czwartek, 23 kwietnia 2015
Jak chlonac Tokyo, czyli moczyc nogi w Pacyfiku.
Po przygodach z Kyoto mialem w planach pare dni w Tokyo z kilku powodow. Po pierwsze wypadalo sie spotkac z kolega M. ktory w swych azjatyckich wojazach postanowil o Japonie zahaczyc, po drugie od samego przyjazdu prawie w Tokyo nie bylem, bo pierwszej nocy i szybkiej ewakuacji nastepnego ranka nie bardzo mozna zaliczyc do bycia w Tokyo. O ustalonej godzinie w ustalonym miejscu spotkalismy sie z dawno nie widzianym kumplem i uznalismy, ze nalezy to oblac. Pogoda slabawa, wiec szybko namierzylismy knajpke pod wiaduktem kolejowym i przy dzwiekach zachodniej muzyki rozpoczelimy swietowanie spotkania... Kiedy otworzylem oko o blizej nieokreslonej godzinie dnia nastepnego okazalo sie, ze dobrze nie jest. Jedyne co podtrzymywal mnie na duchu to mysl, ze gdzies w Tokyo podobnie czuje sie moj wspolbiesiadnik z poprzedniej nocy. Humoru nie poprawial mi fakt, ze na wczesne popoludnie umowilismy sie na zwiedzanie Tokyo. Pogoda nieciekawa, wiec skonczylo sie obleceniu tego co dalo sie obleciec we w miare rozsadnym czasie i juz znowu moglismy cieszyc sie sredniej jakosci, ale jednak piwem. Zawsze mowilem, ze lubie duze miasta. Dalej sie tego trzymam natomiast istnieje granica przesady. Trzynascie i pol miliona ludzi to zbyt duzo. Miasto jest przeogromne, wszedzie mniej wiecej takie samo, zaczyna sie od centrum i Palacu Imperialnego (zeby wejsc nalezy wizyte zabukowac a terminy sa na 3 miesiace w przod- dowiedzialem sie o tym na lotnisku wiec przepadlo) oraz dzielnicy rzadowej- czytaj troche zielonego i zamek w srodku otoczony szklano-betonowa dzungla wiezowcow. Pozniej przechodzimy do nieco nizszych dzielnic i ciasnych uliczek- dzielnice mieszkalne i potem dopiero na obrzezach dzielnice domkow. Tokyo w zasadzie tak sie rozloslo, ze w aglomeracje spokojnie lyknelo miasta takie jak Setagaya, Kawasaki i Yokohama co znaczy, ze obszar znany pod nazwa Greater Tokyo (czytaj niekonczonce sie gesto zabudowane obszary miast przechodzacych w siebie wzajemnie) zamieszkuje uwaga... blisko 33 miliony ludzi. Czyli poltora do czterech Londynow w zaleznosci co bierzemy pod uwage. Gi-gant. Z pewnoscia oferta kulturalna jest niesamowita i mozna znalezc milion przytulnych knajpek ale nie mialem na to ani czasu ani ochoty. Uznalem, ze pakuje manatki i jade tak daleko na poludnie, az zobacze slonce. Zaszylem sie w malutkiej miejscowosci i mam wszystko czego mi trzeba. Slonce, plaze, piasek i Pacyfik(!), w ktorym tytulowo mocze nogi. Jestem takze pod sporym wrazeniem mojego hotelu. Tradycyje japonkie zakwaterowanie to cos czego trzeba doswiadczyc, czad. Wczoraj uznalem, ze odpoczywam po calym tym zwiedzaniu, wiec nie robilem doslownie nic oprocz lezenia a pokoju i krotkiego spaceru. Pogoda wczoraj zupelnie sie nie przejmowalem, ale mialem nadzieje, ze dzisiaj dopisze poniewaz dzisiaj mialem ostania okazje odwiedzic wisienke na torcie calej wycieczki. Cos, co mniej lub bardziej specjalnie zostawilem sobie na koniec, mianowicie Park rozrywki Fuji-q Highland. Dzien rozpoczalem ambitna pobudka o piatej rano. Problem wynikal z tego, ze z dojazdem do parku bylo kiepsko. Park znajduje sie nie tak znowu daleko ode mnie ale oprocz drogi nie ma tam zadnego innego polaczenia co oznaczalo powrot niemalze do samego Tokyo, zeby znowu jechac na wschod, tym razem inna linia, nieco na polnoc. Urzadzenie do wyszukiwania planow podrozy hyperdia.com jest absolutnie genialne. Znalazlo mi najlepsza dla mnie opcje: 6 stacji, 5 pociagow, 4 przesiadki, laczny czas podrozy... 209 minut. No niestety, czego sie nie robi dla paru rollercosterow. Pod tym wzgledem Japonia nie przestanie mnie zadziwiac nigdy- po 209 minutach, 4 przesiadkach, 5 pociagach i 6 stacjach stanalem pod brama parku. Na trzy z czterech przesiadek mialem okolo 5 minut. Nie sadzilem, ze jest to wykonalne, okazuje sie, ze tak to wszystko jest pokombinowane, ze pociagi stoja na tym samym peronie, tudziez 1 peron obok wiec przediadka zajmuje do minuty. Tak czy inaczej stanalem pod brama parku i serce zabilo nieco mocniej. Pozwolcie, ze wyjasnie. Rollercostery to jest to co tygryski lubia najbardziej. Kazdy park rozrywki z prawdziwego zdarzenia posiada cztery rodzaje atrakcji. 1) Atrakcje dla dzieci (czytaj klauny, piraci, zamki, baseny, place zabaw etc.) 2) Atrakcje dla ludzi o slabych nerwach, emerytow i z angielska w wolnym tlumaczenia kurczakow (czytaj zjazdy wodne z 10 metrow, karuzele co sie unosza 10 metrow, elektryczne samochodziki, male kolejki- zainteresowancch odsylam do polskiej wiki- polski rollercoster tajfun we Wladyslawowie (!) ze swoim haslem reklamowym: wez zaszalej!) 3) Tak zwane zygacze czyli wszelkiej masci wahadla, krecace sie filizanki i inne wygibasy ktorych jedynym zadaniem jest zrobic ci z plynu w bledniku papke/ gluta. 4) Duze kolejki czyli to co kreci nas najbardziej. Z powodow oczywistych punkty 1 i 2 odpadaja, punkt numer trzy odpada z gruntu- lubie swoj blednik. Park Fuji-q Highland posiada 4 duze rollercostery i na nich sie dzisiaj skupilem. Zaczac chce jednak od samego parku bo sam w sobie zebral u mnie najgorsze noty ze wszystkich parkow w jakich bylem. Park w miare maly, wszedzie beton, zero cienia, bezosobowo, plasko, zadnego wystoju, dekoracji nic. Kolejki natomiast... zebraly zgola odmienne noty. Po calym dniu mialem wrazenie, ze ludzie ktorzy zainwestowali w park zatrudnili projektantow rollercosterow, ci zrobili powierzone im zadania po czym spotkali sie ponownie. Inwestorzy rzucili okiem i uznali: 'Wiecie co chlopaki... te kolejki juz wygladaja swietnie ale okazuje sie, ze mamy troche lewej kasy na pierdoly takie jak drzewka, krzewy, laweczki, potoczki, kamyczki i inne bzdury. Moze wy byscie to jeszcze wzieli i zrobili te kolejki jeszcze bardziej jebniete, hm? Architekci zlapali kase jak miche miodu i tak powstal Park Fuji-q Highland ze swymi czteroma potworami. Wszyetkie 4 costery dostepne sa na youtube pod swoja nazwa i dopiskiem 'fuji-q front seat', wszystkie cztery dierza, lub dzierzyly rekord/y swiata pod jakims wzgledem. Zaczalem od tego, ktorego chcialem miec jak najszybciej za soba 1) Eejanaika- opisywany jako kolejka czwartego wymiaru. Nie dosc, ze jest standardowym rollercosterem to jeszcze dochodzi zygacz w postaci niekontrolowanych obrotow krzeselek wokol wlasnej osi. Dane techniczne 76 metrow wysokosci, maks predkosc 126 km/h, rekord swiata- najwieksza ilosc inwercji wliczajac inwersje/ petle krzeselek -14. Przejazdzka jest totalnie z innej planety, nie da sie do zadnego innego normalnego costera porownac, przez wiekszosc czasu nie wiemy co sie dzieje, widzimy track przed soba by po ulamku sekundy jechac tylem a za chwile do gory nogami i przodem znowu. Totalna pralka. Po xaliczeniu rzygacza postanowilem dawkowac sobie emocje i stonowalem nieco nastroj wybierajac 2) Takabisha- coster tworcow takich klasykow jak Saw: The ride czy Smiler wiec znajac producenta, wiedzialem na co sie pisze. Okazalo sie ze ma ona jednak swoje smaczki. Po wyjezdzie z ciemnego tunelu i jednej petli (czyli tak jak rozpoczynaja sie wszystkie costery tej firmy) znalazlo sie elektromagnetyczne przyspieszenie poziome tak, by wagonik byl w stanie pokonac dwudziestometrowa petle. Dane: 43m wyspkosci, maks predkosc 100km/h ( do kotrych rozpedza sie w 2 sekundy) i rekord swiata w kategorii najwiekszy kat drop'a wynoszacy 121 stopni. Dla zaznaczenia tego rekordu, oczywiscie wagoniki zatrzymuja sie na chwile kiedy wisi sie glowa w dol. 3) Fujiyama - tu wiedzialem, ze bedzie sie dzialo z kilku powodow. Po pierwsze jestem ogromnym fanem tego typu kolejek, duzych wzniesien i grawitacyjnego przyspieszania, po drugie przez pierwszy rok po otwarciu w 1996 roku Fujiyama byla najwyzsza na swiecie (79 metrow), z najwiekszym na swiecie dropem (70 metrow) i najszybsza ( maks 130 km/h. Musze przyznac, nie zawiodlem sie ani troche. Przepiekna ponad dwuminutowa podroz przez wzloty i upadki, wspaniale przeciazenia, genialne dropy, czyli to czym dla mnie jest zajebisty rollercoster. Na koncu przyszedl czas na wisienke na torcie... 4) Dodonpa- czyli najszybciej przyspieszajacy rollercoster na swiecie. Od startu zatrzymanego do predkosci 173 km/h (!), rozpedza sie w... 1.8 sekundy (!!!). Warto zobaczyc filmik na yt. Wiem juz czemu nikt nie wpadl na pomysl zrobienia czegos co przyspeiszalo by jeszcze szybciej. Ludzie masowo by mdleli. Jesli po mniej niz dwoch sekundach jedzie sie blisko 180 km/h to to jest na granicy zdrowego rozsadku. Absolutnie przepiekna wycieczka przy przeciazeniu 4.25G.







































Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz