poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Japonia vol 1
Na wstepie chcialbym przeprosic za brak polskich znakow. Pisze z urzadzenia nabytego na Wyspach i jeszcze nie ogarnalem polskiej klawiatury. Jak znam zycie jest to banalnie proste ale moje umiejetnosci obslugi kompa koncza sie na wlacz, wylacz, odpal pare stronek. Dobra jedziemy. Jest godzina dwudziesta trzydziesci, siedze w hotelu i mam wieczor dla siebie wiec czas na pierwszego posta z Japonii. Wybralem sie na dwa tygodnie i cos czuje ze to bedzie duzo za malo zeby zobaczyc wszystko co bym chcial zobaczyc ale po kolei. Na Japonie bralo mnie juz w zeszlym roku i jakos tak sie zlozylo ze dane mi jest zwiedzac tu i teraz przez najblizsze dwa tygodnie. Zabukowalem bilety dobrych pare miesiecy temu, dwa loty China Airlines (Londyn- Pekin i Pekin- Tokyo) wydawaly sie rozsadnym i w miare przystepnym pomyslem. W sobote zapakowalem na Heathrow, usadzilem tylek w kolejnym Boeingu 777 i ruszylem w pierwszy dziesieciogodzinny lot do Pekinu. Lot jak lot, nocna podroz okazala sie calkiem komfortowa, miejsce obok puste, mozna bylo wyciagnac kopyta. Zaraz po wejsciu na poklad zrozumialem ze moze to byc jeden z najdluzszych lotow mojego zycia. Po mojej prawej siedziala kobieta o wschodnich rysach dzierzac na rekach tak na oko dwulatka ktory ewidentnie nie chcial ruszac sie z Londynu na mile. Darl sie w nieboglosy. Juz mialem wizje 10 godzin w akompaniamencie piskow i wrzaskow ale mamusia szybko poradzila sobie z problemem dwojako. Po pierwsze mlody dostal smartfona do reki i cos czuje ze jego umiejetnosci obslugi urzadzen elektronicznych byly podobne do moich. Maly smigal jak chcial. Jak to mawiaja, nie wazne co robisz, czego sie uczysz i jaki talent posiadasz, zawsze znajdzie sie chinski dwulatek ktory ogarnia bardziej. Mlody nieco sie uspokoil naparzajac w jakas gre a po pierwszej godzinie lotu, kiedy rozniesli drinki mlody spal jak zabity po obaleniu pol na pol z mamusia puszki Heinekena. I kto powiedzial ze alkohol serwowany dzieciom szkodzi? Pol samolotu bylo wdzieczne. Dolecialem spokojnie do Pekinu, mialem kolo trzech godzin na przesiadke i na lotnisku w Pekinie uswiadomilem sobie kilka rzeczy. Po pierwsze azjatyckie lotniska (przynajmniej te ktore udalo mi sie odwiedzic- Pekin, Bangkok, Kuala Lumpur, Hanoi, Saigon), zwlaszcza te wieksze cechuja sie kilkoma rzeczami. Sa ogrome i przerazajaco ciche. Hektary do przejscia od jednej bramki do drugiej, zadnej muzyki i wzglednie malo ludzi. To znaczy pewnie ludzi ogrom ale rozciagnietych na olbrzymich przestrzeniach, nie to co tfu tfu Stansted gdzie nie wiadomo gdzie ogora zakisic na godzine czekania bo taki scisk. Po drugie azjaci uwielbiaja swoje kolejki, papierki i pieczatki. Nie wazne, ze bylem w sekcji polaczen miedzynarodowych, nie wazne ze nie wysciubilem nosa z lotniska, nie wazne ze Chiny zobaczylem przez okno terminalu, musialem swoje w kolejce odstac, przejsc przez kolejna kontrole paszportowa, dostac kolejna pieczatke do paszportu, przejsc kolejna ochrone, wykrywacze metalu. Z jakiegos dziwnego powodu moja karte pokladowa podsteplowano 3 (!) razy. Top tip numer jeden- na azjatyckich lotniskach trzeba zarezerwowac sobie duzo wiecej czasu na polaczenie. Jak juz dotarlem pod moja bramke okazalo sie ze mam ze dwie godziny czekania tak czy tak. Operowalem jeszcze na czasie angielskim, jak dla mnie byla siodma rano, tam juz trzecia po poludniu. Plan byl prosty- znajezc saune- czytaj pokoj palacza, zadekowac sie nieopodal i przetrzymac te dwie godziny. Wszystko fajnie ale po dotarciu pod bramke okazalo sie ze lot jest opozniony. Najpierw pol godziny, potem godzine, skonczylo sie na dwoch i nie byloby w tym wielkiego dramatu gdyby nie to, ladowanie w Tokyo mialem planowo o dziewiatej wieczorem a spotkani amerykanie powiedzieli, ze lotnisko w Tokyo umiera kolo dziesiatej/ jedenastej a do centrum bagatela 60km. Pelen nadzieji, ze zalapie sie na ostatni pociag do centrum liczylem czas jaki mi zostanie na ogarniecie lotniska. W najgorszej opcji musialbym wziac taksowke, czego chcialem uniknac za wszelka cene gdyz japonskie taksowki sa najdrozsze na swiecie. Dotarlismy z ponad dwugodzinnym opoznieniem. Amerykanie mieli racje, lotnisko umarlo, bylismy ostatnim przylatujacym lotem, zero szans na pociag. Przed wyjazdem kupilem sobie Japan Rail Pass (top tip numer 2- cos co zwyczajnie trzeba kupic, ulatwia zycie ogromnie). Mam teraz swobode poruszania sie po kraju wszystkimi pociagami przez 14 dni. Ostatni pociag kulturalnie wzial i zawinal kopytka jakas godzine przed naszym przylotem. Amerykanie uznali, ze biora taksowke ale wczesniej na lotnisku w Pekinie zapoznali niemca ktory rowniez podrozowal do Japonii zwiedzac i skumali nas razem. Z nowo poznanym niemcem przeszlismy odbior bagazu i uznalismy ze zrobimy wszystko zeby tylko nie pakowac sie w kosztowna takse. Wyszlismy z lotniska i ot niespodzianka. China Airlines z racji faktu opoznionego lotu podstawila darmowy autobus do centrum dla wszystkich swoich pasazerow. Milo z ich strony, plusik. Zapakowalismy z niemcem na poklad, ruszylismy do centrum. Plan byl taki, ze dotrzeby do glownego wezla komunikacyjnego Tokyo Station, oboje zlapiemy taksowki do hoteli i zobaczymy sie na zwiedzanie nastepnego dnia czyli dzisiaj. Taksowka spoko, daleko nie bylo, kulturalny Pan taksiarz ogarnal moj adres (top tip 3- adresy miejsc do ktorych chcecie dotrzec miejcie wydrukowane albo na telefonie. Slabo z angielskim u japonczykow ale kazdy ogarnie adres jak jest napisane w ichniejszych krzaczkach). Problem z moim hostelem przedstawial sie nastepujaco- byla pierwsza w nocy a recepcje zaykali o dziesiatej. Mialem nadzieje, ze ktos mnie wpusci i nie bede musial spac na wycieraczce. Dokladnie kiedy taksowka podjechala pod hostel, drzwi otwierala nieco zawiana para, jak sie potem okazalo, australijczykow. Taki prawdziwy wolny duch/ hipster/ turysta... mniej wiecej kojarzycie klimat, bransoletki na rekach, gitara, mocna opalenizna, broda, dlugie baty. Cudem okazalo sie, ze w recepcji byl bardzo sympatyczny chlopak i kiedy podpisywalem papiery i placilem, hipsterska para zniknela w windzie. Kilka minut pozniej recepcjonista skierowal mnie do windy i mojego pokoju. Tak zwane mixed dormitory, pokoj 6 lozek wiec wszystkiego sie mozna bylo spodziewac. Hostel sam w sobie spuer czysty i w japonskim stylu. Wbijam na swoje pietro, otwieram drzwi do pokoju i kogo widze? Ze wszystkich pokoi w calym hostelu... Hipsterska para uklada sie do snu. A przynajmniej mialem taka nadzieje. To co dzialo sie przez nastepne 45 minut ciezko nazwac snem, hipster nie tylko przystojny ale i dlugodystansowiec. Po calej mojej podrozy nie ruszalo mnie to zbytnio, zasnalem szybko. Dzisiejeszego poranka obudzilem sie w miare przytomny, szybki prysznic, wszedzie super czysto. Plan byl aktualny, spotkanie z niemcem i w miasto. Zerknalem za okno i wiedzialem ze czesc 'w miasto' nie moze sie udac. Lalo jak cholera. Zdjecia zaczynaja sie od dzisiejszego poranka wlasnie.Na to wszystko nie bylo jeszcze miejsca w hostelu na nastepna noc wiec szybka decyzja- zmiana miasta (top tip numer 4- strona booking.com ratuje zycie). Dwadziescia minut na kompie i mialem zabukowane dwie noce po promocji w czterogwiazdkowym hotelu w Hiroshimie. Kolejna zaleta Japan Rail Pass- nie podoba ci sie gdzies, jedziesz gdzie chcesz i nikt o nic nie pyta. Wymeldowalem sie z hostelu i udalem sie w droge na spotkanie ze wczesniej zapoznanym niemcem. Najpierw szybka podroz jeden przystanek metrem, potem pociag na Tokyo Station. Metro okazalo sie spoko, malo przyjazne obcokrajowcom, w pol migowym pol angielsko-japonskim dogadalem sie (nie zebym znal japonski ale dzien dobry ogarne) z ochroniarzem ktory wskazal mi jka i gdzie kupic bilet. Aktywowalem Rail Passa i dotoczylem sie na Tokyo Station. Bylem wczesniej, niz kolega niemiec wiec mialem pol godziny stania i obserwowania ludzi. Dwie rzeczy uderzyly mnie od razu. 1- Najwieksza sprzedaz garniturow na tysiac mieszkancow musi byc tutaj. 9/10 facetow w gajerze. Fajnie. Klasa. Rzecz druga, pozniej potwierdzona przez zaprzyjaznionego niemaca- super malo obcokrajowcow. Przez pol godziny stania na stacji widzialem jedna nie-japonska twarz. Mowice co chcecie ale mi to robi. Zero czarnych, zero obywateli Pakistanu i innych stanow, zero benefitow i opieki spolecznej. Garnitur i do roboty. Bajka. Niemiec pozniej przyznal, ze tylko jeden procent populacji Tokyo to obcokrajowcy. Z drugiej strony mamy Londyn gdzie mniej wiecej jeden procent populacji to Brytyjczycy... Szybka lokalna szama-jedzenie w Japonii... jak ktos jest fanem ryb i ryzu... ja sie zakochalem, spokojnie moglbym tu mieszkac tylko dla jedzenia. W mysl zasady jedz tam, gdzie lokalsi jedza trafilismy do resuaturacji bez angielskiego menu, musielismy palcami pokazywac na widniejace za szyba dania co chcemy. Restauracja okazala sie fast-foodem ale nie nie... wszystko super swieze, ryz, ryby i inne dziwolagi. Nie dziwota, ze wszyscy tu chudzi jak szczapy jak szamaja takie pysznosci zamiast McSyfa. Na wejscie, przed daniem glownym dostalismy po kubku czegos co moglo byc albo herbata albo plynem do mycia dloni. Top tip numer 5- jak nie wiesz o co kaman, patrz na lokalsow. Plyn okazal sie pyszna zielona herbata. Po szamie pozegnalem niemca i udalem sie w strone peronu. Mowi sie, ze Polacy sa goscinni, mowi sie ze Anglicy sa uprzejmi... dobre sobie. Na stacji zobaczylem pare policjantow przeszukujacych plecak jakiegos mlodego chlopaka. Po przeszukaniu klaniali mu sie kilka razy i dziekowali, ze mogli go przeszukac. Konduktor w pociagu klania sie kiedy wchodzi do kazdego przedzialu. Obsluga stacji klania sie kiedy wchodzisz do pociagu, kelnerka w restauracji klania sie w pol jakbys byl conajmniej Krolowa Angielska. Oni tu sa wszyscy cholernie uprzejmi. Maja swoje sztywne zasady i mocno sie ich trzymaja- konduktor ma za zadanie sprawdzic ci bilet ale jak to juz zrobi to klania sie w pas dziekujac, ze umoliwiles mu wykonywanie jego pracy. Mistrzostwo swiata. Wszstko wszystkim ale przyszedl czas na pociag... Z Tokyo do Hiroshimy przejechalem sie japonskim pociagiem Shinkansen... Wszystko zaczelo sie od tego, ze znalazlem peron, pociag juz stal wiec ja na polaczka laduje sie do przedialu ale kulturalny pan z obslugi klaniajac sie w pas mowi 'cleaning time wait wait'. Ok. Kisze na pernoie, ogarniam jak wyglada prawdziwy bullet train. Wlazlem do srodka... Luksus jak w pierwszej klasie w samolocie. Punktualne chabety co do sekundy. Odleglosc 900 km, czyli mniej wiecej z Przemysla do Swinoujscia pokonalem w... 4 godziny :D. Predkosc operacyjna 300 km/h. W polowie trasy mialem przesiadke, mam dwadziescia minut, mysle sobie trzeba bedzie dylac do informacji, zapytac, zmienic peron itd... Pociagi Shinkansen jezdza w skladach albo 16 albo 8 wagonow. Na kazdym pernie na ziemi jest narysowane gdzie, co do centymetra, zatrzyma sie konkretny wagon... Wysiadlem wiec w polowie drogi, szybka obczajka... okazalo sie ze tak w biurze rezerwacji biletow zarezerwowali mi przesiadke, ze na peronie nie musialem sie ruszyc... o metr... wysiadlem z jednego pociagu, za dziesiec minut w dokladnie to samo miejsce podjechal moj drugi pociag i ustawil sie tak, ze moj wagon do ktorego mialem wsiasc byl tam, gdzie wysiadlem z poprzedniego... Nie mam pytan... Chcialem zrobic pare zdjec z podrozy pociagiem co ciekawego za oknem ale prawda jest taka ze nie bylem wystarczajaco szybki. Kiedykolwiek za oknem pojawial sie fajny widoczek, za sekunde juz go nie bylo. Na jednym ze zdjec natomiast, bodajze z pokoju palacza w pociagu, udalo mi sie uchwycic krople deszczu na szybie. Pierwszy raz w zyciu widzialem krople deszczu podrozujace po szybie poziomo. Nie pod skosem, poziomo... 4 godziny pozniej i prawie 1000 kilometrow dalej wysiadlem w Hiroshimie. Szybka taksowka, hotel i klepanie owego posta. Jutro zwiedzanie Parku Pamieci i Kopuly Hiroshimy. Mam nadzieje, ze pogoda dopisze, yo!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz