sobota, 18 kwietnia 2015

Rzecz o herbacie i gejszach czyli zgubic sie w Kyoto.

Na wstepie zaznaczam, ze dzisiejsze zdjecia nie beda powodowaly u Was opadniecia szczeki. Dzisiejszy dzien byl nastawiony na zupelnie inne doswiadczenia. Wysmienita pogoda sprzyjala drugiemu dniu odkrywania Kyoto a ze wczoraj zabukowalem uczestnictwo w rytuale parzenia herbaty w samo poludnie, nie bylo na co czekac. Udalem sie pod wskazany adres i razem z pozostalymi trzema osobami usiadlem na miejscu dla oczekujacych. Punktualnie o dwunastej nasza gospodyni zaprosila nas do srodka. Idac na miejsce zastanawialem sie z kim przyjdzie mi sie spotkac. Bralem pod uwage dwie opcje. Albo gospodyni bedzie raczej z tych mlodych i ladnych ale bedzie posiadac ograniczona wiedze na temat parzenia herbaty, albo wrecz odwrotnie, bedzie mistrzynia ceremonii dzieki wieeeeloletniemu doswiadczeniu. Sam do konca nie wiedzialem na ktora opcje bym sie zdecydowal gdybym mial mozliwosc wyboru gdyz oba te warianty niosly za soba zupelnie inne, acz bogate doswiadczenia. Po wejsciu do srodka i jednym szybkim rzucie oka wiedzialem juz na czym bede sie bardziej skupial, czy na gospodyni czy na herbacie. Ceremonie parzenia herbaty przedstawila nam dzisiaj japonka o wdzieczym imieniu Naoko. Naoko z dziewiecdziesiat lat. Nauka parzenia herbaty zatem. Pierwsza rzecza, ktora musielismy oczywiscie zrobic bylo sciagniecie butow, nie pchamy sie na kwadrat w kamaszach. Naoko usadzila nas jedno obok drugiego i calkiem niezlym angielskim z jeszcze lepszym japonskim akcentem oswiadczyla, ze dzisiejsze spotkanie bedzie skladac sie z trzech czesci. Po pierwsze wytlumaczy nam na czym caly rytual polega, potem przygotuje dla nas czarke do podzialu i na sprobowanie a na koniec sami podejmiemy probe zrobienia czegos co chociaz wzglednie bedzie przypominac jej herbate. Krotki, tresciwy pietnastominutowy wyklad/ opowiesc byl bardzo interesujacy. Herbata do Japonii przyjechala z Chin. W calym rytuale nie chodzi o to zeby nazlopac sie herbaty a bardziej o to zeby sie wyciszyc, docenic otaczajace nas piekno przyrody, wyrazic swoj szacunek dla momentu ktory zdarza sie raz w zyciu. Jest scisle powiazany z odlamem Zen buddyzmu i sklada sie z zasad parzenia i picia proszkowanej zielonej herbaty 'matcha'. Kazdy najmniejszy ruch ma swoje znaczenie, kazde naczynie jest do czegos potrzebne, kazdy przedmiot wyraza jakiegos rodzaju przekaz wzgledem gospodarza, gosci i swiata. Rytual zazwyczaj odbywa sie w specjalnych pomieszczeniach, ktorych uklad i wykonczenie czerpia garsciami z Zen, a Zen z Feng Shui. Znowu zainteresowanych odsylam do anglojezycznej wiki, swietny artykul o rytuale pod fraza 'japanese tea ceremony'. Na ceremonie nie przychodzimy z golymi rekami. Potrzebujemy trzech rzeczy a mianowicie malego wachlarzyka, kawalka rowno poskladanego papieru sluzacego za talez na poczestunek oraz maly nozyk do krojenia serwowanych slodkich galaretek. Zaczynamy od tego, ze nie wchodzimy jak do ciotki na imieniny z glosnym 'no siema Rychu! ilez to sie nie widzielismy wujku, jak tam zona sie miewa?' tylko w ciszy zajmujemy miejsce, kladziemy przed soba zlozony wachlarzyk i skladamy uklon. W ten sposob witamy gospodarza, gosci i okazujemy szacunek przybylym. Potem gospodyni wykonuje milion precyzyjnych ruchow wszystkimi przyrzadami i sciereczka oczyszczajac narzedzia sluzace ceremonii. Serwetka macha sie pozniej w scisle okreslony sposob by w ten sposob zaznaczyc cztery strony swiata oraz cztery sezony roku. Specjalna bambusowa lyzeczka (kazda lyzeczka, kiedy zostaje ukonczona przez mistrza ceremonii dostaje swoje wlasne imie i darowana jest nowemu wlascicielowi) odmierzamy okreslona ilosc proszku i zalewamy woda o odpowiedniej temperaturze. Proste? W zyciu. Okazuje sie, ze nabieranie herbaty z pudelka wykonuje sie w okreslony sposob. Bambusowa chochla do nabierania wody to nie tylko chochla ale uwaga... rowniez wyimaginowane lustro w ktore nalezy sie wpatrzec w okreslony sposob by oddalic wszelkie troski i zajecia zostawione na zewnatrz pomieszczenia i skupic sie na rytuale i wewnetrznym spokoju. Jak juz nalejemy odpowiednia ilosc wody do miseczki trzeba by to zamieszac, wiec specjalna szczotka z bambusa wykonujemy scisle okreslone (a jakze) ruchy by rozbeltac proszek w wodzie. Miske podnosimy do ust w okreslony sposob. Nie wiem czy wiecie ale miska ma swoj wlasny przod i tyl! Miske nalezy ustawic przodem od siebie by pozostali goscie mogli podziwiac zdobienia a gdy podnosimy do ust by sie napic nalezy ja dwoma ruchami zgodnie ze wskazowkami zegara obrocic o 180 stopni tak by przod spogladal na nas. Jakby sie chcialo machnac taka herbatke na szybko to przy zalozeniu, ze woda w czajniku ma odpowiednia temperature zajmuje to jakies 10 sekund. Rytual parzenia herbaty trwa zazwayczaj w okolicy czterech godzin... Rytual zmienial sie przez wieki, wielu mistrzow spedzilo zycie (!) by opracowac techniki i sposoby parzenia herbaty. Parafrazujac kolejnego klasyka powiem, ze taki mistrz to sie nawymyslal, napocil, nierzadko nawet umarl, to nawet przez grzecznosc wypadaloby pobieznie skumac zasady (Przy okazji, ktos wie moze skad to ostatnie zdanie?). Jesli bedziecie mieli kiedys okazje, goraco poelcam, nie zeby sie zupelnie wkrecac, Zen i heja ale zeby w kolejny sposob poczuc klimat starej Japonii. Wspomne jeszcze tylko, ze rytual zaczal byc popularny najpierw wsrod arystokracji, pozniej rowniez wsrod samurajow a skonczywszy na tych co bogatszych kupcach. Po opuszczeniu ogrodu parzenia herbaty znow uderzyl mnie szybki, glosny, rozkrzyczany swiat wiec przyszedl czas na relaksik w parku. Gdzies tam na zdjeciach znajdziecie jak wyglada publiczna toaleta w parku (!!). Sorry ale tak czysto w ubikacji to czasem w niektorych domach nie ma. W Europie zaraz na scianach byloby hwdp tudziez inne tagi, mnostwo papieru, mocz na scianach, pety itd. Szok. Na jeszcze jednym zdjeciu jest cos co nazywa sie Skal czyli uwaga... lemoniada z mlekiem. Zaskakujaco dobre. Na chyba jednym z ostatnich fotek znajdziecie wczorajsza sake z opilkami zolta tak przy okazji ;) Wczesnym popoludniem uznalem, ze pora na druga atrakcje dnia. Mialem w planie... zgubic sie w Kyoto. Nie wiem jak Wy, ale ja czesto mialem tak, ze jak bylem gdzies na wakacjach (tylko nie lezenie w all inclusive 2 tygodnie pod palma a zwiedzanie najchetniej samemu) to dni mijaly mi na zapieprzaniu od jednej 'atrakcji' do drugiej, od jednego muzeum do drugiego. Pod koniec 'wakacji' wiedzialem, ze ani jednej szmaty ani skorupy nie chce widziec na oczy przez kolejne pol roku i ze chetnie bym opdoczal po tych wakacjach. Postanowilem dosc tego. Co z tego, ze nie zobacze kolejnego muzeum? Co z tego ze w perspektywie dwoch tygodni ominie mnie jedno miasto ktore moglbym gdzies tam wcinac jakbym sie spial? Plan byl prosty: mapa na dno plecaka i wio w miasto na kazdym skrzyzowaniu wybierajac losowo kierunek w ktorym sie udaje. Cztery godziny pozniej chcialem wyciagnac mape i powoli szukac drogi na stacje. Wiedzialem tylko tyle, ze chce zostac po wschodniej stronie miasta i ze zrobie wszystko, ze by dotrzec w jedno, calkiem szczegolne miejsce. Jesli kiedys bedziecie mieli okazje goraco polecam, zgubcie sie w jakims miescie. Najlepiej za granica i nejlepiej zeby lokalsi nie mowili za bardzo po angielsku. Po wykonaniu ze dwudziestu skretow na kolejnym skrzyzowaniu stanalem i przyznalem przed soba, ze nie mam bladego pojecia gdzie jestem. Fenomenalne uczucie. Znalazlem mala knajpke, usiadlem, zamowilem piwo. Tak dobrego piwa nie pilem dawno. Siedzialem sobie, nie spieszac sie w miejscu o ktorym nie wiem, do ktorego nigdy wiecej nie trafie, saczac zimne z kufla i usmiechajac sie sam do siebie. Po jakims czasie wstalem i ruszylem dalej. Po kolejnym skrzyzowaniu okazalo sie, ze trafilem na Nishiki Market, czyli waska uliczke zawalona tysiacem ludzi, na ktorej sprzedaje sie chyba wszystko co sie da zjesc w Japonii. Stragan kolo straganu, na wystawach przerozne farfocle, ryby, owoce morza, co tylko komu do glowy przyjdzie. Bogactwo zapachow i dzwiekow sprzedawcow jest powalajace. Bajka. Znowu odesle do innych zrodel jesli ktos ma ochote na wiecej zdjec a warto. Ja ten czas przeznaczylem glownie dla siebie, na lazenie bez celu i napawanie sie klimatem, zapachami, tym co widze i slysze. Opuscilem market i udalem sie znowu w losowo wybranym kierunku by po jakims czasie kluczac, trafic do miejsca ktore strasznie chcialem znalezc. Jesli ktos mowi Japonia, pierwsze trzy slowa ktore mi nasuwaly sie na mysl przed przyjazdem tutaj to katana, samuraj i gejsza. W dzisiejszych czasach zadne z tych slow nie ma juz takiej mocy jak kiedys ale okazuje sie, ze jesli wiedziec gdzie szukac... Katany widzialem, samuraja raczej nie spotkam, wiec zostawala pozycja numer trzy. Jesli szukac gejszy to w Japonii, jesli w Japonii to w Kyoto, a jesli w Kyoto to w Gion district. Jest to dzielnica, a moze raczej kilka uliczek ktore jeszcze pamietaja klimat dawnych czasow, mala machina do podrozy w czasie. Po przeczytaniu kilka dni wczesniej artykulu pt. 'Gejsza artystka czy dziwka' ktory mozecie znalezc na sieci, uznalem ze pokrece sie chwile po tej cudownej dzielnicy majac nadzieje, ze uda i mi sie uchwycic chociaz katem oka, chociaz na sekunde prawdziwa gejsze. Nie jest to latwe gdyz nie rosna one na ulicach a publicznie w pelnym makijazu i ubiorze pokazuja sie w zasadzie tylko w drodze od budynku z ktorego wychodza do taksowki ktora jada na umowione spotkanie. Mozna oczywiscie spedzic wieczor z gejsza nie ma sprawy, ale jest to rarytas dla wybranych. Nie dosc, ze za wieczor z gejsza trzeba zaplacic kolosalne pieniadze, to jeszcze trzeba miec zaproszenie od kogos kto takowe juz ma. Taki elitarny, scisle zamkniety klub dla wybranych. Powiem Wam, ze przemierzajac ulice Gion czulem sie troche jak na Red District w Amsterdamie. Nie zrozumcie mnie zle, ani by mi przez mysl nie przeszlo porownywac holenderskich portowych dziwek do gejsz ale i tu i tam jest cos takiego w powietrzu, takie elektryzujace wrazenie historii i tych wszyskich emocji ktore zalewaly oba miejsca na przestrzeni ostatnich setek lat. W ob tych miejscach kiedy zatrzymasz sie na pare minut, zamkniesz oczy, mozesz spokojnie przeniesc sie kilkaset lat wstecz. Na prawym udzie na pasku od spodni zaczepiony mialem pokrowiec od aparatu. Byl on otwary, moja reka spoczywala luzno na aparacie ale byla gotowa w kazdej sekundzie po niego siegnac. Kiedy tak postukalem po nim palcami poczulem sie troche jak Ostatni Sprawiedliwy na dzikim zachodzie ze swoim wiernym przyjacielem w kaburze. Kazdy dzwiek koturn czy obcasow na brukowanej ulicy przykuwal moja uwage. Chcialem chociaz przez sekunde ja zobaczyc. Stanac oczarowany historia i magia. Bylem jak Tommy Lee Jones w Sciganym, bylem jak bullterier, ale niestety nic z tego. W dzisiejszych czasach zobaczyc gejsze, nawet na ulicach Gion to spore szczescie. Przemykaja one szybko od drzwi do drzwi swiadome swojej unikalnosci. Nie udalo sie tm razem. Kiedys jeszcze sprobujemy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz