzecznie odmówiłem ;) Dzisiaj rano myślałem, że umrę ze śmiechu. Pytam kumpla jak tam wycieczka i poławianie, on na to, że jedyne co udało mu się tej nocy osiągnąć, to niechcący przejechać węża na drodze :D:D:D.
Jak się coś wydarzy, to zaraz będę wam o tym donosił ;)
Pzdr.

piątek, 28 września 2012

Hej. Zdjęcie jeszcze z Koh Jum z przystani z której odpływaliśmy. Aktualnie nie ma nowych fotek, bo pracuje w centrum a tu wszystko co ciekawe było już fotografowane. W każdym razie jest historia ;) Tuż po powrocie z Koh Jum, po rozpakowaniu sprzętu w schronisku, każdy marzył tylko i wyłącznie o prysznicu. No więc wchodzę sobie spokojnie na pewniaka do pokoju, ściągam brudne ciuchy i w ręczniczku pakuję do łazienki. Wchodzę, zamykam drzwi, odkręcam wodę... krzyczę i rzucam każdym możliwym mięsem znanym ludzkości, wybiegam na podwórko (cały czas w samym ręczniku :D). No takiego pająka to w życiu nie widziałem. Siedziała bestia w rogu koło kosza na śmieci, czekał na mnie cham pewnie cały tydzień. Wielkości mniej więcej rozpostartej dłoni dorosłego faceta. Idę prosić o pomoc. Znajduję wetpielęgniarkę, która była z nami na Koh Jum. Wiem, że będzie zafascynowana tym pomiotem szatana, bo lubi łazić po nocach po dżungli i znajdować różne paskudztwa i okropieństwa. Mówię jaka jest sprawa. Faktycznie okazuje się, że nie muszę długo czekać na pomoc. Adina biegnie do mojego pokoju z bananem na twarzy. Proszę żeby go zabiła, ale ona upiera się, że go wyniesie do lasu. Ależ proszę cię bardzo, byle minimum ze 2 kilometry, bo franca wróci i mnie udusi w nocy. Stoję na zewnątrz i słucham co dzieje się w środku. Ze środka dochodzą mniej więcej takie dźwięki: "O.... jaki duży! Ale fajny, takiego jeszcze nie widziałam, no chodź.... AAAAaaaaaaaaaa!!!!!!" Po czym ona również wybiega z mojego pokoju jak ja wybiegałem kilka minut wcześniej. Okazuje się, że pająk ma turboprzyspieszenie, że próba złapania go tylko go wkurzyła, oraz że potrafi skakać od ściany do ściany (ze 3m). Oboje idziemy po pomoc :D. Następne posiłki do Andrea, (wiem, same laski, żałosne ale cóż :/ :D) wet z Anglii. Wchodzi do łazienki, zamyka drzwi za sobą, za dwie minuty wychodzi trzymając pająka.... w koszyczku zrobionym z dłoni.... :///// Przechodząc koło mnie rzuca tylko pytanie, czy przypadkiem nie jest jadowity, ale dochodzimy do wniosku że niekiedy nieświadomość jest zbawienna, więc wypuszcza go do lasu. Póki co bestia nie wróciła. Z względów wiadomych, zdjęć pająka nie ma :P
Następnego dnia koło południa ktoś rzuca pomysł, żeby po raz kolejny spróbować dopaść psa na wyspie. Niewiele się dzieje w schronisku, więc wyruszamy w 3 osoby. Ja z dmuchawką, lotkami i lekami, oraz dwoje generalnych wolontariuszy. Docieramy do restauracji, woda spokojna, atakujemy temat. Ja i Bernardo (chłopak z Portugalii) wbijamy na kajak i płyniemy na wyspę. Zdjęć znowu nie ma, bo to ta sama wyspa, te same zdjęcia. Dopływamy, widzimy psa. Ładuję gotową lotkę do rurki i próbujemy iść w stronę psa, ucieka do dżungli. Bernardo podsuwa pomysł, żeby zostawić jedzenie na plaży i ukryć się w zaroślach. Mówi, że ostatnio jak tu był, to pies przyszedł jeść, ale nie bylo nikogo z dmuchawką. Kryjemy się w krzaczorach, mrówki, komary i wszelkie inne tałatajstwo obłazi nas ze wszystkich stron. Bernardo mówi, że ostatnim razem czekali koło pół godziny na psa. Lokujemy się więc wygodnie, zapalam papierosa, gadamy o pierdołach. 4 minuty poźniej kończę palić, gaszę, a pies podchodzi do jedzenia. Jesteśmy w szoku, że tak szybko przyszedł. Zaczyna szamać, a koniec rurki wystaje w jego kierunku z zarośli. Już mam strzelać kiedy nas zauważa i zaczyna zwiewać. Podczas jedzenia stał bokiem, więc cel był dość spory. Teraz mam przed sobą tylko jego chudy tyłek i jakąś sekundę, dwie na oddanie strzału. Próbuję. Lotka wbija się w sam środek tylnej prawej nogi. Idealnie. Pies dostaje przyspieszenia, po kilku sekundach biegu plażą lotka wypada, pies ginie w dżungli. Sprawdzamy lotkę, pusta, czyli wszystko co miało wejść w psa weszło. 1:0 dla nas. Czekamy 5-10 minut i włazimy w dźunglę w poszukiwaniu psa. Sprawa prezentuje się tak, że albo teraz albo nigdy. Jak go nie znajdziemy, to sie obudzi po paru godzinach i następnym razem nie przyjdzie do jedzenia. Chodzimy, szukamy, przedzieramy się przez zarośla w japonkach i krótkich spodenkach. Po pół godziny... nic. Tracimy wiarę. Przechodzę koło sporego drzewa, pod którym leży spory konar. Konar okazuje się być półtora metrowym waranem, który najpierw na mnie spogląda, potem szybkim ruchem odwraca się i idzie sobie w inną stronę. Trzęsące się ręce i nogi, po niespodziewanym bliskim spotkaniu z dinozaurem nie pomagają w poszukiwaniach. Po kolejnych kilkunastu minutach... sukces ;) Mamy go. Leży sobie na skraju błotnistej kałuży. Bierzemy gada na ręce i... zaczyna padać. Nie tak sobie ot padać, ale lać tak mocno, że widoczność spada a my po dosłownie 3 sekundach jesteśmy cali mokrzy. Niebo robi się szare, morze wzburzone, wali ścianami deszczu a my siedzimy w dżungli z nieprzytomnym psem. No bajka.
Dzwonimy do schroniska po posiłki. Pies jest w stanie dramatycznym. Krańcowo wyczerpany, chudy, odwodniony. Zapada decyzja, że najlepiej będzie jeśli go uśpimy od razu i oszczędzimy mu dalszych cierpień. Policzyliśmy, że był na wyspie przez prawie miesiąc, a załapanie go zajęło nam 7 wypraw.
Wszystko pięknie, ładnie, tylko okazuje się, że nie ma wystarczającej ilości środków do usypiania w pudełku. Uzgadniamy przez telefon ze schroniskiem, że przyślą auto z klatką i wszystkim czego nam trzeba. Pakujemy psa na kajak między nas i w czasie kiedy pada nieco mniej przypływamy spowrotem. Pakujemy psa do klatki i ruszamy w drogę powrotną. Po drodze zatrzymujemy się gdzieś na bocznej drodze, z dala od wszelkiej cywilizacji i usypiamy biednego psiaka. Cały czas pada. Jest nas dwóch- ja wracam na swoim skuterze, totalnie mokry, auto prowadzi kumpel, który przyjechał ze schroniska. On jedzie pierwszy, ja kilkaset metrów za nim, bo deszcz wali mi po oczach i widzę drogę tylko przez szparkę jednego oka. Kilkometr dalej wyjeżdżam zza ostrego zakrętu... Kumpel stoi na drodze i macha do mnie z glupią miną na twarzy, auto w rowie :/ Zdefiniuje pojęcie rowu, bo nieco różni się od polskiego wyobrażenia o czymś tuż poza drogą. Tutaj to metrowa dziura, a przód auta ściśle otulony jest krzakami, drzewami, jednym słowem dżunglą jak cholera. Ok, zastanawiamy się co robić. Kumpel cały, auto nie. Po chwili decydujemy, że nie ma co dzwonić do schroniska. Wszyscy tylko by się zdenerwowali itd. Próbujemy wyciągnąć auto na własną rękę prosząc miejscowych przejeżdżających tubylców o pomoc. Problem w tym, że mam świadomość, że zaraz zbierze się pokaźny tłumek muzułmanów, a my mamy uśpionego psa na pace i raczej nikt nam nie pomoże. Podejmujemy jedyną możliwą decyzję- pies na plecy i w dżunglę. Zostawiamy go w krzakach tak ukrytego, żeby nikt go nie zobaczył. Po chwili zatrzymuja się pierwsi ludzie, nikt ale to totalnie nikt nie mówi po angielsku. Migowy idzie jako tako, próbujemy prosić o pomoc, pytamy czy ktoś ma linę. Auto wkopane jest tak, że potrzebujemy naprawdę sporego drugiego auta z napędem 4x4. Po 3 godzinach walki z autem, deszczem i brakiem komunikacji, kończymy w takiej oto scenerii: Na poboczu drogi stoi 8-10 aut, koło 20-30 skuterów. Mamy ze sześćdziesięciu gapiów, robimy za atrakcję. Miejscowi okazują się jednak bardzo pomocni. Lina się znalazła, maczety poszły w ruch, wykosili pół lasu, wydarli, wypchali auto na drogę. Blok silnika cały, auto chodzi, nadaje się do jazdy, ale przedni zderzak przypomina harmonijkę, drzwi kierowcy (te po prawej stronie auta) sie nie otwierają, nie ma bocznej szyby i lusterka.
A! I podczas całego tego stania tam w tej trawie i innym dziadostwie użarła mnie pijawka :/ Franca gruba jak kciuk. Wracamy do schroniska, opowiadamy o wszystkim. Padamy na twarze po kolejnym dniu na Lancie. Tutaj nigdy nie wiesz co Cie spotka następnego dnia.
Trzymajcie się i do następnego napisania ;)