czwartek, 16 kwietnia 2015

Miyajima, czyli co to znaczy odwalic Jelenia.

Dzien zaczal sie wybornie. Piekna pogoda za oknem przytulnego hotelu dawala nadzieje na przepelniony atrakcjami dzien. Byla to moja ostatnia noc w hotelu w Hiroshimie, wiec wczesnym rankiem zaplanowalem trase. Z hotelu na stacje kolejowa dalo sie spokojnie pojsc z buta, zapowiadal sie przyjemny spacer. Zapakowalem majdan, zarzucilem moj 80L plecak na plecy, maly na przod i w droge. Sciezka na stacje przebiegala znowu przez park pamieci, kolo kopuly bomby atomowej wiec znalazl sie czas na ostatni rzut okiem. Dotarlem na stacje bez najmniejszych problemow podazajac wytycznymi trzymaj sie glownych drog, znakow i pedz na azymut, co sie zlego moze zdarzyc. Na Hiroshima Station rozeznalem sie w sytuacji i wiedzialem po kilku chwilach, ze pociag na stacje Miyajimaguchi, polozona najblizej Miyajimy zajmie jakies pol godzinki. Wparowalem do pocigu, scisk jak cholera, klimat mniej wiecej naszych jednostek na trasie Brzesko-Bochnia. Z ta niewielka roznica, ze te tutaj smigaja punktualnie, co 10 minut i nie smierdza. Pol godziny pozniej wytaszczylem sie z pociagu i wielkie jak krowy znaki oznajmialy, ze na przystan jest 3 minuty z buta. Miyajima to wyspa wiec w planach byl rowniez prom. JR (Japan Rail) obsluguje jeden z promow na wyspe wiec jest darmowy dla posiadaczy JR Passa (po raz kolejny nie moge sie nachwalic, jak genialnym pomyslem jest JR Pass ale o tym jeszcze wspomne blizej konca dnia.). Prom jak prom, 10 minut, bo wyspa w zasadzie rzut beretem. Na wyspie chcialem zaliczyc dwie rzeczy, po pierwsze standardowa, turystyczna destynacje czyli jedna z najbardziej znanych w Japonii shrine czyli Itsukushima shrine. Unoszaca sie na wodzie sprawia fenomenalne wrazenie. Po drugie w lokalnym przewodniku wyczytalem, ze akurat tego dnia odbedzie sie Firewalking Shinto Ritual. Liscie cyprisiku japonskiego i Gomaki (drewniane deszczolki na ktorych wierni pisza swoje modlitwy) podpala sie w slop ognia a po powstalym zarze chodza mnisi i najwytrwalsi i najodporniejsi wierni. Po przejsciu przez ogien modlitwa ma zostac wysluchana, przychylnosc bogow zaskarbiona a wszelkie choroby i nieszczescia oddalone. Po wyczlapaniu sie z promu pierwsza niespodzianka ktora mnie uderzyla to stada oswojonych jeleni. Na wyspie od dawien dawna zyly sobie spokojnie w zaciszu wlasnego lasu a odkad turysci zaczeli masowo naplywac na wyspe stopniowo zaczely sie oswajac w poszukiwaniu jedzenia. Te ich jelenie jakies takie mikre, albo niedozywione albo po prostu wpisuja sie w japonski klimat, wielkoscia przypominaja doga niemieckiego maks. I chudsze sa. I sie nie slinia. Ludzie w swojej glupocie dokarmiaja jelonki wszelkiej masci dziadostwem wiec co chwile umieszczane sa znaki mowiace o tym, zeby nie karmic jelonkow i nie zostawiac smieci bo wciagaja wszystko, papier, siatki etc, potem sa bardzo bardzo biedne (doslownie ze znaku!), maja biegunke i umieraja. Mnie tam przekonali. Nic zebrakom nie dalem. Po obfotografowaniu jeleni obralem azymut na shrine. Rano trafilem na odplyw wiec mozna bylo podejsc doslownie tuz pod monument i popstrykac fotki. Wrazenie spore, wielkie bydle majestatycznie sterczace na skraju wyspy. Postalem, podumalem chwile i uznalem, ze shrine nigdzie sie nie rusza a festiwal w jednej z tamtejszych swiatyn jest tylko raz w roku i moge przegapic. Dzida. Do swiatyni dotarlem chwile pozniej po pokonaniu setki schodow. Tlum nieprzebrany swiadczyl o dobrym timingu, impreza jeszcze sie nie zaczela. Na srodku placu, na ogrodzonym sznurkiem i wyznaczonym terenie stalo cos co wygladalo na sterte ulozonych lisci. Wszyscy lokalni turysci zajeci byli pisaniem modlitw na wczeniej wymienionych deszczolkach wiec sadzilem, ze wszystko ma sie lada chwila zaczac. Zajalem miejsce w samym narozniku placu, co pozniej okazalo sie strategiczne. Dwadziescia minut pozniej, rowno i pierwszej (glupi ma zawsze szczescie- nie mialem pojecia o ktorej wszystko sie rozpocznie), zaczelo sie. Na ogrodzony teren wparowala parada mnichow przy dzwiekach wydawanych z olbrzymich konch. Zanim weszli, jeden z mnichow rytualnie zakrzyczal cos po japonsku i mieczem przypominajacym dlugoscia katane przecial 'brame' wejsciowa. Impreza zaczela sie od rytualnych spiewow i blogoslawienia (??) terenu. Srodkowy kopczyk zostal obkrzyczany, potem obsypany sola, potem omieciony wstazkami na kiju, obstrzelany z luku, oraz omieciony mieczem i toporem. Wszystko fajnie, ale za chwile okazalo sie, ze dokladnie ten sam rytulal czeka wszystkie cztery narozniki. Zostalem wiec, przy rytualnych zaspiewach obsypany paroma pelnymi garsciami soli, omieciony wstazkami a celujacy we mnie z luku japonski mnich nie napawal optymizmem. Nie mniej niz kolejny z mieczem i toporem. Na fb bedziecie mogli znalezc krotkie filmiki z calego tego namaszczania (??). Kolejnym punktem programu bylo podpalienie jak sie okazalo stosu. Zapach plonacych lisci byl przepiekny, totalnie upajajacy, taki zapach swiezej iglastej zywicy. Mnisi maja to do siebie, ze moze nie robia duzo ale jak juz robia to znaja sie na rzeczy, stos zaplonal w oka mgnieniu. Najpierw bylo troche dymu, potem zrobilo sie cholernie duzo dymu a w trakcie kiedy niebo zasnulo sie gestym jak mleko dymem, mnisi rozciagneli ogromny lancuch do modlitwy, cos jakby ichniejsza wersje rozanca i trzymajac go wokolo zaczeli biegac w kolko i drzec sie w nieboglosy. Po ogromnej ilosci dymu przyszedl czas na slup ognia, chlopaki wiedza jak od jednej zapalki rozbuchac czterometrowe ognisko. Kiedy juz jaralo sie fest, starsi mnisi, ci na fioletowo (znowu chyba cos jakby ichniejsza wersja biskupa w hierarchi Shinto) zaczeli wybierac po kilkanascie deszczolek z pudel i kazda po kolei czytac. Bylo ich tysiace i kazda jedna zostala przeczytana. Kiedy fioletowi mnisi levelu trzeciego skonczyli czytac co mieli w lapie, podawali deszczolki zoltym mnichom levelu drugiego, ktorzy z sobie wiadomym okrzykiem wrzucali deszczolki do ognia. Po tysiacach wrzuconych deszczolek rozmontowali duze nadpalone bele tak, ze na ziemi zostal tylko zar z malych drewnianych szczapek z modlitwami. Uklepali sciezke i jeden po drugim zaczeli walic przez ogien znowu drac sie i wykrzykujac modlitwy tudziez zawolania o pomoc z powodu nadpalonych dolnych konczyn. Po mnichach na sciezke weszli inni wierni. Cala impreza trwala moze troche ponad godzine, zapach i dzwiek byl nie do opisania. Uznalem, ze nie bede obserwowal niekonczacej sie parady wiernych i powoli zmierzam spowrotem na przystan. Tuz po opuszczeniu terenu swiatyni natrafilem na znak ktory mial stac sie moim utrapieniem na reszte dnia. Otoz na skrzyzowaniu jeden znak kierwal na przystan, drugi natomiast na wedrowke w gory. Na znaku ktory prezentowal szlak wokol wyspy bylo napisane 90 minut. Co, ja nie pojde?? Mysle sobie, 90minut luzik, nawet po poltorej godziny stania w miejscu i 80L majdanem na plecach dam rade, nie takie rzeczy w Tatrach czy Bieszczadach sie robio. Poza tym pomyslalem, ze fotki bede mial fajne... Mhm... Tak czy siak ruszylem. Szlak mily, wijacy sie w gore, problem tylko taki, ze same schody. Odpoczynki co ilestam robily dobrze, niedlugo bede na przystani i gitara. Bylo moze po drugiej kiedy wyruszylem na szlak a plan na reszte dnia zakladal powrot na przystan, zlapanie promu na lad, zlapanie pociagu do Hiroshimy i przesiadke na Shinkansen do Kobe. (Chcialem w Kobe zostac dwa dni i dojezdzac sobie do Kyoto na zwiedzanie- jak sie bukuje z dnia na dzien, nie ma bata zeby znalezc spoko lokum w turystycznych destynacjach a dawna stolica Japonii z pewnoscia do nich nalezy. Wale wiec pod gore co chwile patrzac na zegarek. Minelo 30 minut i ani widu ani slychu o jakimkolwiek wyplaszczeniu. Mialem nadzieje, ze bedzie mniej wiecej 30 min schodow do gory, 30 min plaskiego i 30 min w dol. Dawno z majdanem nie chodzilem i tu pewnie zawiode moich znajomych z gorskich wypraw ale kondycja siadla, zwlaszcza, ze wbilem na szlak zupelnie z marszu, bez planu, przygotowania, nic. Po 60 minutach schodow skumalem, ze cos jest nie tak. Bylo moze w pol do czwartej. Po drodze zaczalem zatrzymywac sie przy potokach i uzupelniac zapas wody, mialem jedna plastikowa butelke 500ml po czymstam. Stres nieco rzladowywaly widoki, no absolutna bajka. Japonskie gory troche jak polskie ale na szlaku zamiast 'hej/czesc' leci 'konnichiwa', zamiast przydroznych kapiczek przydrozne shrine i zamiast naszej roslinnosci tutesze iglaki i tu i tam bambus. A poza tym tak samo ;). Przy kolejnym znaku, po 90 minutach marszu, kiedy lalo sie ze mnie strumieniami skumalem, ze a i owszem 90 min ale w jedna strone i to nie na szyt ale do 'schroniska'. Byla czwarta. Przyjalem za fakt dwie rzeczy 1) Jestem w dupie. 2) Jak juz jestemw dupie to pojde na ten szczyt. Swieta gora Mount Misen, na swietej wyspie Miyajima wznosi sie na 'smieszna' wysokosc 535 mnpm ale chcialbym tylko zauwazyc, ze dwie godziny wczeniej moczylem buciory w morzu przy plywajacej shrine wiec to bylo 535m co do metra. Jelen byl w glebokiej dupie, ale za to zdjecia i widoki takie, ze glowa mala. Na szczycie zmontowano obserwatorium tak, ze wystaje ponad poziom drzew i po horyzont widac morze, inne wyspy i lad. Pieknie-kurwa-pieknie. Fota jedna, druga, dziesiata i pasowaloby wracac. Szybki look na mapke i pojawil sie cien nadzieji. Okazuje sie, ze prawie pod sam szczyt (jakies 700m wzdluz- to kolejna rzecz, odleglosci na szlakach nie sa podawanie w czasie a w odleglosci- totalnie bez sensu) smiga kolejka linowa. Atakujemy majac nadzieje, ze jeszcze smiga. I ze w ogole otwarta. Z jedykiem na brodzie, litrami potu na twarzy i plecach dotarlem pod kolejke i okazalo sie ze ostatni wagonik odjezdza za pol godziny. Glupi ma zawsze szczescie vol 2. Wpakowalem sie w mala gondolke na 6 osob z przyjazna wloska para. Moj majdan zajmowal polowe wagonika. Na poczatku szybka wymiana zdan z wlochami, byli pod wielim wrazeniem, ze wtachalem majdan na gore ale po jakichs 30 sekundach zdali sobie sprawe jakie konsekwencje to ze soba nislo. Trolilo ode mnie na kilometr wiec biedny wloch gwaltownie zaczal szukac czy w gondolce jest jakies okienko ktore da sie uchylic. Na jego szczescie bylo i reszte trasy przejechalismy w milczeniu. Ja wpatrzony w widoki, wlosi z otworami gebowymi wcisnietymi w lufcik. Wysiadlem na dole i po raz pierwszy w zyciu doswiadczylem skurczu miesnia czworoglowego uda. Cale to zapieprzanie z zegarkiem w reku, z czasem nieublaganie plynacym kiedy gramolilem sie na gore spowodowalo, ze przy koncu nie bardzo myslalem o odpoczynkach, chcialem jak najszybciej dotrzec do kolejki. Na dole po wysciu uznalem, ze nie ma bata, nie pojde. Lewa noga powiedziala, ze wystarczy nam chodzenia na dzisiaj. 20 minut siedzenia, masowania, trzepania noga i rozluzniania pomoglo na tyle ze utykajac doczlapalem sie na prom. Potem bylo juz mniej wiecej z gorki, wpakowalem sie w pierwszy pociag w ktorym zapoznalem przyjaznego turyste z Kanady. Po wymianie zdan okazalo sie, ze jest z Calgary. Taki dobrze zbudowany, dobrze odzywiony kanadyjczyk, sie wie. Zamienilismy pare zdan o Kanadzie i Japonii, powiedzial gdzie sie udac i co zobaczyc bo to juz ktorys raz tutaj dla niego. Wpadkowalem sie pozniej w drugi pociag i o dziewiatej trzydzieci znalazlem sie w Kobe. Plan byl prosty, ze wzgledu na szczyt sezonu turystycznego nie bylo bata zeby zabukowac nocleg w docelowyk Kyoto. Kobe kilkadziesiat kilometrow dalej takze nie obfitowalo w opcje ale znalazlem iscie japonski wymysl, hotel kapsulowy. Kiedy bukowalem go jeszcze w Hiroshimie, wydawal sie dobrym pomyslem. Teraz utyrany, z odciskami na ramionach i nogach juz nie tak bardzo. Wbilem do hotelu, formalnosci pierdoly, stanalem przed moja kapsula i wydala mi sie nieco ciasna. Kapsula skrojona na japonska miare metr szescdziesiat w kapeluszu ledwo mnie miescila. Otworzylem kompa i gwaltownie zaczalem szukac innego noclegu na kolejna noc. Znalazlem, zabukowalem, jest o niebo lepiej. Hotel kapsulowy- warto, tylko dla facetow i pod zadnym pozorem nie wpuszczaja mezczyzn posiadajacych tatuaze. To chyba taki stary zapis nie zeby dyskryminowali wydziaranych ludzi a bardziej nie chca zlotu Yakuzy. Dzisiaj zdecydowanie potrzebowalem odpoczynku wiec uznalem, ze zrobie sobie lzejszy dzien. Opusciem Kobe z majdanem na plecach, smignalem do Kyoto na pare godzin, zeby zahaczyc jakas swiatynie i chcialem wieczorem udac sie do mojego hotelu. Randomowo wybrana swiatynia w Kyoto okazala sie jedna z najstarszych i najwazniejszych w miescie. To-ji Temple czyli w doslownym tlumaczeniu wschodnia swiatynia to jedna z dwoch wybudowanych na wejsciu do dawnej stolicy. Podarowana w opieke mnichowi Kukai zajmuje wazne miejsce w japonskim buddyzmie. Posiada rowniez najwyzsza w Japonii, pieciopoziomowa pagode mierzaca 55m. Byla wielokrotnie niszczona przez pozary od poczatku swojego istnienia datowanego na VIII wiek ale ani razu nie zostala naruszona przez trzesienie ziemi, a to za sprawa swojej budowy. Podczas trzesienia ziemi, kazde pietro i jego filary ruszja sie jakby osobno przenoszac sily na pietro kolejne w ruchu zwanym tancem weza. Wiedzieli chlopaki co robia. Po szybkim ogarnieciu Kyoto przyszedl czas na zasluzony odpoczynek. Ucieklem od ruchliwych miast i zaszylem sie na wiosce z malym hotelem. JR Pass po raz kolejny ratuje mi zycie. Mam swoj wlasny pokoj jedynke z laziekna itd. Nie musze majdanu nosic na plecach przez kolejne kilka dni ani gniezdzic sie w kapsuach. Na stacje mam 7 minut z buta a Shinkansen do Kyoto (80km) jedzie 15 minut. Jak ktos jedxie do Japonii bez JR passa, to nie wiem... Nic to. Wy zajmijcie sie zdjeciami, ja spadam planowac zwiedzanie Kyoto. Yo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz