piątek, 17 kwietnia 2015

Kyoto podejscie pierwsze, czyli szlakiem dwoch tysiecy swiatyn.

Od paru dni zastanawialem sie czym japonczycy roznia sie od innych narodow. Chcialem znalezc takie okreslenie, ktore bedzie idealnie do nich pasowac i dokladnie okreslac sedno ich podejscia do swiata. Slowa takie jak 'honor' czy 'szacunek' sa jak najbardziej trafne ale nie wyrozniaja ich sposrod innych nacji. Honor to maja wszyscy. Kazdy swoj wlasny i nieco inny. Amerykanie maja honor. Brytyjczycy maja honor, Polacy, Rosjanie, Azjaci z poludniowej azji. Kazdy na swoj sposob, kazdy inaczej ale mniej wiecej wszystkie nacje maja zdefiniowane pojecie honoru i nietaktem byloby stwierdzenie, ze ktoras nacja nie posiada go w ogole. Szacunek do kultury, tradycji, starszych etc rowniez. Mniej lub bardziej, ale kazdy narod jakies tam pojecie na swoj wlasny sposob o szacunku ma. Tydzien mi zajelo ale wpadlem na to. To slowo to 'pokora'. Nie spotkalem innej nacji na swiecie ktora cechowalaby sie tak gleboko zakorzeniona i rozwinieta pokora. Polacy i wschodnie narody Europy bardziej w strone- szklanka i co, ja nie dam rady? I co to to nie ja. Ja jestem najwazniejszy i mam generalnie w dupie cala reszte. Jeszcze gorsi sa Amerykanie. Wychodza z zalozenia, ze wszystko im sie nalezy a wszyscy na okolo sa glupi. Wiem, ze to wszystko to mocne generalizowanie ale nic nie poradze na to, ze tak jest i ze tak te narody sie prezentuja tu czy tam. Te wszystkie japonskie uklony, uprzejmosci to nic innego jak wyraz pokory i szacunku wzgledem rozmowcy. Abstrahujac od oficjalnych wizyt i waznych person z ktorymi przyjdzie im sie spotykac twarza w twarz, to wchodzisz do sklepu cholera cukierka kupic a ekspedientka klania sie w pas. Strasznie mi sie ta ich pokora podoba. Nie dlatego, ze mi sie klaniaja. Dlatego ze sie sami sobie klaniaja. Sasiadki sie spotykaja przed budynkiem, pozdrawiaja sie z 20 metrow a jak sie do siebie zbliza to obie w pol i z cztery, piec uklonow kazda zrobi. Czad. Obudzilem sie dzisiaj lekko przypoznawo, mialem w planach kolo siodmej byc na trasie z hotelu, pierwsze oko otworzylem po osmej wiec nadalem sobie tempo i z hotelu wygramolilem sie w dwadziescia minut. Na Kyoto przeznaczylem sobie dwa dni, wiec chcialem dzisiaj zobaczyc mniej wiecej polowe tego co zaplanowalem na miasto. Pociag podmiejski z mojej wsi Hikone, ktora miesci sie nad malowniczym Biwa Lake, do malego miasta Maibara, tam przesiadka w Shinkansen i do Kyoto. Tam, tym razem pociagiem miejskim pare przystankow i juz bylem w rejonie miasta ktory mnie dzisiaj interesowal. Planowalem zaliczyc trzy swiatynie i zobaczyc co dzien przyniesie. Zaczalem od swiatyni Ninna-ji, ktora jest glowna swiatynia buddyjskiej szkoly Omuro. Wybdowana w 888 roku przez piecdziesiatego dziewiatego Impratora. Rezydencja ta byla rowniez poprzednio nazywana Starym Imperialnym Palacem i stanowila rezydencje dla ex-imperatora. Cytujac klasyka musze przeznac (wybaczcie klasykowi), ze 'mieli rozmach skurwysyny' i taki emerytowany imperator pomieszkiwal sobie w calkiem calkiem wypasionym domu. Przy okazji Ninna-ji przyznam sie do kulturowej wpadki. Rano bylo, czlowiek zaspany, kupilem bilet, smigam acoby obczaic rezydencje i jak to we wszystkich muzeach/ swiatyniach przed wejsciem trzeba zdjac buty. Podchodze wiec do budynku i widze szafki z butami, wiem ze jak osiol nie bede sie pakowal w trepach na chate imperatorowi. Podlazlem do szafki... i sie zaczelo. Oblecialy mnie dwie panie bileterki w lamanym angielsko-japonsko-migowym wytlumaczyly, ze na drewniany podest (mial moze z 10cm wysokosci) tuz przy szafkach tez nie nalezy wchodzic a usiasc i zdjac buty. Dobrze, ze Szoguna nie bylo w okolicy bo Bronek-bul mialby godnego nastepce. Tak czy siak, po ekscesach na wejsciu poszlo juz z gorki. Oblazlem cala posiadlosc, popstrykalem fotki. Okazuje sie, ze centralny plac- ten z drobnym zaoranym zwirkiem, jest dla pewnosci acoby bylo czysto i rowno orany codziennie rano mimo tego, ze ludzka stopa tam nie postanela od czasow ostatniego rezudujacego imperatora. Z rezydencji pokustykalem trzasnac pare fotek pagodzie ale z pagodami to jest tak- widziales jedna- widziales wszystkie. W zwiazku z tym, ze nie roznila sie nic od poprzedniej To-ji, zawinalem kopytka w poszukiwaniu nastepnej swiatyni. Po drodze minalem swiatynie Ryoan-ji ktora z kolei jest centrum odlamu Zen buddyzmu. Znowu rowno zaorany zwirek jak sie okazuje ma sluzyc lepszej medytacji. Szybki look i w droge bo kulminacyjny punkt przedpoludnia w postaci Kinkaku-ji czekal jakis kilometr dalej. Wrazenia musze przyznac mam dwojakie. Z jednej strony takich tlumow turystow to nie widzialem w weekend majowy pod Morskim Okiem, ale z drugiej strony nad Morskim Okiem nie ma palacu calego smignietego zlotem. Golden Pavilon to turystczna destynacja numer jeden w Kyoto. Takie must see. I faktycznie jest co ogladac, wrazenie robi piorunujace. Swieci sie na kilometr ale jakby musi bo w srodku zawiera w sobie relikwie samego Buddy. Generalnie cala swiatynia to kolejna swiatynia Zen a kazde pietro pawilonu budowane jest w innym stylu. Warto. Chocby dla samego widoku calego budynku machnietego zlotem. Znowu przypomina sie wczesniej wymieniony klasyk. Cale Kyoto, zwazywszy na fakt iz bylo stolica kraju od 1180 do 1868 roku usiane jest miejscami kultu. Nosi przydomek miasta dziesieciu tysiecy swiatyn. Jest to lekka przesada ale faktem jest, ze posiada 2000 (!!!) miejsc kultu, 1600 buddyjskich swiatyn i 400 shrin'ow Shinto. Co mi sie podoba w tym miescie ogromnie to fakt, ze gdzie sie nie ruszysz to jakas swiatynia lub shrine z kawalkiem zieleni. Idziesz sobie spokojnie ulica jakby nigdy nic i wiesz napewno, ze za rogiem czasi sie na ciebie swiatynia albo shrine. Ma to w sobie jakas fajna magie. W kinkaku-ji, tuz przy wyjsciu w rejonie pod nazwa sklepy dla turystow ( cos jak w polskich gorach oscypki, ciupagi i kierpce dla kazdego z tym ze tu japonskie durnostojki i jeno-wyludzacze) skusilem sie na jedna z rzeczy na mojej japonskiej liscie do odhaczenia. Nabylem butelke sake. Ale nie jest to jakas tam zwykla, podrzedna sake. Jest to sake dla turystow co znaczy, ze pewnie kilometr dalej bylaby duzo tansza ale nie mialaby ladnej przywieszki, nalepki i nie fiurgalyby w niej opilki jadalnego zlota. Piszac tego posta sacze sobie wlasnie buteleczke oczywiscie tylko i wylacznie dla rozeznania sie w tutejszej kulturze i obyczajach, zeby nie bylo ze sam wale wieczorem do komputera. Dla pewnosci kupilem tez butelke coli jakby sie tego pic nie dalo ale musze przyznac ze wchodzi jak aksamit. Nie wiem jak jest mocna bo nawet nie czuc, wikipedia podaje od 14 do 20 procent. Zawsze myslalem, ze to bardziej lezy na polce wodki a sie okazuje, ze wina. Lagodny, delikatny aromat i smak, no powiem calkiem calkiem. Nie zraza mnie nawet wikipedia, ktora podaje, ze pordukuje sie ja z fermentowanego ryzu zakazonego wczesniej plesnia. Musze przyznac, ze ta plesn zrobila temu ryzowi ;) Bylo moze kolo pierwszej, wstepny plan mialem ogarniety wiec uznalem, ze na drugi koniec miasta na stacje (6,5km w linii prostej) pojde piechota. W ten sposob mialem okazje wchlonac troche klimat miasta, kratownicowego ulozenia planu ulic, duzych tranzytowych magistral i malych, waskich uliczek. Po drodze trafilem na Nijo Castle i musze przyznac, ze wejscie okazalo sie strzalem w dziesiatke. Tutaj chyba najmocniej poczulem klimat starej Japonii. Zamek zostal wybudowany przez pierwszego Szoguna Tokugawa czyli kolesia ktory zapoczatkowal wspanialy okres feudalnego rzadu okreslany w czasach dzisiejszych era Edo. Chcacych dowiedziec sie wiecej odsylam do wikipedii, przyjemny artykul o szogunacie tokugawa znajduje sie na angielskojezyczej wiki. Przeszedlem sie po zamku i w srodku i po ogrodach. Niestety w srodku nie mozna bylo robic zadnych zdjec i surowo sie tego trzymali. W kazdym razie stalem w pokoju w ktorym ostatni Szogun Tokugawa Yoshinobu przyjal zawezwanych z kazdego zakatka kraju feudalnych lordow i oglosil koniec ery szogunatu. Znowu piorunujace wrazenie. W drodze powrotnej zatrzymalem sie na kolejne na liscie do odhaczenia tym razem jedzenie, wciagnalem urywajace glowe ramen czyli japonska zupe z makaronem, miesem, kielkami, cebulka, sosem sojowym i przyprawami- bajka. Przyszedl czas na powrot do Hikone. Dotaszczylem sie na stacje i juz mialem wsiadac w pociag kiedy zobaczylem tabliczke w strone ruchomych schodow mowiaca o tarasie widokowym i sky garden na gorze dworca. No taki dworzec to ja rozumiem. Po pokonaniu 11 pieter ruchomych schodow pod golym niebem stanalem na dachu dworca. Dworzec robi wrazenie. Podrozny top tip- jak chcecie jechac do Japonii a nie umiecie jesc paleczkami, kupcie sobie pare albo idzcie do chinczyka i pocwiczcie. Jestem tu tydzien a noza i widelca nie widzialem na oczy. Jutro dzien pod tytulem 'w poszukiwaniu gejszy i rytualu parzenia herbaty' Yo!.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz