Hej. Zdjęcie jeszcze z Koh Jum z przystani z której odpływaliśmy. Aktualnie nie ma nowych fotek, bo pracuje w centrum a tu wszystko co ciekawe było już fotografowane. W każdym razie jest historia ;) Tuż po powrocie z Koh Jum, po rozpakowaniu sprzętu w schronisku, każdy marzył tylko i wyłącznie o prysznicu. No więc wchodzę sobie spokojnie na pewniaka do pokoju, ściągam brudne ciuchy i w ręczniczku pakuję do łazienki. Wchodzę, zamykam drzwi, odkręcam wodę... krzyczę i rzucam każdym możliwym mięsem znanym ludzkości, wybiegam na podwórko (cały czas w samym ręczniku :D). No takiego pająka to w życiu nie widziałem. Siedziała bestia w rogu koło kosza na śmieci, czekał na mnie cham pewnie cały tydzień. Wielkości mniej więcej rozpostartej dłoni dorosłego faceta. Idę prosić o pomoc. Znajduję wetpielęgniarkę, która była z nami na Koh Jum. Wiem, że będzie zafascynowana tym pomiotem szatana, bo lubi łazić po nocach po dżungli i znajdować różne paskudztwa i okropieństwa. Mówię jaka jest sprawa. Faktycznie okazuje się, że nie muszę długo czekać na pomoc. Adina biegnie do mojego pokoju z bananem na twarzy. Proszę żeby go zabiła, ale ona upiera się, że go wyniesie do lasu. Ależ proszę cię bardzo, byle minimum ze 2 kilometry, bo franca wróci i mnie udusi w nocy. Stoję na zewnątrz i słucham co dzieje się w środku. Ze środka dochodzą mniej więcej takie dźwięki: "O.... jaki duży! Ale fajny, takiego jeszcze nie widziałam, no chodź.... AAAAaaaaaaaaaa!!!!!!" Po czym ona również wybiega z mojego pokoju jak ja wybiegałem kilka minut wcześniej. Okazuje się, że pająk ma turboprzyspieszenie, że próba złapania go tylko go wkurzyła, oraz że potrafi skakać od ściany do ściany (ze 3m). Oboje idziemy po pomoc :D. Następne posiłki do Andrea, (wiem, same laski, żałosne ale cóż :/ :D) wet z Anglii. Wchodzi do łazienki, zamyka drzwi za sobą, za dwie minuty wychodzi trzymając pająka.... w koszyczku zrobionym z dłoni.... :///// Przechodząc koło mnie rzuca tylko pytanie, czy przypadkiem nie jest jadowity, ale dochodzimy do wniosku że niekiedy nieświadomość jest zbawienna, więc wypuszcza go do lasu. Póki co bestia nie wróciła. Z względów wiadomych, zdjęć pająka nie ma :P
Następnego dnia koło południa ktoś rzuca pomysł, żeby po raz kolejny spróbować dopaść psa na wyspie. Niewiele się dzieje w schronisku, więc wyruszamy w 3 osoby. Ja z dmuchawką, lotkami i lekami, oraz dwoje generalnych wolontariuszy. Docieramy do restauracji, woda spokojna, atakujemy temat. Ja i Bernardo (chłopak z Portugalii) wbijamy na kajak i płyniemy na wyspę. Zdjęć znowu nie ma, bo to ta sama wyspa, te same zdjęcia. Dopływamy, widzimy psa. Ładuję gotową lotkę do rurki i próbujemy iść w stronę psa, ucieka do dżungli. Bernardo podsuwa pomysł, żeby zostawić jedzenie na plaży i ukryć się w zaroślach. Mówi, że ostatnio jak tu był, to pies przyszedł jeść, ale nie bylo nikogo z dmuchawką. Kryjemy się w krzaczorach, mrówki, komary i wszelkie inne tałatajstwo obłazi nas ze wszystkich stron. Bernardo mówi, że ostatnim razem czekali koło pół godziny na psa. Lokujemy się więc wygodnie, zapalam papierosa, gadamy o pierdołach. 4 minuty poźniej kończę palić, gaszę, a pies podchodzi do jedzenia. Jesteśmy w szoku, że tak szybko przyszedł. Zaczyna szamać, a koniec rurki wystaje w jego kierunku z zarośli. Już mam strzelać kiedy nas zauważa i zaczyna zwiewać. Podczas jedzenia stał bokiem, więc cel był dość spory. Teraz mam przed sobą tylko jego chudy tyłek i jakąś sekundę, dwie na oddanie strzału. Próbuję. Lotka wbija się w sam środek tylnej prawej nogi. Idealnie. Pies dostaje przyspieszenia, po kilku sekundach biegu plażą lotka wypada, pies ginie w dżungli. Sprawdzamy lotkę, pusta, czyli wszystko co miało wejść w psa weszło. 1:0 dla nas. Czekamy 5-10 minut i włazimy w dźunglę w poszukiwaniu psa. Sprawa prezentuje się tak, że albo teraz albo nigdy. Jak go nie znajdziemy, to sie obudzi po paru godzinach i następnym razem nie przyjdzie do jedzenia. Chodzimy, szukamy, przedzieramy się przez zarośla w japonkach i krótkich spodenkach. Po pół godziny... nic. Tracimy wiarę. Przechodzę koło sporego drzewa, pod którym leży spory konar. Konar okazuje się być półtora metrowym waranem, który najpierw na mnie spogląda, potem szybkim ruchem odwraca się i idzie sobie w inną stronę. Trzęsące się ręce i nogi, po niespodziewanym bliskim spotkaniu z dinozaurem nie pomagają w poszukiwaniach. Po kolejnych kilkunastu minutach... sukces ;) Mamy go. Leży sobie na skraju błotnistej kałuży. Bierzemy gada na ręce i... zaczyna padać. Nie tak sobie ot padać, ale lać tak mocno, że widoczność spada a my po dosłownie 3 sekundach jesteśmy cali mokrzy. Niebo robi się szare, morze wzburzone, wali ścianami deszczu a my siedzimy w dżungli z nieprzytomnym psem. No bajka.
Dzwonimy do schroniska po posiłki. Pies jest w stanie dramatycznym. Krańcowo wyczerpany, chudy, odwodniony. Zapada decyzja, że najlepiej będzie jeśli go uśpimy od razu i oszczędzimy mu dalszych cierpień. Policzyliśmy, że był na wyspie przez prawie miesiąc, a załapanie go zajęło nam 7 wypraw.
Wszystko pięknie, ładnie, tylko okazuje się, że nie ma wystarczającej ilości środków do usypiania w pudełku. Uzgadniamy przez telefon ze schroniskiem, że przyślą auto z klatką i wszystkim czego nam trzeba. Pakujemy psa na kajak między nas i w czasie kiedy pada nieco mniej przypływamy spowrotem. Pakujemy psa do klatki i ruszamy w drogę powrotną. Po drodze zatrzymujemy się gdzieś na bocznej drodze, z dala od wszelkiej cywilizacji i usypiamy biednego psiaka. Cały czas pada. Jest nas dwóch- ja wracam na swoim skuterze, totalnie mokry, auto prowadzi kumpel, który przyjechał ze schroniska. On jedzie pierwszy, ja kilkaset metrów za nim, bo deszcz wali mi po oczach i widzę drogę tylko przez szparkę jednego oka. Kilkometr dalej wyjeżdżam zza ostrego zakrętu... Kumpel stoi na drodze i macha do mnie z glupią miną na twarzy, auto w rowie :/ Zdefiniuje pojęcie rowu, bo nieco różni się od polskiego wyobrażenia o czymś tuż poza drogą. Tutaj to metrowa dziura, a przód auta ściśle otulony jest krzakami, drzewami, jednym słowem dżunglą jak cholera. Ok, zastanawiamy się co robić. Kumpel cały, auto nie. Po chwili decydujemy, że nie ma co dzwonić do schroniska. Wszyscy tylko by się zdenerwowali itd. Próbujemy wyciągnąć auto na własną rękę prosząc miejscowych przejeżdżających tubylców o pomoc. Problem w tym, że mam świadomość, że zaraz zbierze się pokaźny tłumek muzułmanów, a my mamy uśpionego psa na pace i raczej nikt nam nie pomoże. Podejmujemy jedyną możliwą decyzję- pies na plecy i w dżunglę. Zostawiamy go w krzakach tak ukrytego, żeby nikt go nie zobaczył. Po chwili zatrzymuja się pierwsi ludzie, nikt ale to totalnie nikt nie mówi po angielsku. Migowy idzie jako tako, próbujemy prosić o pomoc, pytamy czy ktoś ma linę. Auto wkopane jest tak, że potrzebujemy naprawdę sporego drugiego auta z napędem 4x4. Po 3 godzinach walki z autem, deszczem i brakiem komunikacji, kończymy w takiej oto scenerii: Na poboczu drogi stoi 8-10 aut, koło 20-30 skuterów. Mamy ze sześćdziesięciu gapiów, robimy za atrakcję. Miejscowi okazują się jednak bardzo pomocni. Lina się znalazła, maczety poszły w ruch, wykosili pół lasu, wydarli, wypchali auto na drogę. Blok silnika cały, auto chodzi, nadaje się do jazdy, ale przedni zderzak przypomina harmonijkę, drzwi kierowcy (te po prawej stronie auta) sie nie otwierają, nie ma bocznej szyby i lusterka.
A! I podczas całego tego stania tam w tej trawie i innym dziadostwie użarła mnie pijawka :/ Franca gruba jak kciuk. Wracamy do schroniska, opowiadamy o wszystkim. Padamy na twarze po kolejnym dniu na Lancie. Tutaj nigdy nie wiesz co Cie spotka następnego dnia.
Trzymajcie się i do następnego napisania ;)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz