czwartek, 30 kwietnia 2015

Changes, changes.

PL- Witajcie! Blog Tajlandia z wyboru zmienia ksztalt. Zmienia sie nazwa, zmienia sie jezyk ale zawartosc pozostaje ta sama. Ta decyzja spowodowana jest wieloma rzeczami. Po pierwsze wiem, ze piszac po angielsku trafie do wiekszej ilosci odbiorcow. Po drugie mam nadzieje, ze pozostaniecie ze mna i dalej bedziecie sledzic moje poczynania i wydarzenia ze zwariowanego, koczowniczego zycia. Pozostaje tylko pozeganc sie po polsku i rozpoczac po angielsku. ENG- Hello and welcome. My old blog has just changed its shape. Many changes to come in the nearest future so I have decided to swap to English. At first I would like to say sorry for all my mistakes in spelling. Secondly I hope I can get more readers this way and that you will all enjoy reading about my crazy fight I decided to take on. So... for those who do not know me yet. I am 28 now, born and raised in Poland. After many ups and downs I decided to study veterinary medicine and after six long years I graduated from University of Environmental and Life Sciences, Wroclaw. When I had my diploma I decided to move abroad. First, I went to Thailand for 4 months where I was working with Lanta Animal Welfare as a volunteer vet. It was an amazing time, a real eye-opener. I enjoyed my stay a lot, met tons of amazing people from all over the World. I was fulfilled and happy about all the amazing job we did saving hundreds of animals in need. After Thailand I decided to move to the UK to get better at what I am going to do for the rest of my life. It was the best thing I did back then. I started working as a small animal vet in a practice in Wales. After 6 months of getting familiar with medical English and new surroundings I wanted to learn even more and I moved to England. I joined a fantastic team of dedicated animal lovers at Rogers, Brock and Barker- my last practice. 18 months of work for RBB were filled with amazing people, amazing medical cases and a fair bit of travelling. You can have a look at my previous posts and see some pics. I traveled across Europe, Vietnam and Japan. I am sure that my previous posts for those of you who speak English are only pictures but it should give you an idea. Anyway... Today is a big day. Back in December last year I was in Vietnam just for two weeks, where I joined Vietnam Animal Welfare Organization. A similar animal shelter as in Thailand. There are several reasons why I did it. First of all I needed to go back to Asia. I absolutely adore this part of the World and simply cannot live without if for long. Secondly, my Thailand placement thought me a lot. I learned how to be a better vet, I learned about what is important in being a vet. It is neither glamour, nor money. It is all about a life that you can save. In the end of the day, saving an animal feels like the best thing ever. Asia needs help. Asian animals do. They need time, money, volunteers, vets, all hands on deck they can get. After December I was faced with a difficult decision. I was either to stay in the UK with my comfortable life, or throw myself into this absolutely wild ride of fighting for animal welfare in Asia, in Vietnam this time in particular. I decided to leave the UK and join Vietnam Animal Welfare Organisation full time. I finished my UK job today. I am moving to Vietnam next week. I have no idea what is going to happen. All I can give you here is what I am about to experience. It is not going to be an amazing read but sure as fuck it is going to be honest. Pure truth. Be like a turtle. Steady but forward. Screw your belongings, take what you need with you and jump into deep water. So... if you want to join me this way... please, sit back and enjoy the ride.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Jak chlonac Tokyo, czyli moczyc nogi w Pacyfiku.

Po przygodach z Kyoto mialem w planach pare dni w Tokyo z kilku powodow. Po pierwsze wypadalo sie spotkac z kolega M. ktory w swych azjatyckich wojazach postanowil o Japonie zahaczyc, po drugie od samego przyjazdu prawie w Tokyo nie bylem, bo pierwszej nocy i szybkiej ewakuacji nastepnego ranka nie bardzo mozna zaliczyc do bycia w Tokyo. O ustalonej godzinie w ustalonym miejscu spotkalismy sie z dawno nie widzianym kumplem i uznalismy, ze nalezy to oblac. Pogoda slabawa, wiec szybko namierzylismy knajpke pod wiaduktem kolejowym i przy dzwiekach zachodniej muzyki rozpoczelimy swietowanie spotkania... Kiedy otworzylem oko o blizej nieokreslonej godzinie dnia nastepnego okazalo sie, ze dobrze nie jest. Jedyne co podtrzymywal mnie na duchu to mysl, ze gdzies w Tokyo podobnie czuje sie moj wspolbiesiadnik z poprzedniej nocy. Humoru nie poprawial mi fakt, ze na wczesne popoludnie umowilismy sie na zwiedzanie Tokyo. Pogoda nieciekawa, wiec skonczylo sie obleceniu tego co dalo sie obleciec we w miare rozsadnym czasie i juz znowu moglismy cieszyc sie sredniej jakosci, ale jednak piwem. Zawsze mowilem, ze lubie duze miasta. Dalej sie tego trzymam natomiast istnieje granica przesady. Trzynascie i pol miliona ludzi to zbyt duzo. Miasto jest przeogromne, wszedzie mniej wiecej takie samo, zaczyna sie od centrum i Palacu Imperialnego (zeby wejsc nalezy wizyte zabukowac a terminy sa na 3 miesiace w przod- dowiedzialem sie o tym na lotnisku wiec przepadlo) oraz dzielnicy rzadowej- czytaj troche zielonego i zamek w srodku otoczony szklano-betonowa dzungla wiezowcow. Pozniej przechodzimy do nieco nizszych dzielnic i ciasnych uliczek- dzielnice mieszkalne i potem dopiero na obrzezach dzielnice domkow. Tokyo w zasadzie tak sie rozloslo, ze w aglomeracje spokojnie lyknelo miasta takie jak Setagaya, Kawasaki i Yokohama co znaczy, ze obszar znany pod nazwa Greater Tokyo (czytaj niekonczonce sie gesto zabudowane obszary miast przechodzacych w siebie wzajemnie) zamieszkuje uwaga... blisko 33 miliony ludzi. Czyli poltora do czterech Londynow w zaleznosci co bierzemy pod uwage. Gi-gant. Z pewnoscia oferta kulturalna jest niesamowita i mozna znalezc milion przytulnych knajpek ale nie mialem na to ani czasu ani ochoty. Uznalem, ze pakuje manatki i jade tak daleko na poludnie, az zobacze slonce. Zaszylem sie w malutkiej miejscowosci i mam wszystko czego mi trzeba. Slonce, plaze, piasek i Pacyfik(!), w ktorym tytulowo mocze nogi. Jestem takze pod sporym wrazeniem mojego hotelu. Tradycyje japonkie zakwaterowanie to cos czego trzeba doswiadczyc, czad. Wczoraj uznalem, ze odpoczywam po calym tym zwiedzaniu, wiec nie robilem doslownie nic oprocz lezenia a pokoju i krotkiego spaceru. Pogoda wczoraj zupelnie sie nie przejmowalem, ale mialem nadzieje, ze dzisiaj dopisze poniewaz dzisiaj mialem ostania okazje odwiedzic wisienke na torcie calej wycieczki. Cos, co mniej lub bardziej specjalnie zostawilem sobie na koniec, mianowicie Park rozrywki Fuji-q Highland. Dzien rozpoczalem ambitna pobudka o piatej rano. Problem wynikal z tego, ze z dojazdem do parku bylo kiepsko. Park znajduje sie nie tak znowu daleko ode mnie ale oprocz drogi nie ma tam zadnego innego polaczenia co oznaczalo powrot niemalze do samego Tokyo, zeby znowu jechac na wschod, tym razem inna linia, nieco na polnoc. Urzadzenie do wyszukiwania planow podrozy hyperdia.com jest absolutnie genialne. Znalazlo mi najlepsza dla mnie opcje: 6 stacji, 5 pociagow, 4 przesiadki, laczny czas podrozy... 209 minut. No niestety, czego sie nie robi dla paru rollercosterow. Pod tym wzgledem Japonia nie przestanie mnie zadziwiac nigdy- po 209 minutach, 4 przesiadkach, 5 pociagach i 6 stacjach stanalem pod brama parku. Na trzy z czterech przesiadek mialem okolo 5 minut. Nie sadzilem, ze jest to wykonalne, okazuje sie, ze tak to wszystko jest pokombinowane, ze pociagi stoja na tym samym peronie, tudziez 1 peron obok wiec przediadka zajmuje do minuty. Tak czy inaczej stanalem pod brama parku i serce zabilo nieco mocniej. Pozwolcie, ze wyjasnie. Rollercostery to jest to co tygryski lubia najbardziej. Kazdy park rozrywki z prawdziwego zdarzenia posiada cztery rodzaje atrakcji. 1) Atrakcje dla dzieci (czytaj klauny, piraci, zamki, baseny, place zabaw etc.) 2) Atrakcje dla ludzi o slabych nerwach, emerytow i z angielska w wolnym tlumaczenia kurczakow (czytaj zjazdy wodne z 10 metrow, karuzele co sie unosza 10 metrow, elektryczne samochodziki, male kolejki- zainteresowancch odsylam do polskiej wiki- polski rollercoster tajfun we Wladyslawowie (!) ze swoim haslem reklamowym: wez zaszalej!) 3) Tak zwane zygacze czyli wszelkiej masci wahadla, krecace sie filizanki i inne wygibasy ktorych jedynym zadaniem jest zrobic ci z plynu w bledniku papke/ gluta. 4) Duze kolejki czyli to co kreci nas najbardziej. Z powodow oczywistych punkty 1 i 2 odpadaja, punkt numer trzy odpada z gruntu- lubie swoj blednik. Park Fuji-q Highland posiada 4 duze rollercostery i na nich sie dzisiaj skupilem. Zaczac chce jednak od samego parku bo sam w sobie zebral u mnie najgorsze noty ze wszystkich parkow w jakich bylem. Park w miare maly, wszedzie beton, zero cienia, bezosobowo, plasko, zadnego wystoju, dekoracji nic. Kolejki natomiast... zebraly zgola odmienne noty. Po calym dniu mialem wrazenie, ze ludzie ktorzy zainwestowali w park zatrudnili projektantow rollercosterow, ci zrobili powierzone im zadania po czym spotkali sie ponownie. Inwestorzy rzucili okiem i uznali: 'Wiecie co chlopaki... te kolejki juz wygladaja swietnie ale okazuje sie, ze mamy troche lewej kasy na pierdoly takie jak drzewka, krzewy, laweczki, potoczki, kamyczki i inne bzdury. Moze wy byscie to jeszcze wzieli i zrobili te kolejki jeszcze bardziej jebniete, hm? Architekci zlapali kase jak miche miodu i tak powstal Park Fuji-q Highland ze swymi czteroma potworami. Wszyetkie 4 costery dostepne sa na youtube pod swoja nazwa i dopiskiem 'fuji-q front seat', wszystkie cztery dierza, lub dzierzyly rekord/y swiata pod jakims wzgledem. Zaczalem od tego, ktorego chcialem miec jak najszybciej za soba 1) Eejanaika- opisywany jako kolejka czwartego wymiaru. Nie dosc, ze jest standardowym rollercosterem to jeszcze dochodzi zygacz w postaci niekontrolowanych obrotow krzeselek wokol wlasnej osi. Dane techniczne 76 metrow wysokosci, maks predkosc 126 km/h, rekord swiata- najwieksza ilosc inwercji wliczajac inwersje/ petle krzeselek -14. Przejazdzka jest totalnie z innej planety, nie da sie do zadnego innego normalnego costera porownac, przez wiekszosc czasu nie wiemy co sie dzieje, widzimy track przed soba by po ulamku sekundy jechac tylem a za chwile do gory nogami i przodem znowu. Totalna pralka. Po xaliczeniu rzygacza postanowilem dawkowac sobie emocje i stonowalem nieco nastroj wybierajac 2) Takabisha- coster tworcow takich klasykow jak Saw: The ride czy Smiler wiec znajac producenta, wiedzialem na co sie pisze. Okazalo sie ze ma ona jednak swoje smaczki. Po wyjezdzie z ciemnego tunelu i jednej petli (czyli tak jak rozpoczynaja sie wszystkie costery tej firmy) znalazlo sie elektromagnetyczne przyspieszenie poziome tak, by wagonik byl w stanie pokonac dwudziestometrowa petle. Dane: 43m wyspkosci, maks predkosc 100km/h ( do kotrych rozpedza sie w 2 sekundy) i rekord swiata w kategorii najwiekszy kat drop'a wynoszacy 121 stopni. Dla zaznaczenia tego rekordu, oczywiscie wagoniki zatrzymuja sie na chwile kiedy wisi sie glowa w dol. 3) Fujiyama - tu wiedzialem, ze bedzie sie dzialo z kilku powodow. Po pierwsze jestem ogromnym fanem tego typu kolejek, duzych wzniesien i grawitacyjnego przyspieszania, po drugie przez pierwszy rok po otwarciu w 1996 roku Fujiyama byla najwyzsza na swiecie (79 metrow), z najwiekszym na swiecie dropem (70 metrow) i najszybsza ( maks 130 km/h. Musze przyznac, nie zawiodlem sie ani troche. Przepiekna ponad dwuminutowa podroz przez wzloty i upadki, wspaniale przeciazenia, genialne dropy, czyli to czym dla mnie jest zajebisty rollercoster. Na koncu przyszedl czas na wisienke na torcie... 4) Dodonpa- czyli najszybciej przyspieszajacy rollercoster na swiecie. Od startu zatrzymanego do predkosci 173 km/h (!), rozpedza sie w... 1.8 sekundy (!!!). Warto zobaczyc filmik na yt. Wiem juz czemu nikt nie wpadl na pomysl zrobienia czegos co przyspeiszalo by jeszcze szybciej. Ludzie masowo by mdleli. Jesli po mniej niz dwoch sekundach jedzie sie blisko 180 km/h to to jest na granicy zdrowego rozsadku. Absolutnie przepiekna wycieczka przy przeciazeniu 4.25G.

sobota, 18 kwietnia 2015

Rzecz o herbacie i gejszach czyli zgubic sie w Kyoto.

Na wstepie zaznaczam, ze dzisiejsze zdjecia nie beda powodowaly u Was opadniecia szczeki. Dzisiejszy dzien byl nastawiony na zupelnie inne doswiadczenia. Wysmienita pogoda sprzyjala drugiemu dniu odkrywania Kyoto a ze wczoraj zabukowalem uczestnictwo w rytuale parzenia herbaty w samo poludnie, nie bylo na co czekac. Udalem sie pod wskazany adres i razem z pozostalymi trzema osobami usiadlem na miejscu dla oczekujacych. Punktualnie o dwunastej nasza gospodyni zaprosila nas do srodka. Idac na miejsce zastanawialem sie z kim przyjdzie mi sie spotkac. Bralem pod uwage dwie opcje. Albo gospodyni bedzie raczej z tych mlodych i ladnych ale bedzie posiadac ograniczona wiedze na temat parzenia herbaty, albo wrecz odwrotnie, bedzie mistrzynia ceremonii dzieki wieeeeloletniemu doswiadczeniu. Sam do konca nie wiedzialem na ktora opcje bym sie zdecydowal gdybym mial mozliwosc wyboru gdyz oba te warianty niosly za soba zupelnie inne, acz bogate doswiadczenia. Po wejsciu do srodka i jednym szybkim rzucie oka wiedzialem juz na czym bede sie bardziej skupial, czy na gospodyni czy na herbacie. Ceremonie parzenia herbaty przedstawila nam dzisiaj japonka o wdzieczym imieniu Naoko. Naoko z dziewiecdziesiat lat. Nauka parzenia herbaty zatem. Pierwsza rzecza, ktora musielismy oczywiscie zrobic bylo sciagniecie butow, nie pchamy sie na kwadrat w kamaszach. Naoko usadzila nas jedno obok drugiego i calkiem niezlym angielskim z jeszcze lepszym japonskim akcentem oswiadczyla, ze dzisiejsze spotkanie bedzie skladac sie z trzech czesci. Po pierwsze wytlumaczy nam na czym caly rytual polega, potem przygotuje dla nas czarke do podzialu i na sprobowanie a na koniec sami podejmiemy probe zrobienia czegos co chociaz wzglednie bedzie przypominac jej herbate. Krotki, tresciwy pietnastominutowy wyklad/ opowiesc byl bardzo interesujacy. Herbata do Japonii przyjechala z Chin. W calym rytuale nie chodzi o to zeby nazlopac sie herbaty a bardziej o to zeby sie wyciszyc, docenic otaczajace nas piekno przyrody, wyrazic swoj szacunek dla momentu ktory zdarza sie raz w zyciu. Jest scisle powiazany z odlamem Zen buddyzmu i sklada sie z zasad parzenia i picia proszkowanej zielonej herbaty 'matcha'. Kazdy najmniejszy ruch ma swoje znaczenie, kazde naczynie jest do czegos potrzebne, kazdy przedmiot wyraza jakiegos rodzaju przekaz wzgledem gospodarza, gosci i swiata. Rytual zazwyczaj odbywa sie w specjalnych pomieszczeniach, ktorych uklad i wykonczenie czerpia garsciami z Zen, a Zen z Feng Shui. Znowu zainteresowanych odsylam do anglojezycznej wiki, swietny artykul o rytuale pod fraza 'japanese tea ceremony'. Na ceremonie nie przychodzimy z golymi rekami. Potrzebujemy trzech rzeczy a mianowicie malego wachlarzyka, kawalka rowno poskladanego papieru sluzacego za talez na poczestunek oraz maly nozyk do krojenia serwowanych slodkich galaretek. Zaczynamy od tego, ze nie wchodzimy jak do ciotki na imieniny z glosnym 'no siema Rychu! ilez to sie nie widzielismy wujku, jak tam zona sie miewa?' tylko w ciszy zajmujemy miejsce, kladziemy przed soba zlozony wachlarzyk i skladamy uklon. W ten sposob witamy gospodarza, gosci i okazujemy szacunek przybylym. Potem gospodyni wykonuje milion precyzyjnych ruchow wszystkimi przyrzadami i sciereczka oczyszczajac narzedzia sluzace ceremonii. Serwetka macha sie pozniej w scisle okreslony sposob by w ten sposob zaznaczyc cztery strony swiata oraz cztery sezony roku. Specjalna bambusowa lyzeczka (kazda lyzeczka, kiedy zostaje ukonczona przez mistrza ceremonii dostaje swoje wlasne imie i darowana jest nowemu wlascicielowi) odmierzamy okreslona ilosc proszku i zalewamy woda o odpowiedniej temperaturze. Proste? W zyciu. Okazuje sie, ze nabieranie herbaty z pudelka wykonuje sie w okreslony sposob. Bambusowa chochla do nabierania wody to nie tylko chochla ale uwaga... rowniez wyimaginowane lustro w ktore nalezy sie wpatrzec w okreslony sposob by oddalic wszelkie troski i zajecia zostawione na zewnatrz pomieszczenia i skupic sie na rytuale i wewnetrznym spokoju. Jak juz nalejemy odpowiednia ilosc wody do miseczki trzeba by to zamieszac, wiec specjalna szczotka z bambusa wykonujemy scisle okreslone (a jakze) ruchy by rozbeltac proszek w wodzie. Miske podnosimy do ust w okreslony sposob. Nie wiem czy wiecie ale miska ma swoj wlasny przod i tyl! Miske nalezy ustawic przodem od siebie by pozostali goscie mogli podziwiac zdobienia a gdy podnosimy do ust by sie napic nalezy ja dwoma ruchami zgodnie ze wskazowkami zegara obrocic o 180 stopni tak by przod spogladal na nas. Jakby sie chcialo machnac taka herbatke na szybko to przy zalozeniu, ze woda w czajniku ma odpowiednia temperature zajmuje to jakies 10 sekund. Rytual parzenia herbaty trwa zazwayczaj w okolicy czterech godzin... Rytual zmienial sie przez wieki, wielu mistrzow spedzilo zycie (!) by opracowac techniki i sposoby parzenia herbaty. Parafrazujac kolejnego klasyka powiem, ze taki mistrz to sie nawymyslal, napocil, nierzadko nawet umarl, to nawet przez grzecznosc wypadaloby pobieznie skumac zasady (Przy okazji, ktos wie moze skad to ostatnie zdanie?). Jesli bedziecie mieli kiedys okazje, goraco poelcam, nie zeby sie zupelnie wkrecac, Zen i heja ale zeby w kolejny sposob poczuc klimat starej Japonii. Wspomne jeszcze tylko, ze rytual zaczal byc popularny najpierw wsrod arystokracji, pozniej rowniez wsrod samurajow a skonczywszy na tych co bogatszych kupcach. Po opuszczeniu ogrodu parzenia herbaty znow uderzyl mnie szybki, glosny, rozkrzyczany swiat wiec przyszedl czas na relaksik w parku. Gdzies tam na zdjeciach znajdziecie jak wyglada publiczna toaleta w parku (!!). Sorry ale tak czysto w ubikacji to czasem w niektorych domach nie ma. W Europie zaraz na scianach byloby hwdp tudziez inne tagi, mnostwo papieru, mocz na scianach, pety itd. Szok. Na jeszcze jednym zdjeciu jest cos co nazywa sie Skal czyli uwaga... lemoniada z mlekiem. Zaskakujaco dobre. Na chyba jednym z ostatnich fotek znajdziecie wczorajsza sake z opilkami zolta tak przy okazji ;) Wczesnym popoludniem uznalem, ze pora na druga atrakcje dnia. Mialem w planie... zgubic sie w Kyoto. Nie wiem jak Wy, ale ja czesto mialem tak, ze jak bylem gdzies na wakacjach (tylko nie lezenie w all inclusive 2 tygodnie pod palma a zwiedzanie najchetniej samemu) to dni mijaly mi na zapieprzaniu od jednej 'atrakcji' do drugiej, od jednego muzeum do drugiego. Pod koniec 'wakacji' wiedzialem, ze ani jednej szmaty ani skorupy nie chce widziec na oczy przez kolejne pol roku i ze chetnie bym opdoczal po tych wakacjach. Postanowilem dosc tego. Co z tego, ze nie zobacze kolejnego muzeum? Co z tego ze w perspektywie dwoch tygodni ominie mnie jedno miasto ktore moglbym gdzies tam wcinac jakbym sie spial? Plan byl prosty: mapa na dno plecaka i wio w miasto na kazdym skrzyzowaniu wybierajac losowo kierunek w ktorym sie udaje. Cztery godziny pozniej chcialem wyciagnac mape i powoli szukac drogi na stacje. Wiedzialem tylko tyle, ze chce zostac po wschodniej stronie miasta i ze zrobie wszystko, ze by dotrzec w jedno, calkiem szczegolne miejsce. Jesli kiedys bedziecie mieli okazje goraco polecam, zgubcie sie w jakims miescie. Najlepiej za granica i nejlepiej zeby lokalsi nie mowili za bardzo po angielsku. Po wykonaniu ze dwudziestu skretow na kolejnym skrzyzowaniu stanalem i przyznalem przed soba, ze nie mam bladego pojecia gdzie jestem. Fenomenalne uczucie. Znalazlem mala knajpke, usiadlem, zamowilem piwo. Tak dobrego piwa nie pilem dawno. Siedzialem sobie, nie spieszac sie w miejscu o ktorym nie wiem, do ktorego nigdy wiecej nie trafie, saczac zimne z kufla i usmiechajac sie sam do siebie. Po jakims czasie wstalem i ruszylem dalej. Po kolejnym skrzyzowaniu okazalo sie, ze trafilem na Nishiki Market, czyli waska uliczke zawalona tysiacem ludzi, na ktorej sprzedaje sie chyba wszystko co sie da zjesc w Japonii. Stragan kolo straganu, na wystawach przerozne farfocle, ryby, owoce morza, co tylko komu do glowy przyjdzie. Bogactwo zapachow i dzwiekow sprzedawcow jest powalajace. Bajka. Znowu odesle do innych zrodel jesli ktos ma ochote na wiecej zdjec a warto. Ja ten czas przeznaczylem glownie dla siebie, na lazenie bez celu i napawanie sie klimatem, zapachami, tym co widze i slysze. Opuscilem market i udalem sie znowu w losowo wybranym kierunku by po jakims czasie kluczac, trafic do miejsca ktore strasznie chcialem znalezc. Jesli ktos mowi Japonia, pierwsze trzy slowa ktore mi nasuwaly sie na mysl przed przyjazdem tutaj to katana, samuraj i gejsza. W dzisiejszych czasach zadne z tych slow nie ma juz takiej mocy jak kiedys ale okazuje sie, ze jesli wiedziec gdzie szukac... Katany widzialem, samuraja raczej nie spotkam, wiec zostawala pozycja numer trzy. Jesli szukac gejszy to w Japonii, jesli w Japonii to w Kyoto, a jesli w Kyoto to w Gion district. Jest to dzielnica, a moze raczej kilka uliczek ktore jeszcze pamietaja klimat dawnych czasow, mala machina do podrozy w czasie. Po przeczytaniu kilka dni wczesniej artykulu pt. 'Gejsza artystka czy dziwka' ktory mozecie znalezc na sieci, uznalem ze pokrece sie chwile po tej cudownej dzielnicy majac nadzieje, ze uda i mi sie uchwycic chociaz katem oka, chociaz na sekunde prawdziwa gejsze. Nie jest to latwe gdyz nie rosna one na ulicach a publicznie w pelnym makijazu i ubiorze pokazuja sie w zasadzie tylko w drodze od budynku z ktorego wychodza do taksowki ktora jada na umowione spotkanie. Mozna oczywiscie spedzic wieczor z gejsza nie ma sprawy, ale jest to rarytas dla wybranych. Nie dosc, ze za wieczor z gejsza trzeba zaplacic kolosalne pieniadze, to jeszcze trzeba miec zaproszenie od kogos kto takowe juz ma. Taki elitarny, scisle zamkniety klub dla wybranych. Powiem Wam, ze przemierzajac ulice Gion czulem sie troche jak na Red District w Amsterdamie. Nie zrozumcie mnie zle, ani by mi przez mysl nie przeszlo porownywac holenderskich portowych dziwek do gejsz ale i tu i tam jest cos takiego w powietrzu, takie elektryzujace wrazenie historii i tych wszyskich emocji ktore zalewaly oba miejsca na przestrzeni ostatnich setek lat. W ob tych miejscach kiedy zatrzymasz sie na pare minut, zamkniesz oczy, mozesz spokojnie przeniesc sie kilkaset lat wstecz. Na prawym udzie na pasku od spodni zaczepiony mialem pokrowiec od aparatu. Byl on otwary, moja reka spoczywala luzno na aparacie ale byla gotowa w kazdej sekundzie po niego siegnac. Kiedy tak postukalem po nim palcami poczulem sie troche jak Ostatni Sprawiedliwy na dzikim zachodzie ze swoim wiernym przyjacielem w kaburze. Kazdy dzwiek koturn czy obcasow na brukowanej ulicy przykuwal moja uwage. Chcialem chociaz przez sekunde ja zobaczyc. Stanac oczarowany historia i magia. Bylem jak Tommy Lee Jones w Sciganym, bylem jak bullterier, ale niestety nic z tego. W dzisiejszych czasach zobaczyc gejsze, nawet na ulicach Gion to spore szczescie. Przemykaja one szybko od drzwi do drzwi swiadome swojej unikalnosci. Nie udalo sie tm razem. Kiedys jeszcze sprobujemy...