Hej. Ostatnimi czasy cisza, spokój, stagnacja, marazm. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Nawet nie ma nic do krojenia. Od czasu do czasu do schroniska przyjdą jacyś miejscowi ludzie z kotem. Oni mają chyba jakieś problemy, albo uraz odnośnie służby zdrowia, szeroko pojętej. Nie ma opcji, żeby ktoś przyszedł i powiedział: Witam, mój kot zachowuje się dziwnie, nic rano nie zjadł, etc. Zazwyczaj przychodzą z dwoma problemami: 1- Nie je od tygodnia 2- Biegunka od tygodnia. Jak zaczyna się problem to myślą, że może samo przejdzie a jak już decydują się na wizytę u nas, to często okazuje się, że już jest za późno. Jest to dla nas pewnego rodzaju doświadczenie i wyzwanie, bo spotykamy się ze skrajnymi przypadkami i próbujemy robić co w naszej mocy, ale nie zawsze się udaje.
Mamy tu jednego weta, który jest zafascynowany wszelkiego rodzaju paskudztwem. Robale, węże, pająki itd. Wczoraj zaproponował mi nocną wycieczkę do parku narodowego. Park narodowy w Polsce to parę drzew na krzyż i może z jeden zagubiony niedźwiedz. Tutaj to dżungla pełna wszelkiego robactwa a oprócz tego niedzwiedzie, małpy, warany. Jak wiadomo uwielbiam pająki, więc grzecznie odmówiłem ;) Dzisiaj rano myślałem, że umrę ze śmiechu. Pytam kumpla jak tam wycieczka i poławianie, on na to, że jedyne co udało mu się tej nocy osiągnąć, to niechcący przejechać węża na drodze :D:D:D.
Jak się coś wydarzy, to zaraz będę wam o tym donosił ;)
Pzdr.
sobota, 29 września 2012
piątek, 28 września 2012
Hej. Zdjęcie jeszcze z Koh Jum z przystani z której odpływaliśmy. Aktualnie nie ma nowych fotek, bo pracuje w centrum a tu wszystko co ciekawe było już fotografowane. W każdym razie jest historia ;) Tuż po powrocie z Koh Jum, po rozpakowaniu sprzętu w schronisku, każdy marzył tylko i wyłącznie o prysznicu. No więc wchodzę sobie spokojnie na pewniaka do pokoju, ściągam brudne ciuchy i w ręczniczku pakuję do łazienki. Wchodzę, zamykam drzwi, odkręcam wodę... krzyczę i rzucam każdym możliwym mięsem znanym ludzkości, wybiegam na podwórko (cały czas w samym ręczniku :D). No takiego pająka to w życiu nie widziałem. Siedziała bestia w rogu koło kosza na śmieci, czekał na mnie cham pewnie cały tydzień. Wielkości mniej więcej rozpostartej dłoni dorosłego faceta. Idę prosić o pomoc. Znajduję wetpielęgniarkę, która była z nami na Koh Jum. Wiem, że będzie zafascynowana tym pomiotem szatana, bo lubi łazić po nocach po dżungli i znajdować różne paskudztwa i okropieństwa. Mówię jaka jest sprawa. Faktycznie okazuje się, że nie muszę długo czekać na pomoc. Adina biegnie do mojego pokoju z bananem na twarzy. Proszę żeby go zabiła, ale ona upiera się, że go wyniesie do lasu. Ależ proszę cię bardzo, byle minimum ze 2 kilometry, bo franca wróci i mnie udusi w nocy. Stoję na zewnątrz i słucham co dzieje się w środku. Ze środka dochodzą mniej więcej takie dźwięki: "O.... jaki duży! Ale fajny, takiego jeszcze nie widziałam, no chodź.... AAAAaaaaaaaaaa!!!!!!" Po czym ona również wybiega z mojego pokoju jak ja wybiegałem kilka minut wcześniej. Okazuje się, że pająk ma turboprzyspieszenie, że próba złapania go tylko go wkurzyła, oraz że potrafi skakać od ściany do ściany (ze 3m). Oboje idziemy po pomoc :D. Następne posiłki do Andrea, (wiem, same laski, żałosne ale cóż :/ :D) wet z Anglii. Wchodzi do łazienki, zamyka drzwi za sobą, za dwie minuty wychodzi trzymając pająka.... w koszyczku zrobionym z dłoni.... :///// Przechodząc koło mnie rzuca tylko pytanie, czy przypadkiem nie jest jadowity, ale dochodzimy do wniosku że niekiedy nieświadomość jest zbawienna, więc wypuszcza go do lasu. Póki co bestia nie wróciła. Z względów wiadomych, zdjęć pająka nie ma :P
Następnego dnia koło południa ktoś rzuca pomysł, żeby po raz kolejny spróbować dopaść psa na wyspie. Niewiele się dzieje w schronisku, więc wyruszamy w 3 osoby. Ja z dmuchawką, lotkami i lekami, oraz dwoje generalnych wolontariuszy. Docieramy do restauracji, woda spokojna, atakujemy temat. Ja i Bernardo (chłopak z Portugalii) wbijamy na kajak i płyniemy na wyspę. Zdjęć znowu nie ma, bo to ta sama wyspa, te same zdjęcia. Dopływamy, widzimy psa. Ładuję gotową lotkę do rurki i próbujemy iść w stronę psa, ucieka do dżungli. Bernardo podsuwa pomysł, żeby zostawić jedzenie na plaży i ukryć się w zaroślach. Mówi, że ostatnio jak tu był, to pies przyszedł jeść, ale nie bylo nikogo z dmuchawką. Kryjemy się w krzaczorach, mrówki, komary i wszelkie inne tałatajstwo obłazi nas ze wszystkich stron. Bernardo mówi, że ostatnim razem czekali koło pół godziny na psa. Lokujemy się więc wygodnie, zapalam papierosa, gadamy o pierdołach. 4 minuty poźniej kończę palić, gaszę, a pies podchodzi do jedzenia. Jesteśmy w szoku, że tak szybko przyszedł. Zaczyna szamać, a koniec rurki wystaje w jego kierunku z zarośli. Już mam strzelać kiedy nas zauważa i zaczyna zwiewać. Podczas jedzenia stał bokiem, więc cel był dość spory. Teraz mam przed sobą tylko jego chudy tyłek i jakąś sekundę, dwie na oddanie strzału. Próbuję. Lotka wbija się w sam środek tylnej prawej nogi. Idealnie. Pies dostaje przyspieszenia, po kilku sekundach biegu plażą lotka wypada, pies ginie w dżungli. Sprawdzamy lotkę, pusta, czyli wszystko co miało wejść w psa weszło. 1:0 dla nas. Czekamy 5-10 minut i włazimy w dźunglę w poszukiwaniu psa. Sprawa prezentuje się tak, że albo teraz albo nigdy. Jak go nie znajdziemy, to sie obudzi po paru godzinach i następnym razem nie przyjdzie do jedzenia. Chodzimy, szukamy, przedzieramy się przez zarośla w japonkach i krótkich spodenkach. Po pół godziny... nic. Tracimy wiarę. Przechodzę koło sporego drzewa, pod którym leży spory konar. Konar okazuje się być półtora metrowym waranem, który najpierw na mnie spogląda, potem szybkim ruchem odwraca się i idzie sobie w inną stronę. Trzęsące się ręce i nogi, po niespodziewanym bliskim spotkaniu z dinozaurem nie pomagają w poszukiwaniach. Po kolejnych kilkunastu minutach... sukces ;) Mamy go. Leży sobie na skraju błotnistej kałuży. Bierzemy gada na ręce i... zaczyna padać. Nie tak sobie ot padać, ale lać tak mocno, że widoczność spada a my po dosłownie 3 sekundach jesteśmy cali mokrzy. Niebo robi się szare, morze wzburzone, wali ścianami deszczu a my siedzimy w dżungli z nieprzytomnym psem. No bajka.
Dzwonimy do schroniska po posiłki. Pies jest w stanie dramatycznym. Krańcowo wyczerpany, chudy, odwodniony. Zapada decyzja, że najlepiej będzie jeśli go uśpimy od razu i oszczędzimy mu dalszych cierpień. Policzyliśmy, że był na wyspie przez prawie miesiąc, a załapanie go zajęło nam 7 wypraw.
Wszystko pięknie, ładnie, tylko okazuje się, że nie ma wystarczającej ilości środków do usypiania w pudełku. Uzgadniamy przez telefon ze schroniskiem, że przyślą auto z klatką i wszystkim czego nam trzeba. Pakujemy psa na kajak między nas i w czasie kiedy pada nieco mniej przypływamy spowrotem. Pakujemy psa do klatki i ruszamy w drogę powrotną. Po drodze zatrzymujemy się gdzieś na bocznej drodze, z dala od wszelkiej cywilizacji i usypiamy biednego psiaka. Cały czas pada. Jest nas dwóch- ja wracam na swoim skuterze, totalnie mokry, auto prowadzi kumpel, który przyjechał ze schroniska. On jedzie pierwszy, ja kilkaset metrów za nim, bo deszcz wali mi po oczach i widzę drogę tylko przez szparkę jednego oka. Kilkometr dalej wyjeżdżam zza ostrego zakrętu... Kumpel stoi na drodze i macha do mnie z glupią miną na twarzy, auto w rowie :/ Zdefiniuje pojęcie rowu, bo nieco różni się od polskiego wyobrażenia o czymś tuż poza drogą. Tutaj to metrowa dziura, a przód auta ściśle otulony jest krzakami, drzewami, jednym słowem dżunglą jak cholera. Ok, zastanawiamy się co robić. Kumpel cały, auto nie. Po chwili decydujemy, że nie ma co dzwonić do schroniska. Wszyscy tylko by się zdenerwowali itd. Próbujemy wyciągnąć auto na własną rękę prosząc miejscowych przejeżdżających tubylców o pomoc. Problem w tym, że mam świadomość, że zaraz zbierze się pokaźny tłumek muzułmanów, a my mamy uśpionego psa na pace i raczej nikt nam nie pomoże. Podejmujemy jedyną możliwą decyzję- pies na plecy i w dżunglę. Zostawiamy go w krzakach tak ukrytego, żeby nikt go nie zobaczył. Po chwili zatrzymuja się pierwsi ludzie, nikt ale to totalnie nikt nie mówi po angielsku. Migowy idzie jako tako, próbujemy prosić o pomoc, pytamy czy ktoś ma linę. Auto wkopane jest tak, że potrzebujemy naprawdę sporego drugiego auta z napędem 4x4. Po 3 godzinach walki z autem, deszczem i brakiem komunikacji, kończymy w takiej oto scenerii: Na poboczu drogi stoi 8-10 aut, koło 20-30 skuterów. Mamy ze sześćdziesięciu gapiów, robimy za atrakcję. Miejscowi okazują się jednak bardzo pomocni. Lina się znalazła, maczety poszły w ruch, wykosili pół lasu, wydarli, wypchali auto na drogę. Blok silnika cały, auto chodzi, nadaje się do jazdy, ale przedni zderzak przypomina harmonijkę, drzwi kierowcy (te po prawej stronie auta) sie nie otwierają, nie ma bocznej szyby i lusterka.
A! I podczas całego tego stania tam w tej trawie i innym dziadostwie użarła mnie pijawka :/ Franca gruba jak kciuk. Wracamy do schroniska, opowiadamy o wszystkim. Padamy na twarze po kolejnym dniu na Lancie. Tutaj nigdy nie wiesz co Cie spotka następnego dnia.
Trzymajcie się i do następnego napisania ;)
Następnego dnia koło południa ktoś rzuca pomysł, żeby po raz kolejny spróbować dopaść psa na wyspie. Niewiele się dzieje w schronisku, więc wyruszamy w 3 osoby. Ja z dmuchawką, lotkami i lekami, oraz dwoje generalnych wolontariuszy. Docieramy do restauracji, woda spokojna, atakujemy temat. Ja i Bernardo (chłopak z Portugalii) wbijamy na kajak i płyniemy na wyspę. Zdjęć znowu nie ma, bo to ta sama wyspa, te same zdjęcia. Dopływamy, widzimy psa. Ładuję gotową lotkę do rurki i próbujemy iść w stronę psa, ucieka do dżungli. Bernardo podsuwa pomysł, żeby zostawić jedzenie na plaży i ukryć się w zaroślach. Mówi, że ostatnio jak tu był, to pies przyszedł jeść, ale nie bylo nikogo z dmuchawką. Kryjemy się w krzaczorach, mrówki, komary i wszelkie inne tałatajstwo obłazi nas ze wszystkich stron. Bernardo mówi, że ostatnim razem czekali koło pół godziny na psa. Lokujemy się więc wygodnie, zapalam papierosa, gadamy o pierdołach. 4 minuty poźniej kończę palić, gaszę, a pies podchodzi do jedzenia. Jesteśmy w szoku, że tak szybko przyszedł. Zaczyna szamać, a koniec rurki wystaje w jego kierunku z zarośli. Już mam strzelać kiedy nas zauważa i zaczyna zwiewać. Podczas jedzenia stał bokiem, więc cel był dość spory. Teraz mam przed sobą tylko jego chudy tyłek i jakąś sekundę, dwie na oddanie strzału. Próbuję. Lotka wbija się w sam środek tylnej prawej nogi. Idealnie. Pies dostaje przyspieszenia, po kilku sekundach biegu plażą lotka wypada, pies ginie w dżungli. Sprawdzamy lotkę, pusta, czyli wszystko co miało wejść w psa weszło. 1:0 dla nas. Czekamy 5-10 minut i włazimy w dźunglę w poszukiwaniu psa. Sprawa prezentuje się tak, że albo teraz albo nigdy. Jak go nie znajdziemy, to sie obudzi po paru godzinach i następnym razem nie przyjdzie do jedzenia. Chodzimy, szukamy, przedzieramy się przez zarośla w japonkach i krótkich spodenkach. Po pół godziny... nic. Tracimy wiarę. Przechodzę koło sporego drzewa, pod którym leży spory konar. Konar okazuje się być półtora metrowym waranem, który najpierw na mnie spogląda, potem szybkim ruchem odwraca się i idzie sobie w inną stronę. Trzęsące się ręce i nogi, po niespodziewanym bliskim spotkaniu z dinozaurem nie pomagają w poszukiwaniach. Po kolejnych kilkunastu minutach... sukces ;) Mamy go. Leży sobie na skraju błotnistej kałuży. Bierzemy gada na ręce i... zaczyna padać. Nie tak sobie ot padać, ale lać tak mocno, że widoczność spada a my po dosłownie 3 sekundach jesteśmy cali mokrzy. Niebo robi się szare, morze wzburzone, wali ścianami deszczu a my siedzimy w dżungli z nieprzytomnym psem. No bajka.
Dzwonimy do schroniska po posiłki. Pies jest w stanie dramatycznym. Krańcowo wyczerpany, chudy, odwodniony. Zapada decyzja, że najlepiej będzie jeśli go uśpimy od razu i oszczędzimy mu dalszych cierpień. Policzyliśmy, że był na wyspie przez prawie miesiąc, a załapanie go zajęło nam 7 wypraw.
Wszystko pięknie, ładnie, tylko okazuje się, że nie ma wystarczającej ilości środków do usypiania w pudełku. Uzgadniamy przez telefon ze schroniskiem, że przyślą auto z klatką i wszystkim czego nam trzeba. Pakujemy psa na kajak między nas i w czasie kiedy pada nieco mniej przypływamy spowrotem. Pakujemy psa do klatki i ruszamy w drogę powrotną. Po drodze zatrzymujemy się gdzieś na bocznej drodze, z dala od wszelkiej cywilizacji i usypiamy biednego psiaka. Cały czas pada. Jest nas dwóch- ja wracam na swoim skuterze, totalnie mokry, auto prowadzi kumpel, który przyjechał ze schroniska. On jedzie pierwszy, ja kilkaset metrów za nim, bo deszcz wali mi po oczach i widzę drogę tylko przez szparkę jednego oka. Kilkometr dalej wyjeżdżam zza ostrego zakrętu... Kumpel stoi na drodze i macha do mnie z glupią miną na twarzy, auto w rowie :/ Zdefiniuje pojęcie rowu, bo nieco różni się od polskiego wyobrażenia o czymś tuż poza drogą. Tutaj to metrowa dziura, a przód auta ściśle otulony jest krzakami, drzewami, jednym słowem dżunglą jak cholera. Ok, zastanawiamy się co robić. Kumpel cały, auto nie. Po chwili decydujemy, że nie ma co dzwonić do schroniska. Wszyscy tylko by się zdenerwowali itd. Próbujemy wyciągnąć auto na własną rękę prosząc miejscowych przejeżdżających tubylców o pomoc. Problem w tym, że mam świadomość, że zaraz zbierze się pokaźny tłumek muzułmanów, a my mamy uśpionego psa na pace i raczej nikt nam nie pomoże. Podejmujemy jedyną możliwą decyzję- pies na plecy i w dżunglę. Zostawiamy go w krzakach tak ukrytego, żeby nikt go nie zobaczył. Po chwili zatrzymuja się pierwsi ludzie, nikt ale to totalnie nikt nie mówi po angielsku. Migowy idzie jako tako, próbujemy prosić o pomoc, pytamy czy ktoś ma linę. Auto wkopane jest tak, że potrzebujemy naprawdę sporego drugiego auta z napędem 4x4. Po 3 godzinach walki z autem, deszczem i brakiem komunikacji, kończymy w takiej oto scenerii: Na poboczu drogi stoi 8-10 aut, koło 20-30 skuterów. Mamy ze sześćdziesięciu gapiów, robimy za atrakcję. Miejscowi okazują się jednak bardzo pomocni. Lina się znalazła, maczety poszły w ruch, wykosili pół lasu, wydarli, wypchali auto na drogę. Blok silnika cały, auto chodzi, nadaje się do jazdy, ale przedni zderzak przypomina harmonijkę, drzwi kierowcy (te po prawej stronie auta) sie nie otwierają, nie ma bocznej szyby i lusterka.
A! I podczas całego tego stania tam w tej trawie i innym dziadostwie użarła mnie pijawka :/ Franca gruba jak kciuk. Wracamy do schroniska, opowiadamy o wszystkim. Padamy na twarze po kolejnym dniu na Lancie. Tutaj nigdy nie wiesz co Cie spotka następnego dnia.
Trzymajcie się i do następnego napisania ;)
czwartek, 27 września 2012
174+41=215
Jestem! Żyję! Wszystko w porządku. No więc zaczynając od początku...Zapakowaliśmy się do twóch półciężarówek i w 6 osób ruszyliśmy w nieznane. Początkowo bylo znane, bo musieliśmy opuścić Koh Lantę i wrócić na główny ląd. Nie ma sezonu turystycznego, więc było trudniej. W sezonie pływają bezpośrednie łódki z naszej wyspy na Koh Jum; wyspę na którą mieliśmy się dostać. Jazda, prom, jazda, prom itd. Po dwóch, trzech godzinach jazdy dostarliśmy do wioski widocznej na zdjęciu. Stamtąd mieli nas zabrać na "longtail'a" czyli tradycyjną tajską łódkę. Jest taka gdzieś na zdjęciach z poprzednich dni. Wysiedliśmy z aut i poszliśmy jeść. W międzyczasie przepakowywano bagaże z aut na łódź.
Zjedliśmy porządny obiado lunch za (uwaga) 4 zł i wsiedliśmy na łódź. Podróż zabrała pół godziny. Nie wypływaliśmy na otwarte wody, a tylko przemykaliśmy między wysepkami. Na zdjęciu obok widać jak ktoś sobie mieszka i żyje. Nie sposób wstawić tu wszystkich zrobionych zdjęć, więc będę je musiał potem wypalić na płytkach i udostępniać chętnym ;) Łódź okazała się większa niż myśleliśmy i spokojnie się zapakowaliśmy ze wszystkim. Na łodzi przywitał nas Jon, który organizował wszystko od tamtej strony. Jego profesja jest istotna w kontekście tego co działo się potem, ale o tym za chwilę. Powoli zbliżaliśmy się do Koh Jum i dało się wyczuć podenerwowanie, niepewność i napięcie.
Tutaj na zdjęciu widać już Koh Jum i przystań do której dobijaliśmy. Pogoda była idealna, słońce, zero deszczu, nie to co teraz od dwóch dni się dzieje. Dobiliśmy i znowu mieliśmy chwilę czasu bo trzeba było przepakować wszystko z łodzi na samochody. Na tym etapie nikt nic nie wiedział. Wszyscy na około gadają po tajsku, człowiek jest przepakowywany z jednego pojazdu na drugi i jedzie w dzicz. Uczucie interesujące, choć nieco straszne. Zapakowano nas na półciężarówkę, albo raczej wypasionego jeepa 4x4 i odjechaliśmy z przystani. Koh Jum nie jest dużą wyspą, jest mniejsza niż Koh Lanta. Podróż autem do miejsca docelowego nie zabrała wiele czasu, ale wrażenia z podróży, z pierwszego kontaktu
z wyspą dość mocne. Tak (zdjęcie obok) wyglądała przystań i okolica widziana z tyłu auta które wiozło nas gdzieś. Kiedy skończyła się przystań, zaczęła się dżungla, ale nie taka tam dżungielka, tylko coś przez co chyba nie da się przejść bez buldożera albo pięciu maczet. Drogi wyboiste, czerwone, dziurawe, więc trzęsło jak cholera. Kiedy się zatrzymaliśmy, okazało się że zaparkowaliśmy na podjeździe czegoś w rodzaju motelo/hotelu. Jon powiedział, że na terenie tego ośrodka zorganizował nasze miejsce pracy. Poszliśmy oglądnąć teren na którym przyszło nam pracować przez następne kilka dni. Mieliśmy do dyspozycji "pomieszczenie" (czyt. słupy, dach i betonowa wylewka, zero ścian), kilka mniejszych
placów i jeden zamykany pokój. Na zdjęciu widać właśnie nasze miejsce pracy. Uznaliśmy, że najpierw się rozpakujemy ze sprzętem i przygotujemy wszystko na następny dzień, potem dopiero nieśmiało zapytamy o jakieś miejsce do spania. Szczerze mówiąc, chyba nikt nie chciał pytać każdy chciał odwlec ten moment jak tylko się dało :D. Rozpakowaliśmy sprzęt, poustawialiśmy stoły, wszysto co wartościowe poszło do zamykanego pokoju, który potem służył nam do poskramiania kotów. Nie raz zdarzało się tak, że po zastrzyku, kot biegał po ścianach pokoju, a my cierpliwie czekaliśmy na zewnątrz. Po dziesięciu minutach można było spokojnie wejść do pokoju i wziąć śpaącego kota z podłogi. ... No więc przyszedł czas na
nasze miejsce do spania. Wszystko stało się jasne, kiedy Jon powiedział, że pracuje w tym (uwaga!) pięciogwiazdkowym ośrodku oferującym bungalowy i apartamenty, jako pomocnik, budowniczy, zlota rączka w jednym. Żebyście mnie źle nie zrozumieli... To co widać na zdjęciu po lewej, to nie było miejsce dla nas wszystkich... To był oczywiście pojedyńczy pokój, taki sam jak pozostałych pięć, które były dla nas przygotowane. Staliśmy jak woły z koparami opadniętymi poniżej poziomu podłogi i nie bardzo wiedzieliśmy jak je pozbierać. Nikt się słowem nie odezwał przez dobre parę minut :) Ogromne wrażenie robiło dosłownie wszystko, poczynając od wyglądu bungalowów z zewnątrz, przez pokoje same w sobie.
Cały ośrodek (13 bungalowów) był zupełnie pusty bo sezonu nima. Nam dostała się rezydencja, która zawierała w sobie nie tylko pokoje ale i ogromny, pokój dzienny z kuchnią w amerykańskim stylu. Wszystko oczywiście ulokowane jakieś 10-15 metrów od piaszczystej pustej plaży ;P. Każdy poszedł do swojego pokoju i spędził tam trochę czasu oswajając się z otaczającym nas luksusem. Cena wynajmu takiej rezydencji dla turystów w sezonie, to 1600zł za dobę. Właścicielem całości jest kanadyjczyk, który również sprzedaje te bungalowy/rezydencje. Ktoś kupuje, przyjeżdża kiedy chce, ośrodek tylko utrzymuje miejsce w najwyższym standardzie, a jak się wyjeżdża można to wynająć turystom.
Tutaj na zdjęciu widać taras, który znajdował się pośrodku całej rezydencji a po lewej stronie zdjęcia widać pokój dzienny z kuchnią, dużym stołem, bardzo wygodnymi kanapami i fotelami. Przyjechaliśmy na miejsce dośc wcześnie, więc mielismy pół dnia wolnego przed rozpoczęciem pracy następnego dnia rano. Wybór był więc oczywisty- krystalicznie czysty ocean, a w zasadzie morze Andamańskie jest niezłym pomysłem na leniwe popływanie popołudniową porą. Temperatura wody koło trzydziestu stopni. No dobra- raj na ziemi jak w morde strzelił. Przez wszystkie następne dni nie mieliśmy zbyt wiele czasu by pławić się w luksusach, bo głównie pławiliśmy się w zwierzęcych otwartych brzuchach.
Po całych pięciu dniach, było powiedziane, że ktoś z weterynarzy musi zostać na kolejne cztery żeby dopilnować, czy nie pojawią się jakieś powikłania u pacjentów których operowaliśmy. My wszyscy mieliśmy wrócić, a przyjechać miał wet który został w ośrodku. Był plan, żeby zadzwonić do niego i zapytać czy chce przez kilka dni spać w lepiance pełnej komarów, bo jeśli nie to ktoś z nas jest w stanie się dla niego poświęcić i zostać. ;) Potem trochę narzekaliśmy, że to miejsce wcale takie świetne nie jest, bo ścieżki wąskie, bo nasz basen (tak, mieliśmy też basen) nieco mały i płytki, że nie ma gorącej wody pod prysznicem, a jedynie letnia. :D Poszliśmy więc popływać i jak wracaliśmy spotkaliśmy psa. Okazało się
że pies należy do właściciela sąsiedniego resortu, ale chwilowo go nie ma. Pies miał na imię Tsunami, bo w 2004 kiedy wydarzyło się fatalne w skutkach tsunami na kilku okolicznych wyspach (tysiące rannych i zabitych), ona była ledwie szczeniaczkiem i jako jedyna przeżyła spośród całego miotu. Przez pięć kolejnych dni mieliśmy więc i psa w naszej rezydencji :D. Spał z losowo wybranym człowiekiem, cały dzień łaźil za nami. Jak pracowaliśmy, to spał nieopodal. Jak wracaliśmy do pokoi, wracał z nami. Najfajniejsze były okoliczne koty. Wszyscy pracujący weci pogrążeni w swoich zwierzakach, a okoliczne koty jakgdyby nigdy nic zaczęły przyłaźić, żeby zobaczyć co się dzieje. Na luzaku wchodziły na teren gdzie
pracowaliśmy, żeby dowiedzieć się o co tyle hałasu. Potem nagle szybkim ruchem lądowały w klatkach a my pokazywaliśmy im o co w tym wszystkim chodzi ;) Był tylko jeden cwaniak, który cały czas siedział na dachu i nie było bata żeby go złapać. Próbowaliśmy go zachęcić jedzeniem, ale tylko patrzył na nas z miną "masz mnie za kompletnego debila? nie ma opcji, żebym tam zszedł" i dalej leniwie leżał na dachu obserwując swoich mniej inteligentnych kolegów i koleżanki, które raz po raz lądowały w pudełkach. Cała akcja była nieźle rozpropagowana, bo pierwszego dnia o ósmej trzydzieści (zaczynaliśmy o dziewiątej), w pudełkach jak w kolejce czekało około 30 kotów.
Wyspa cała zamieszkana przez muzułmanów, więc nie było szans żeby ktoś przyniósł psa. Potem jakieś nieliczne przypadki. Wszystkie psy, które udało nam się wysterylizować/wykastrować musieliśmy najpierw sami złapać. Plan był taki, że pierwszego dnia robimy tylko koty, które nam przyniosą, od drugiego dnia jeździmy polować. Pierwszy dzień zakończyliśmy liczbą bodajże 59 albo 60 kotów i jednym psem. Po pracy chcieliśmy się zaopatrzyć w jakieś piwko. Wcześniej Jon powiedział, że możemy używać auta kiedy tylko będzie dostępne na podjeździe. Kluczyki miały być w środku. Zebrałem zamówienia od wszystkich i poszedłem w kierunku recepcji. Było już ciemno, bo około szóstej trzydzieści.
Kluczyków nie było, więc zagadałem do kobiety w recepcji, dała mi kluczyki. Zapytałem gdzie znajdę jakis sklep o tej porze, powiedziała żebym dojechał do głównej drogi i skręcił w lewo. Jon mówił że jest sklep skręcając w prawo, ale posłuchałem kobiety. Po kilku minutach jazdy znalazłem jakieś zabudowania i jakiś maleńki sklepik. Wbijam do sklepu, na pewniaka proszę o papierosy, dostaję papierosy, pytam o piwo i nagle robi się dziwnie... Twarz faceta za ladą nieco się zmienia, twarze trzech gości siedzących przy stole przed sklepem nieco tężeją... a ja uświadamiam sobie, że samotny jak palec, po zmroku, na wyspie na końcu świata, proszę o piwo w muzułmańskim sklepie...
Pieniądze na stół jedną ręką, fajki w drugą i nie czekając na resztę szybkim krokiem wracam do auta i zamykam się od środka. Potem jadę do sklepu o ktorym mówił Jon. Buddyjski, więc luzik. Następnego dnia rano wyruszamy na pierwsze polowanie. Najpierw jednak zahaczamy o stację benzynową. Tak, to coś na zdjęciu zrobiomnym z wnętrza auta to stacja benzynowa, okazuje się że największa na wyspie :D W tym szklanym u góry odmierza się określoną ilość, poprzez kręcenie korbką. Paliwo z beczki zasysane jest do szklanego pojemnika, potem wężykiem wlewane do pojazdów wszelkiej maści. Wygląda nieprzeciętnie. Największa stacja benzynowa równa się dwie beczki ;)
Na terenie resortu rosną przeróżne rośliny, celowo posadzone, żeby się zapoznać z miejscową florą. Palm kokosowych mnóstwo, a gdzieniegdzie można znaleźć takie coś. To się bodajże nazywa palma podróżników. Wysokie na 4-5 metrów, wygląda jak gigantyczny wachlarz. Wieczorem konsumujemy piwko i siedzimy w naszych pięciu gwiazdkach gadając o pierdołach, poznając się nieco lepiej z ludzmi z różnych zakątków świata. Wszyscy są bardzo przyjaźni a przez kolejne kilka dni stajemy się zgraną paczką i dobrymi kumplami. Wracając do polowania. Pierwszego dnia udało mi się ustrzelić moją pierwszą ofiarę. Okazały pies siedział pod krzesłem w pobliżu skromnego domostwa miejscowych ludzi.
Trafiony, po dziesięciu minutach zapakowany do klatki i zrobiony. Ktoregoś kolejnego dnia, chyba trzeciego, jeden z psów uciekł z klatki. Ktoś z miejscowych, którzy pomagali przy calym projekcie musiał zostawić drzwi otwarte. Suka jeszcze nie do końca świadoma, bo ju raz trafiona gdzieś w dziczy, puściła się pędem w krzaki, dżunglę, plażę itd. Pogoń nie przyniosła skutku, nawet nasz główny łapacz psów, miejscowy weterynarz dr. Tey, po poł godziny wrócił i powiedział że nie udało mu się go dopaść. Kiedy wszyscy goniliśmy za psem, tylko on i ja wzięliśmy dmuchawki i strzałki. Po jednej... Wszyscy odpuścili, ja chciałem spróbować jeszcze raz. Pies truchtem śmigał wzdłuż plaży.
W japonkach nie da się szybko biegać. Japonki zostały, a ja na bosaka przyspieszyłem i znalazłem się (na pełnym biegu) między biegnącym psem a dżunglą. Jedna lotka, strzał, sukces ;) Niosąc psa spowrotem do ośrodka czułem się jak myśliwy niosący upolowaną zwierzynę :D Zostałem mianowany głównym łapaczem. Z łapaniem psów związana jest jeszcze jedna historia po powrocie na Lantę, ale o tym w następnym poście. Na zdjęciu powyżej widać nasz śniadaniowy zestaw wizytowany przez gekona. Są bardzo sympatyczne, nieszkodliwe i są wszędzie. W nocy drą ryja tak głośno, krzycząc "Ge-co", że czasem nie da się spać.
Na zdjęciu wyżej krab pustelnik wersja xxl. Znaleziony na plaży, sfotografowany i zwrócony naturze.
Tutaj znowu nasze miejsce pracy, ale z innej strony, po kilku dniach. Cały projekt, pięć dni roboczych zamknęliśmy liczbą 215 zwierząt. 174 koty i 41 psów. Zapotrzebowanie jest dużo dużo większe. Wszyscy czuliśmy się jakbyśmy tylko ledwo dotknęli całego problemu. Pojawiają się już plany, żeby powtórzyć klinikę w tym samym miejscu za rok.
Nie dość że nie płaciliśmy za zakwaterowanie, to jeszcze jedzenie mieliśmy za darmo z pobliskiej restauracji. Na początku ryba z ryżem była niezła, ale po tygodniu jedzienia ryby i ryżu, wszyscy mieli już serdecznie dość. Było pyszne, ale monotonne. Ostatniego dnia ktoś dla jaj zapytał kobietę z restauracji co na lunch. Zastanawiała się chwilę (i to było najśmieszniejsze) po czym
z dumą oznajmiła :ryba z ryżem. Wielkiej samokontroli wymagało zachowanie powagi ;) Myślałem, że ten czas tam na wyspie będzie mi się dłużył, albo że będę chciał wracać. Nic bardziej mylnego. Minęło jak z bicza strzelił. Wspaniały czas, wspaniała praca, wspaniałe doświadczenie. Zdarzyło nam się polować na cmentarzu, na którym chowani są "morscy cyganie" (w wolnym tłumaczeniu). Miejsce robi niesamowite wrażenie. Grób to w zasadzie kopiec ziemi, ale pod dachem wspartym na kilku filarach. Przy każdym grobie talerze, miski, sztućce, kubki. Dowiedziałem się, że co rok na tym cmentarzu zbierają się cyganie z calej okolicy i robią imprezę ku czci zmarłych. Jedzą, piją, tańczą i spiewają przy ogniskach.
To po lewej, to najbardziej okazały grób na cmentarzu. Większość grobów to kopczyki pod dachem, ale ci ludzie musieli być porządnie ustawieni, bo ktoś im postawił całą lódź! Wykafelkowana, top standard. W środku łodzi nic się nie zmienia- kopczyk i talerze, ale otoczka zupełenie inna. Na tym zdjęciu w tle widać szeregi grobów mniej zamożnych ludzi.
Jeszcze kilka słów o miejscowych, którzy zaoferowali nam swoją pomoc. Część z nich dobrowolnie, część została o to pooroszona przez właściciela ośrodka w którym pracują, a w którym my też się znaleźliśmy. Ludzie bardzo mili, uprzejmi, uczynni, pomocni, ale organizacyjnie beznadziejni.
Zdarzyło nam się też polować na psy w pobliżu buddyjskiej świątyni. Tutaj znajdujący się tuż za świątynią buddyjski cmentarz. Ładnie, czysto, schludnie. Ostatniego dnia, tajski doktor przyniósł nam swoją zdobycz przejechaną na drodze. Półtorametrowy wąż. Według niego to "rat snake", ale my nie byliśmy do końca przekonani. Uznaliśmy, że niezłym żartem będzie wsadzenie go pod prysznic jednej z dziewczyn. Ten widoczny na jednym ze zdjęć wyżej. Wychodziło się z pokoju jakgdyby na zewnątrz, a tam ścianka z kamieni, dwa prysznice. To wszystko w otoczeniu palm i innej roślinności. No czad. Więc... Wzięliśmy węża i owineliśmy go wokół kurków. Pech chciał, że są tam dwa prysznice, a nasza koleżanka jest ślepa.
Czekaliśmy z aparatami gotowymi do kręcenia filmów aż wybiegnie w panice, a ta jak gdyby nigdy nic wychodzi i nie wie co się dzieje ;)
Żal było wracać po tych wspaniałych kilku dniach. Praca po kilkanaście godzin dziennie dawała niesamowite poczucie dobrze spełnionej misji. Codziennie wieczorem padaliśmy na twarze, ale z uśmiechami od ucha do ucha. 215 zwierząt mniej może się rozmnażać, to się liczy. Powoli kończę, jutro opiszę co się zdarzyło po powrocie, a jest o czym pisać. Dziękuję za cierpliwość, przepraszam za brak postów. Teraz będę pisał już regularnie. Trzymajcie się ciepło, pozdrawiam ;)

Zjedliśmy porządny obiado lunch za (uwaga) 4 zł i wsiedliśmy na łódź. Podróż zabrała pół godziny. Nie wypływaliśmy na otwarte wody, a tylko przemykaliśmy między wysepkami. Na zdjęciu obok widać jak ktoś sobie mieszka i żyje. Nie sposób wstawić tu wszystkich zrobionych zdjęć, więc będę je musiał potem wypalić na płytkach i udostępniać chętnym ;) Łódź okazała się większa niż myśleliśmy i spokojnie się zapakowaliśmy ze wszystkim. Na łodzi przywitał nas Jon, który organizował wszystko od tamtej strony. Jego profesja jest istotna w kontekście tego co działo się potem, ale o tym za chwilę. Powoli zbliżaliśmy się do Koh Jum i dało się wyczuć podenerwowanie, niepewność i napięcie.
Tutaj na zdjęciu widać już Koh Jum i przystań do której dobijaliśmy. Pogoda była idealna, słońce, zero deszczu, nie to co teraz od dwóch dni się dzieje. Dobiliśmy i znowu mieliśmy chwilę czasu bo trzeba było przepakować wszystko z łodzi na samochody. Na tym etapie nikt nic nie wiedział. Wszyscy na około gadają po tajsku, człowiek jest przepakowywany z jednego pojazdu na drugi i jedzie w dzicz. Uczucie interesujące, choć nieco straszne. Zapakowano nas na półciężarówkę, albo raczej wypasionego jeepa 4x4 i odjechaliśmy z przystani. Koh Jum nie jest dużą wyspą, jest mniejsza niż Koh Lanta. Podróż autem do miejsca docelowego nie zabrała wiele czasu, ale wrażenia z podróży, z pierwszego kontaktu
z wyspą dość mocne. Tak (zdjęcie obok) wyglądała przystań i okolica widziana z tyłu auta które wiozło nas gdzieś. Kiedy skończyła się przystań, zaczęła się dżungla, ale nie taka tam dżungielka, tylko coś przez co chyba nie da się przejść bez buldożera albo pięciu maczet. Drogi wyboiste, czerwone, dziurawe, więc trzęsło jak cholera. Kiedy się zatrzymaliśmy, okazało się że zaparkowaliśmy na podjeździe czegoś w rodzaju motelo/hotelu. Jon powiedział, że na terenie tego ośrodka zorganizował nasze miejsce pracy. Poszliśmy oglądnąć teren na którym przyszło nam pracować przez następne kilka dni. Mieliśmy do dyspozycji "pomieszczenie" (czyt. słupy, dach i betonowa wylewka, zero ścian), kilka mniejszych
placów i jeden zamykany pokój. Na zdjęciu widać właśnie nasze miejsce pracy. Uznaliśmy, że najpierw się rozpakujemy ze sprzętem i przygotujemy wszystko na następny dzień, potem dopiero nieśmiało zapytamy o jakieś miejsce do spania. Szczerze mówiąc, chyba nikt nie chciał pytać każdy chciał odwlec ten moment jak tylko się dało :D. Rozpakowaliśmy sprzęt, poustawialiśmy stoły, wszysto co wartościowe poszło do zamykanego pokoju, który potem służył nam do poskramiania kotów. Nie raz zdarzało się tak, że po zastrzyku, kot biegał po ścianach pokoju, a my cierpliwie czekaliśmy na zewnątrz. Po dziesięciu minutach można było spokojnie wejść do pokoju i wziąć śpaącego kota z podłogi. ... No więc przyszedł czas na
nasze miejsce do spania. Wszystko stało się jasne, kiedy Jon powiedział, że pracuje w tym (uwaga!) pięciogwiazdkowym ośrodku oferującym bungalowy i apartamenty, jako pomocnik, budowniczy, zlota rączka w jednym. Żebyście mnie źle nie zrozumieli... To co widać na zdjęciu po lewej, to nie było miejsce dla nas wszystkich... To był oczywiście pojedyńczy pokój, taki sam jak pozostałych pięć, które były dla nas przygotowane. Staliśmy jak woły z koparami opadniętymi poniżej poziomu podłogi i nie bardzo wiedzieliśmy jak je pozbierać. Nikt się słowem nie odezwał przez dobre parę minut :) Ogromne wrażenie robiło dosłownie wszystko, poczynając od wyglądu bungalowów z zewnątrz, przez pokoje same w sobie.
Cały ośrodek (13 bungalowów) był zupełnie pusty bo sezonu nima. Nam dostała się rezydencja, która zawierała w sobie nie tylko pokoje ale i ogromny, pokój dzienny z kuchnią w amerykańskim stylu. Wszystko oczywiście ulokowane jakieś 10-15 metrów od piaszczystej pustej plaży ;P. Każdy poszedł do swojego pokoju i spędził tam trochę czasu oswajając się z otaczającym nas luksusem. Cena wynajmu takiej rezydencji dla turystów w sezonie, to 1600zł za dobę. Właścicielem całości jest kanadyjczyk, który również sprzedaje te bungalowy/rezydencje. Ktoś kupuje, przyjeżdża kiedy chce, ośrodek tylko utrzymuje miejsce w najwyższym standardzie, a jak się wyjeżdża można to wynająć turystom.
Tutaj na zdjęciu widać taras, który znajdował się pośrodku całej rezydencji a po lewej stronie zdjęcia widać pokój dzienny z kuchnią, dużym stołem, bardzo wygodnymi kanapami i fotelami. Przyjechaliśmy na miejsce dośc wcześnie, więc mielismy pół dnia wolnego przed rozpoczęciem pracy następnego dnia rano. Wybór był więc oczywisty- krystalicznie czysty ocean, a w zasadzie morze Andamańskie jest niezłym pomysłem na leniwe popływanie popołudniową porą. Temperatura wody koło trzydziestu stopni. No dobra- raj na ziemi jak w morde strzelił. Przez wszystkie następne dni nie mieliśmy zbyt wiele czasu by pławić się w luksusach, bo głównie pławiliśmy się w zwierzęcych otwartych brzuchach.
Po całych pięciu dniach, było powiedziane, że ktoś z weterynarzy musi zostać na kolejne cztery żeby dopilnować, czy nie pojawią się jakieś powikłania u pacjentów których operowaliśmy. My wszyscy mieliśmy wrócić, a przyjechać miał wet który został w ośrodku. Był plan, żeby zadzwonić do niego i zapytać czy chce przez kilka dni spać w lepiance pełnej komarów, bo jeśli nie to ktoś z nas jest w stanie się dla niego poświęcić i zostać. ;) Potem trochę narzekaliśmy, że to miejsce wcale takie świetne nie jest, bo ścieżki wąskie, bo nasz basen (tak, mieliśmy też basen) nieco mały i płytki, że nie ma gorącej wody pod prysznicem, a jedynie letnia. :D Poszliśmy więc popływać i jak wracaliśmy spotkaliśmy psa. Okazało się
że pies należy do właściciela sąsiedniego resortu, ale chwilowo go nie ma. Pies miał na imię Tsunami, bo w 2004 kiedy wydarzyło się fatalne w skutkach tsunami na kilku okolicznych wyspach (tysiące rannych i zabitych), ona była ledwie szczeniaczkiem i jako jedyna przeżyła spośród całego miotu. Przez pięć kolejnych dni mieliśmy więc i psa w naszej rezydencji :D. Spał z losowo wybranym człowiekiem, cały dzień łaźil za nami. Jak pracowaliśmy, to spał nieopodal. Jak wracaliśmy do pokoi, wracał z nami. Najfajniejsze były okoliczne koty. Wszyscy pracujący weci pogrążeni w swoich zwierzakach, a okoliczne koty jakgdyby nigdy nic zaczęły przyłaźić, żeby zobaczyć co się dzieje. Na luzaku wchodziły na teren gdzie
pracowaliśmy, żeby dowiedzieć się o co tyle hałasu. Potem nagle szybkim ruchem lądowały w klatkach a my pokazywaliśmy im o co w tym wszystkim chodzi ;) Był tylko jeden cwaniak, który cały czas siedział na dachu i nie było bata żeby go złapać. Próbowaliśmy go zachęcić jedzeniem, ale tylko patrzył na nas z miną "masz mnie za kompletnego debila? nie ma opcji, żebym tam zszedł" i dalej leniwie leżał na dachu obserwując swoich mniej inteligentnych kolegów i koleżanki, które raz po raz lądowały w pudełkach. Cała akcja była nieźle rozpropagowana, bo pierwszego dnia o ósmej trzydzieści (zaczynaliśmy o dziewiątej), w pudełkach jak w kolejce czekało około 30 kotów.
Wyspa cała zamieszkana przez muzułmanów, więc nie było szans żeby ktoś przyniósł psa. Potem jakieś nieliczne przypadki. Wszystkie psy, które udało nam się wysterylizować/wykastrować musieliśmy najpierw sami złapać. Plan był taki, że pierwszego dnia robimy tylko koty, które nam przyniosą, od drugiego dnia jeździmy polować. Pierwszy dzień zakończyliśmy liczbą bodajże 59 albo 60 kotów i jednym psem. Po pracy chcieliśmy się zaopatrzyć w jakieś piwko. Wcześniej Jon powiedział, że możemy używać auta kiedy tylko będzie dostępne na podjeździe. Kluczyki miały być w środku. Zebrałem zamówienia od wszystkich i poszedłem w kierunku recepcji. Było już ciemno, bo około szóstej trzydzieści.
Kluczyków nie było, więc zagadałem do kobiety w recepcji, dała mi kluczyki. Zapytałem gdzie znajdę jakis sklep o tej porze, powiedziała żebym dojechał do głównej drogi i skręcił w lewo. Jon mówił że jest sklep skręcając w prawo, ale posłuchałem kobiety. Po kilku minutach jazdy znalazłem jakieś zabudowania i jakiś maleńki sklepik. Wbijam do sklepu, na pewniaka proszę o papierosy, dostaję papierosy, pytam o piwo i nagle robi się dziwnie... Twarz faceta za ladą nieco się zmienia, twarze trzech gości siedzących przy stole przed sklepem nieco tężeją... a ja uświadamiam sobie, że samotny jak palec, po zmroku, na wyspie na końcu świata, proszę o piwo w muzułmańskim sklepie...
Pieniądze na stół jedną ręką, fajki w drugą i nie czekając na resztę szybkim krokiem wracam do auta i zamykam się od środka. Potem jadę do sklepu o ktorym mówił Jon. Buddyjski, więc luzik. Następnego dnia rano wyruszamy na pierwsze polowanie. Najpierw jednak zahaczamy o stację benzynową. Tak, to coś na zdjęciu zrobiomnym z wnętrza auta to stacja benzynowa, okazuje się że największa na wyspie :D W tym szklanym u góry odmierza się określoną ilość, poprzez kręcenie korbką. Paliwo z beczki zasysane jest do szklanego pojemnika, potem wężykiem wlewane do pojazdów wszelkiej maści. Wygląda nieprzeciętnie. Największa stacja benzynowa równa się dwie beczki ;)
Na terenie resortu rosną przeróżne rośliny, celowo posadzone, żeby się zapoznać z miejscową florą. Palm kokosowych mnóstwo, a gdzieniegdzie można znaleźć takie coś. To się bodajże nazywa palma podróżników. Wysokie na 4-5 metrów, wygląda jak gigantyczny wachlarz. Wieczorem konsumujemy piwko i siedzimy w naszych pięciu gwiazdkach gadając o pierdołach, poznając się nieco lepiej z ludzmi z różnych zakątków świata. Wszyscy są bardzo przyjaźni a przez kolejne kilka dni stajemy się zgraną paczką i dobrymi kumplami. Wracając do polowania. Pierwszego dnia udało mi się ustrzelić moją pierwszą ofiarę. Okazały pies siedział pod krzesłem w pobliżu skromnego domostwa miejscowych ludzi.
Trafiony, po dziesięciu minutach zapakowany do klatki i zrobiony. Ktoregoś kolejnego dnia, chyba trzeciego, jeden z psów uciekł z klatki. Ktoś z miejscowych, którzy pomagali przy calym projekcie musiał zostawić drzwi otwarte. Suka jeszcze nie do końca świadoma, bo ju raz trafiona gdzieś w dziczy, puściła się pędem w krzaki, dżunglę, plażę itd. Pogoń nie przyniosła skutku, nawet nasz główny łapacz psów, miejscowy weterynarz dr. Tey, po poł godziny wrócił i powiedział że nie udało mu się go dopaść. Kiedy wszyscy goniliśmy za psem, tylko on i ja wzięliśmy dmuchawki i strzałki. Po jednej... Wszyscy odpuścili, ja chciałem spróbować jeszcze raz. Pies truchtem śmigał wzdłuż plaży.
W japonkach nie da się szybko biegać. Japonki zostały, a ja na bosaka przyspieszyłem i znalazłem się (na pełnym biegu) między biegnącym psem a dżunglą. Jedna lotka, strzał, sukces ;) Niosąc psa spowrotem do ośrodka czułem się jak myśliwy niosący upolowaną zwierzynę :D Zostałem mianowany głównym łapaczem. Z łapaniem psów związana jest jeszcze jedna historia po powrocie na Lantę, ale o tym w następnym poście. Na zdjęciu powyżej widać nasz śniadaniowy zestaw wizytowany przez gekona. Są bardzo sympatyczne, nieszkodliwe i są wszędzie. W nocy drą ryja tak głośno, krzycząc "Ge-co", że czasem nie da się spać.
Na zdjęciu wyżej krab pustelnik wersja xxl. Znaleziony na plaży, sfotografowany i zwrócony naturze.
Tutaj znowu nasze miejsce pracy, ale z innej strony, po kilku dniach. Cały projekt, pięć dni roboczych zamknęliśmy liczbą 215 zwierząt. 174 koty i 41 psów. Zapotrzebowanie jest dużo dużo większe. Wszyscy czuliśmy się jakbyśmy tylko ledwo dotknęli całego problemu. Pojawiają się już plany, żeby powtórzyć klinikę w tym samym miejscu za rok.
Nie dość że nie płaciliśmy za zakwaterowanie, to jeszcze jedzenie mieliśmy za darmo z pobliskiej restauracji. Na początku ryba z ryżem była niezła, ale po tygodniu jedzienia ryby i ryżu, wszyscy mieli już serdecznie dość. Było pyszne, ale monotonne. Ostatniego dnia ktoś dla jaj zapytał kobietę z restauracji co na lunch. Zastanawiała się chwilę (i to było najśmieszniejsze) po czym
z dumą oznajmiła :ryba z ryżem. Wielkiej samokontroli wymagało zachowanie powagi ;) Myślałem, że ten czas tam na wyspie będzie mi się dłużył, albo że będę chciał wracać. Nic bardziej mylnego. Minęło jak z bicza strzelił. Wspaniały czas, wspaniała praca, wspaniałe doświadczenie. Zdarzyło nam się polować na cmentarzu, na którym chowani są "morscy cyganie" (w wolnym tłumaczeniu). Miejsce robi niesamowite wrażenie. Grób to w zasadzie kopiec ziemi, ale pod dachem wspartym na kilku filarach. Przy każdym grobie talerze, miski, sztućce, kubki. Dowiedziałem się, że co rok na tym cmentarzu zbierają się cyganie z calej okolicy i robią imprezę ku czci zmarłych. Jedzą, piją, tańczą i spiewają przy ogniskach.
To po lewej, to najbardziej okazały grób na cmentarzu. Większość grobów to kopczyki pod dachem, ale ci ludzie musieli być porządnie ustawieni, bo ktoś im postawił całą lódź! Wykafelkowana, top standard. W środku łodzi nic się nie zmienia- kopczyk i talerze, ale otoczka zupełenie inna. Na tym zdjęciu w tle widać szeregi grobów mniej zamożnych ludzi.
Jeszcze kilka słów o miejscowych, którzy zaoferowali nam swoją pomoc. Część z nich dobrowolnie, część została o to pooroszona przez właściciela ośrodka w którym pracują, a w którym my też się znaleźliśmy. Ludzie bardzo mili, uprzejmi, uczynni, pomocni, ale organizacyjnie beznadziejni.
Zdarzyło nam się też polować na psy w pobliżu buddyjskiej świątyni. Tutaj znajdujący się tuż za świątynią buddyjski cmentarz. Ładnie, czysto, schludnie. Ostatniego dnia, tajski doktor przyniósł nam swoją zdobycz przejechaną na drodze. Półtorametrowy wąż. Według niego to "rat snake", ale my nie byliśmy do końca przekonani. Uznaliśmy, że niezłym żartem będzie wsadzenie go pod prysznic jednej z dziewczyn. Ten widoczny na jednym ze zdjęć wyżej. Wychodziło się z pokoju jakgdyby na zewnątrz, a tam ścianka z kamieni, dwa prysznice. To wszystko w otoczeniu palm i innej roślinności. No czad. Więc... Wzięliśmy węża i owineliśmy go wokół kurków. Pech chciał, że są tam dwa prysznice, a nasza koleżanka jest ślepa.
Czekaliśmy z aparatami gotowymi do kręcenia filmów aż wybiegnie w panice, a ta jak gdyby nigdy nic wychodzi i nie wie co się dzieje ;)
Żal było wracać po tych wspaniałych kilku dniach. Praca po kilkanaście godzin dziennie dawała niesamowite poczucie dobrze spełnionej misji. Codziennie wieczorem padaliśmy na twarze, ale z uśmiechami od ucha do ucha. 215 zwierząt mniej może się rozmnażać, to się liczy. Powoli kończę, jutro opiszę co się zdarzyło po powrocie, a jest o czym pisać. Dziękuję za cierpliwość, przepraszam za brak postów. Teraz będę pisał już regularnie. Trzymajcie się ciepło, pozdrawiam ;)

niedziela, 16 września 2012
Hej. Dzisiaj notka będzie w miarę krótka, bo niewiele się wczoraj działo. Lało trochę, jak widać na zdjęciu obok. Te ogrodzone obszary, to wybiegi dla naszych psów. Mają całkiem nieźle ;) Z ciekawych rzeczy wczoraj, był kot ugryziony przez węża. Wszyscy europejscy weci panika, bo nikt nie wie jaki to wąż, ile zajmuje rozprzestrzenienie się jadu po organizmie etc. Kot wzięty na obserwację, ale przez cały dzień nic mu się nie działo, więc założyliśmy, że albo wąż nie byl jadowity albo kot miał szczęście. Dzisiaj jest sporo roboty, ale nie lekarskiej, a pakowania. Jutro wyjeżdżamy z mobilną kliniką na inną wyspę.
Tona lekarstw, dwie tony sprzętu. Rano pakujemy się na ciężarówkę, która zabierze nas do miejsca, gdzie ma czekać łódź. Potem trochę pływania a na końcu rozpakowywanie wszystkiego. Miejmy nadzieję, że warunki będą do zaakceptowania i że będzie można przeprowadzac zabiegi w jako tako sterylnej atmosferze. Następny wpis na blogu po powrocie, więc gdzieś za 5-6 dni. Trzymajcie kciuki i dozo po powrocie. ;)
Tona lekarstw, dwie tony sprzętu. Rano pakujemy się na ciężarówkę, która zabierze nas do miejsca, gdzie ma czekać łódź. Potem trochę pływania a na końcu rozpakowywanie wszystkiego. Miejmy nadzieję, że warunki będą do zaakceptowania i że będzie można przeprowadzac zabiegi w jako tako sterylnej atmosferze. Następny wpis na blogu po powrocie, więc gdzieś za 5-6 dni. Trzymajcie kciuki i dozo po powrocie. ;)
sobota, 15 września 2012
Internet wraca, więc i zdjęcia wracają. Żaba na ścianie może i nie jest fascynująca, ale czerwonej żaby to nie widziałem. Wczoraj wieczorem siedzieliśmy większą ekipą na tarasie w domu nieopodal. Kilka osób siedziało pod ścianą, za nimi dreweniane pale. Na jednym z pali wylądował tutejszy odpowiednik konika polnego, tak ze trzy razy większy. Nagle nie wiadomo skąd, na ścianie koło niego pojawił się gekon toke. Bydle nieziemskie. Wszyscy najpierw spanikowali, potem każdy robił mu zdjęcia. Ja niestety nie zdążylem. Ale zwierzę piękne, ze 30 centymetrów spokojnie. Cały w kropki. Mógłbym sobie takiego jednego wziąć jako zwierzątko domowe ;)
Słoń jaki jest, każdy widzi. Jak tu przyjeżdżałem, myślałem że jednego dnia zrobię sobię wyprawę na trekking po dżungli na słoniu, ale po tym czego się tutaj nasłuchałem, już nie jestem taki chętny. Śpiewka dla turystów jest taka, że te słonie które są tutaj na wyspie, kiedyś pracowały w lasach. Teraz już się ich już nie używa, więc jeśli turyści z nich korzystają, to płacą za ich jedzenie, utrzymanie etc. Wszystko niby fajnie, ale prawda jest zupełnie inna. Małe sloniki oddziela się od matek, przed szczytem sezonu sprowadza się je na wyspę. Przewożone są w dramatycznych warunkach, przykute łańcuchami do klatek. "Treserzy" mają takie przeświadczenie i istnieje taka opinia, że żeby słoń był posłuszny trzeba złamać jego
duszę. Małe słoniki codziennie są bite po głowach kijami z gwoźdźmi, bo tak się "łamie ducha". Od maleńkości trzymane są przykute do drzew na bardzo krótkich łańcuchach. Czasem widuje się dorosłe słonie przykute łańcuchem. Gdyby taki dorosły słoń chciał, to zerwanie takiego żelastwa zajęłoby mu ze dwie sekundy. Niestety przyzwyczajony jest do tego, że od dziecka miał łańcuch i w młodości próbował go zerwać, więc ustala mu się w głowie, że się nie da. Potem nawet nie próbują. Teoretycznie władze parku narodowego powinny mieć pieczę nad każdym słoniem na wyspie, ale odpowiednia koperta załatwia sprawę. Nie mam zamiaru do tego ręki przykładać i każdemu odradzam.
Pora deszczowa w Tajlandii: na północy leje codziennie i to porządnie, na południu, u nas, przechodzą silne deszcze ale zazwyczaj trwają pół godziny, godzinę. Jest takie powiedzenie, że tutejsza pogoda czeka na to, żebyś odjechał na skuterze od budynku na tyle daleko, żeby totalnie cię przemoczyć przy powrocie. Mimo pogody, zdecydowaliśmy się ostatnio na popływanie w oceanie. Pływanie to nieco zbyt duże słowo. Metrowe fale zrobiły sobie z nas pranie białych kolorów z najszybszym programem wirowania. Jak tylko człowiek stanie na nogi, następna fala zwala go z nóg i wciska mordę w piaszczyste dno. Dla wiadomości: temperatura wody- cały rok 28-32 stopnie ;P (pozdrowienia dla Bałtyku)
To zdjęcie oddaje moją pracę w dużej mierze. Ostatnio prawie codziennie wyjeżdżamy na poławianie bezpańskich psów. Raz wracamy z tarczą i psami, raz na tarczy i z mokrym tyłkiem. Zaraz po zabiegach, polowanie to moje ulubione zajęcie. Odzywają się w człowieku pierwotne instynkty. Jak jedziemy w kilku to każdy chce ustrzelić zwierzynę. Te psiaki zostały złapane rankiem, przywiezione do lecznicy koło południa, o drugiej było po zabiegach, o szostej wróciły do miejsc skąd zostały zabrane. Następne zdjęcia pokazują jak tutaj żyją ludzie. Jak mieszkają tutejsi.
Nie oddają może dokładnie całego przekroju społeczeństwa, bo wiadkomo że znajdą się bogatsi i biedniejsi, ale tutaj na wyspie, takie domy to średnia. Szczerze powiem, że te na tych zdjęciach to jeszcze pikuś. Najgorsze jakie widziałem składały się z jednego pomieszczenia i wyglądały mniej więcej jak nasze garaże. Blacha na dachu, jakiś materac na ziemi, kącik kuchenny. A do którego domu by nie zajrzeć, biedniejszy czy trochę bogatszy, wszędzie, ale to wszędzie syf. I to nie taki mazowiecki syf w obejściu, ale total syf. Oni chyba wszyscy mają to głęboko w dupie. Tu jakiś klapek przed domem, tu stara dziecinna zabawka,
tu puszka po piwie, tam stara skarpetka. Ziemia tutaj jest czerwona, na tej ziemii cały syf, po tym syfie chodzą kurczaki, koty, psy, małpy. Intrygujący jest natomiast fakt, że jaka by bida nie była, jaki syf, to antenę satelitarną znajdziesz nawet w najmniejszym i najskromniejszym domu. Pewnie każdy chce oglądać Króla. Z Królem to w ogóle też jest ciekawy temat. Jego poprzednik zmarł niespodziewanie i On nagle objął tron. Nie bardzo go wtedy lubili, a teraz go kochają. Ma już sporo lat na karku, ale jego zdjęcia, pomniki, portrety można znaleźć wszędzie. Ulice, szkoły, banki, knajpy, stacje benzynowe, pralnie, doslownie wszędzie.
Jest nawet zapis w prawie, który mówi że idzie się do paki za mówienie źle o Królu. Król swoje lata ma, a Jego najstarszy potomek jest niezbyt lubiany przez tłum. Nie bardzo wiadomo co to będzie jak Królowi przyjdzie zemrzeć.
Łódka po lewej, to "longtail". Popularny typ łodzi używany do wszelkiego transporu i połowów. Z tyłu łódki zawsze dostrzec można szczyt tajskiej myśli technicznej, silnik zapewne od kosiarki lub innego dwusuwa. Śmierdzi na kilometr, słychać go na dwa a prędkość rozwija ślimaczą. Są pewnie łatwe w naprawie i tanie, więc każdy ma silnik na patyku i śrubę na końcu.
Przedwczoraj, podczas wycieczki na połów psów w ramach pracy, nagle coś mi zaczęło śmiesznie zgrzytać w przednim kole mojej niebieskiej strzały. Myślałem, że może hamulce coś ocierają, albo że złapałem gumę. Okazało się, że problem jest poważniejszy, bo się całe koło obluzowało i śruby mocujące mało nie odpadły. Jestem na totalnym zadupiu, 30km od schroniska i weź tu człowieku coś zrób. Okazuje się, że jak się dobrze człowiek wpatrzy w krajobraz i wszystkie te małe budyneczki przy drogach, to co chwilę znaleźć można profesjonalną stację diagnostyczną, połączoną z możliwością zrobienia certyfikowanego przeglądu pojazdu.
A poważnie, to mechanik bez zębów na przedzie zapytał o co chodzi rozkładając ręce w pytającym geście a ja równie płynnym międzynarodowym migowym wyłuszczyłem mu problem wskazując na przednie koło i wydając piszczące dźwięki "ioio". Profesjonalista w każdym calu rzekł "łanhindretfiftybat & tirty". Po trzydziestu minutach i uiszczeniu opłaty w wysokości 150 bahtów, fura była jak nowa.
Na zdjęciu po lewej zauważyc można naturalne środowisko, w którym żyją tutejsi weterynarze po godzinach pracy. Teraz podobno jest jeszcze pusto, bo nie sezon. Plaże puste i większość barów zamknięta, ale za miesiąc,
wszystko ma się zmienić. Podobo w sezonie są tłumy. Cieszę się więc, że mogę podziwiać takie widoki póki jeszcze pustawo. Kończę na dzisiaj, bo robota wzywa. Trzymcie się ciepło ;)
Słoń jaki jest, każdy widzi. Jak tu przyjeżdżałem, myślałem że jednego dnia zrobię sobię wyprawę na trekking po dżungli na słoniu, ale po tym czego się tutaj nasłuchałem, już nie jestem taki chętny. Śpiewka dla turystów jest taka, że te słonie które są tutaj na wyspie, kiedyś pracowały w lasach. Teraz już się ich już nie używa, więc jeśli turyści z nich korzystają, to płacą za ich jedzenie, utrzymanie etc. Wszystko niby fajnie, ale prawda jest zupełnie inna. Małe sloniki oddziela się od matek, przed szczytem sezonu sprowadza się je na wyspę. Przewożone są w dramatycznych warunkach, przykute łańcuchami do klatek. "Treserzy" mają takie przeświadczenie i istnieje taka opinia, że żeby słoń był posłuszny trzeba złamać jego
duszę. Małe słoniki codziennie są bite po głowach kijami z gwoźdźmi, bo tak się "łamie ducha". Od maleńkości trzymane są przykute do drzew na bardzo krótkich łańcuchach. Czasem widuje się dorosłe słonie przykute łańcuchem. Gdyby taki dorosły słoń chciał, to zerwanie takiego żelastwa zajęłoby mu ze dwie sekundy. Niestety przyzwyczajony jest do tego, że od dziecka miał łańcuch i w młodości próbował go zerwać, więc ustala mu się w głowie, że się nie da. Potem nawet nie próbują. Teoretycznie władze parku narodowego powinny mieć pieczę nad każdym słoniem na wyspie, ale odpowiednia koperta załatwia sprawę. Nie mam zamiaru do tego ręki przykładać i każdemu odradzam.
Pora deszczowa w Tajlandii: na północy leje codziennie i to porządnie, na południu, u nas, przechodzą silne deszcze ale zazwyczaj trwają pół godziny, godzinę. Jest takie powiedzenie, że tutejsza pogoda czeka na to, żebyś odjechał na skuterze od budynku na tyle daleko, żeby totalnie cię przemoczyć przy powrocie. Mimo pogody, zdecydowaliśmy się ostatnio na popływanie w oceanie. Pływanie to nieco zbyt duże słowo. Metrowe fale zrobiły sobie z nas pranie białych kolorów z najszybszym programem wirowania. Jak tylko człowiek stanie na nogi, następna fala zwala go z nóg i wciska mordę w piaszczyste dno. Dla wiadomości: temperatura wody- cały rok 28-32 stopnie ;P (pozdrowienia dla Bałtyku)
To zdjęcie oddaje moją pracę w dużej mierze. Ostatnio prawie codziennie wyjeżdżamy na poławianie bezpańskich psów. Raz wracamy z tarczą i psami, raz na tarczy i z mokrym tyłkiem. Zaraz po zabiegach, polowanie to moje ulubione zajęcie. Odzywają się w człowieku pierwotne instynkty. Jak jedziemy w kilku to każdy chce ustrzelić zwierzynę. Te psiaki zostały złapane rankiem, przywiezione do lecznicy koło południa, o drugiej było po zabiegach, o szostej wróciły do miejsc skąd zostały zabrane. Następne zdjęcia pokazują jak tutaj żyją ludzie. Jak mieszkają tutejsi.
Nie oddają może dokładnie całego przekroju społeczeństwa, bo wiadkomo że znajdą się bogatsi i biedniejsi, ale tutaj na wyspie, takie domy to średnia. Szczerze powiem, że te na tych zdjęciach to jeszcze pikuś. Najgorsze jakie widziałem składały się z jednego pomieszczenia i wyglądały mniej więcej jak nasze garaże. Blacha na dachu, jakiś materac na ziemi, kącik kuchenny. A do którego domu by nie zajrzeć, biedniejszy czy trochę bogatszy, wszędzie, ale to wszędzie syf. I to nie taki mazowiecki syf w obejściu, ale total syf. Oni chyba wszyscy mają to głęboko w dupie. Tu jakiś klapek przed domem, tu stara dziecinna zabawka,
tu puszka po piwie, tam stara skarpetka. Ziemia tutaj jest czerwona, na tej ziemii cały syf, po tym syfie chodzą kurczaki, koty, psy, małpy. Intrygujący jest natomiast fakt, że jaka by bida nie była, jaki syf, to antenę satelitarną znajdziesz nawet w najmniejszym i najskromniejszym domu. Pewnie każdy chce oglądać Króla. Z Królem to w ogóle też jest ciekawy temat. Jego poprzednik zmarł niespodziewanie i On nagle objął tron. Nie bardzo go wtedy lubili, a teraz go kochają. Ma już sporo lat na karku, ale jego zdjęcia, pomniki, portrety można znaleźć wszędzie. Ulice, szkoły, banki, knajpy, stacje benzynowe, pralnie, doslownie wszędzie.
Jest nawet zapis w prawie, który mówi że idzie się do paki za mówienie źle o Królu. Król swoje lata ma, a Jego najstarszy potomek jest niezbyt lubiany przez tłum. Nie bardzo wiadomo co to będzie jak Królowi przyjdzie zemrzeć.
Łódka po lewej, to "longtail". Popularny typ łodzi używany do wszelkiego transporu i połowów. Z tyłu łódki zawsze dostrzec można szczyt tajskiej myśli technicznej, silnik zapewne od kosiarki lub innego dwusuwa. Śmierdzi na kilometr, słychać go na dwa a prędkość rozwija ślimaczą. Są pewnie łatwe w naprawie i tanie, więc każdy ma silnik na patyku i śrubę na końcu.
Przedwczoraj, podczas wycieczki na połów psów w ramach pracy, nagle coś mi zaczęło śmiesznie zgrzytać w przednim kole mojej niebieskiej strzały. Myślałem, że może hamulce coś ocierają, albo że złapałem gumę. Okazało się, że problem jest poważniejszy, bo się całe koło obluzowało i śruby mocujące mało nie odpadły. Jestem na totalnym zadupiu, 30km od schroniska i weź tu człowieku coś zrób. Okazuje się, że jak się dobrze człowiek wpatrzy w krajobraz i wszystkie te małe budyneczki przy drogach, to co chwilę znaleźć można profesjonalną stację diagnostyczną, połączoną z możliwością zrobienia certyfikowanego przeglądu pojazdu.
A poważnie, to mechanik bez zębów na przedzie zapytał o co chodzi rozkładając ręce w pytającym geście a ja równie płynnym międzynarodowym migowym wyłuszczyłem mu problem wskazując na przednie koło i wydając piszczące dźwięki "ioio". Profesjonalista w każdym calu rzekł "łanhindretfiftybat & tirty". Po trzydziestu minutach i uiszczeniu opłaty w wysokości 150 bahtów, fura była jak nowa.
Na zdjęciu po lewej zauważyc można naturalne środowisko, w którym żyją tutejsi weterynarze po godzinach pracy. Teraz podobno jest jeszcze pusto, bo nie sezon. Plaże puste i większość barów zamknięta, ale za miesiąc,
wszystko ma się zmienić. Podobo w sezonie są tłumy. Cieszę się więc, że mogę podziwiać takie widoki póki jeszcze pustawo. Kończę na dzisiaj, bo robota wzywa. Trzymcie się ciepło ;)
Poprzedniego posta chciałem postawić kilka dni temu, ale neta nie było. Dzisiaj wrócił o tyle o ile. Zdjęcia będą jutro, obiecuje. Dzisiejszy dzień to w skrócie pasmo niepowodzeń, pecha i wszelkich klątw egipskich. Rano musiałem pojechać do restauracji, którą widzieliście na zdjęciach. Jej właścicielka jest założycielką schroniska i oba te miejsca dzielą jedno auto.
Wczoraj podjęcliśmy kolejną próbę łapania psa na wyspie, ale pogoda była kiepska (od tygodnia pada. Mocno ale okresowo), więc umówiliśmy się z lokalnym rybakiem, że przed wypłynięciem na połów zabierze nas na tą wysepkę.
Żeby złapać psa, trzeba było zabrać auto. Nie wiadomo było kto będzie prowadził i koniec końców padło na mnie. No dobra, zaoferowałem się. Stawiłem się pod restauracją w wyznaczonym czasie, wziąłem kluczyki, wsiadłem do Forda Ranger'a i ruszyłem. Przejechałem ze dwadzieścia metrów i zakopałem się na amen w błocie na dolotówce do głownej drogi. Poszukiwania pomocy skończyły się przyprowadzeniem czterech Tajów, którzy najpierw mieli niezły ubaw, że się farang (obcokrajowiec) tak łatwo zakopał. Potem jednak okazało się, że Tajowie też nie bardzo dawali radę mnie wyciągnąć. Jakoś wypchnęliśmy auto po pół godziny. Cały w błocie rozpocząłem dzień. Po 30-40min jazdy dotarliśmy do starego miasta na wyspie, skąd mieliśmy ruszać. Rybaka o planowanej dziesiątej ani widu ani słychu. Myśleliśmy, że organizuje on sobie dzień według tak zwanego (Thai time czyt. pół godziny w te czy we wte, jeden grzyb). Po poł godziny daliśmy za wygraną. Plan B zakładał strzelanie do psów w pobliżu starej buddyjskiej świątyni. Odziani w podkoszulki, krótkie spodenki i japonki zaczęliśmy się przedzierać przez las. Znaleźliśmy dwa stada, ale szybko zawinęły kopytka i dały nura w dżunglę. Wracając, zmokliśmy nieprzeciętnie. Widok nawałnicy w dżungli w strefie międzyzwrotnikowej jest oszałamiający. Widoczność spada do jakichś 10 metrów max. Tak leje. Cali mokrzy przystąpiliśmy do realizacji planu C. Zakładał, że zabierzemy parę kotów od wcześniej umówionej kobiety, zrobimy zabiegi i odwieziemy wieczorem. Koty przyjechały do schroniska i chcieliśmy zaczynać. Jeden z nich, zaraz po głupim jasiu zdołał wydostać się z koszyka i biegał tam i spowrotem po sali operacyjnej. Tutaj muszę przyznać- co stało sie potem, było moim głupim błędem. Zamiast rzucić na kota ręcznik, przystąpiłem do akcji podjęcia kota, totalnie nieuzbrojony. Efekt jest taki, że piszę tego bloga z obiema rękami w bandarzach, po przyjęciu końskiej dawki antybiotyku ogólnie i miejscowo. Nie jest tak źle jak może to brzmieć, mam parę zadrapań i parę ugryzień. Byle tylko do wtorku się w miarę zagoiło, tak żebym mógł operować w klinice.
Poza tym wszystko dobrze, jutro postaram się wrzucić jakieś zdjęcia.
Pozdro ;)
Wczoraj podjęcliśmy kolejną próbę łapania psa na wyspie, ale pogoda była kiepska (od tygodnia pada. Mocno ale okresowo), więc umówiliśmy się z lokalnym rybakiem, że przed wypłynięciem na połów zabierze nas na tą wysepkę.
Żeby złapać psa, trzeba było zabrać auto. Nie wiadomo było kto będzie prowadził i koniec końców padło na mnie. No dobra, zaoferowałem się. Stawiłem się pod restauracją w wyznaczonym czasie, wziąłem kluczyki, wsiadłem do Forda Ranger'a i ruszyłem. Przejechałem ze dwadzieścia metrów i zakopałem się na amen w błocie na dolotówce do głownej drogi. Poszukiwania pomocy skończyły się przyprowadzeniem czterech Tajów, którzy najpierw mieli niezły ubaw, że się farang (obcokrajowiec) tak łatwo zakopał. Potem jednak okazało się, że Tajowie też nie bardzo dawali radę mnie wyciągnąć. Jakoś wypchnęliśmy auto po pół godziny. Cały w błocie rozpocząłem dzień. Po 30-40min jazdy dotarliśmy do starego miasta na wyspie, skąd mieliśmy ruszać. Rybaka o planowanej dziesiątej ani widu ani słychu. Myśleliśmy, że organizuje on sobie dzień według tak zwanego (Thai time czyt. pół godziny w te czy we wte, jeden grzyb). Po poł godziny daliśmy za wygraną. Plan B zakładał strzelanie do psów w pobliżu starej buddyjskiej świątyni. Odziani w podkoszulki, krótkie spodenki i japonki zaczęliśmy się przedzierać przez las. Znaleźliśmy dwa stada, ale szybko zawinęły kopytka i dały nura w dżunglę. Wracając, zmokliśmy nieprzeciętnie. Widok nawałnicy w dżungli w strefie międzyzwrotnikowej jest oszałamiający. Widoczność spada do jakichś 10 metrów max. Tak leje. Cali mokrzy przystąpiliśmy do realizacji planu C. Zakładał, że zabierzemy parę kotów od wcześniej umówionej kobiety, zrobimy zabiegi i odwieziemy wieczorem. Koty przyjechały do schroniska i chcieliśmy zaczynać. Jeden z nich, zaraz po głupim jasiu zdołał wydostać się z koszyka i biegał tam i spowrotem po sali operacyjnej. Tutaj muszę przyznać- co stało sie potem, było moim głupim błędem. Zamiast rzucić na kota ręcznik, przystąpiłem do akcji podjęcia kota, totalnie nieuzbrojony. Efekt jest taki, że piszę tego bloga z obiema rękami w bandarzach, po przyjęciu końskiej dawki antybiotyku ogólnie i miejscowo. Nie jest tak źle jak może to brzmieć, mam parę zadrapań i parę ugryzień. Byle tylko do wtorku się w miarę zagoiło, tak żebym mógł operować w klinice.
Poza tym wszystko dobrze, jutro postaram się wrzucić jakieś zdjęcia.
Pozdro ;)
Hej. Blog chwilowo umarł, jak dało się zauważyć. Przyczyn
było kilka. Po pierwsze internet. Raz jest, raz go nie ma. Po
drugie, po kilku pierwszych dniach ekscytacji, zaczęła się
codzienna praca. Dzisiaj zdjęć nie będzie, bo w zasadzie nie ma
nowych. Będą za to spostrzeżenia. Ludzie w Tajlandii to w
większości buddyści, ale na wyspie na której jestem, jest 98%
muzułmanów. Nie wiem czy o tym wspominałem, czy nie ale i tak od
tego trzeba zacząć. Oni wszyscy generalnie nienawidzą psów. Kot-
ok, przyniosą, odrobaczą, wysterylizują itd. ale pies jest brudny,
do niczego nie potrzebny. Co więc robią? Wyłażą po zmroku (ok,
19:00 jest już ciemno) i rozrzucają na plażach mięso z trutkami.
Są przy tym dość twórczy. Trutka na szczury, substancje
fosfoorganiczne, czy wspomniane w filmie haczyki na ryby. Te
pozostałe 2 procent buddystów na wyspie ma psy i troszczy się o
nie, ale nie trzymają ich w domach. Jak taki pies zje zatrute mięso,
to zanim właściciel to zauważy mija 12- 24 godziny. Po takim
czasie zwierzę praktycznie nie ma szans. Wczoraj albo przedwczoraj
(każdy dzień jest tu taki sam, wszystko się miesza) wezwano nas do
przyniesionego psa. Z początku tylko się ślinił, a skończyło
się drgawkami, o nasileniu jakiego jeszcze nie widziałem. Po paru
godzinach walki o psiaka, niestety jedynym słusznym wyjściem była
eutanazja. W schronisku mamy też dużo czarnych kotów. Koty są
spoko, ale nie czarne. Czarny kot to pech, a jak przejdzie nad grobem
zmarłego, to ten powróci do życia jako zombie. Największą obrazą
dla miejscowych, jest dotknięcie ich głowy, albo pokazanie im
podeszwy stopy. Lewa ręka jest brudna i nie można nią nic robić.
Jak się jest leworęcznym to ma się pecha. Chociaż może wszystkim
leworęcznym, skutecznie leworęczność wybijają z głowy w szkole.
Mentalność ludzi jest tak totalnie różna, że na początku
człowiek się boi zrobić cokolwiek, bo się wkurzą, zabiorą chore
zwierzę i porzucą. Kolejna rzecz. Ciężko im zgodzić się na
uśpienie zwierzaka. Mają podejście (o ile już)= weźmiemy do
weterynarza, ale jak nie może pomóc, to taka jest kolej rzeczy i
zwierzę powinno sobie zdechnąć samo. Chyba nie ma co oceniać do
końca. Oni o nas myślą, że mamy chore podejście do wielu spraw i
każdy twierdzi, że jego jest właściwe.
Kilka dni temu robiłem swój pierwszy zabieg tutaj. Oprócz niewielkich różnic, których nigdy wcześniej nie widziałem, było ok. Różnice to cięcie na ok. 1cm (nie włożysz palca, nie ma bata), używanie haków (weź tu człowieku znajdź coś grubości sznurówki w kocie, igła wielokrotnego użytku, nieco inne szwy. Generalnie luzik, byleby się oswoić z nowymi metodami. Poza zabiegami, każdy z nas powoli zaczyna przyjmować swoich pacjentów od początku do końca. W sumie to regularna robota, jak gdziekolwiek indziej, ale w skrajnie innych warunkach, otoczeniu etc.
No może nie do końca tak regularna, bo jutro rano jedziemy polować na psy, w pracy starasz się nauczyć podstaw tajskiego, a operowanego kota nie zobaczysz już nigdy więcej. W przyszłym tygodniu nie będzie postów na blogu, ani kontaktu ze mną, bo wyjeżdżamy z mobilną kliniką na inną wyspę, żeby tam przez pięć dni od rana do wieczora kastrować i sterylizować co tylko nam wpasnie w łapy. Założony limit dzienny to 25 suk, 25 kotek, psów i kotów ilebądź. Tam ani neta ani cywilizacji, więc nie zdziwię się jak będziemy otwierać zwierzęta pod chmurką. Jak stamtąd wrócę, to z pewnością wrzucę zdjęcia i opiszę całą akcję.
Mamy jednego weta z Singapuru. To jest miejsce w którym mógłbym żyć (przynajmniej przez kilka lat). Pensje takie, że nawet nie będę pisał, bo to nie ma sensu. Koszty zabiegów takie, że jakbym zrobił dwa zaszycia trzeciej powieki to mógłbym spokojnie żyć w Polsce przez miesiąc. Koszty oczywiście są tam większe, ale fascynuje mnie mentalność tamtych ludzi. Podobno jest tam supersterylnie, megaczysto. Wieżowce, szmerybajery Nowy Jork się chowa. Mają tam tez bardzo surowe prawo. Złapali niedawno amerykanina który sprayem pomalował kilka aut. 2 lata w pace i (uwaga!) 8 batów. Nie jakichśtam lekkich, tylko takich że skóra szeroko się otwiera. Kraj cywilizowany, budowany na angielskiej potędze dawnych czasów, więc po każdym urzerzeniu bat jest sterylizowany, a lekarz sprawdza czy się nie mdleje i czy można zalożyć następnego. Czad :D Amerykańce zaczęli się stawiać, że to niehumanitarne, Obama nawet napisał list do sądu w Singapurze. List rozpatrzyli... z ośmiu zrobili mu sześć :D. Coś czuję, że zagoszczę dłużej w Azji. Bardzo mi się podoba, jak ludzie tutaj odnoszą się do świata. nagle okazuje się, że Europa to tylko jego mały kawałeczek, a do zwiedzenia jest tak cholernie dużo.
Co chwilę przychodzi mi coś nowego na myśl. Tak totalnie różowo to tu nie jest, bo jeden z naszych wolontariuszy właśnie przechodzi gorączkę Dengi. Paskudztwo, szczepionki nima. Najgorsze, że rozprzestrzenia się całkiem szybko, a nasz kolega odpoczywa dwa pokoje dalej. Zlewam się plynami na komary i jest spoko.
Jak mi coś wpadnie do głowy o czym wartoby napisać, to postaram sie zapamiętać. Pisanie zajmuje dość sporo czasu a jak się kończy pracę o piątej i o siódmej jest ciemno to się chce pojechać gdziekolwiek, cokolwiek zoabczyć. Potem kolacja i kima, bo każdego kolejnego dnia trzeba wstać i na migowy dogadywać się z Tajami, którzy przychodzą ze zwierzakami. Mogę gadać, że praca taka czy taka, ale nie ma co. Daje satysfakcję jak cholera.
Do następnego ;)
Kilka dni temu robiłem swój pierwszy zabieg tutaj. Oprócz niewielkich różnic, których nigdy wcześniej nie widziałem, było ok. Różnice to cięcie na ok. 1cm (nie włożysz palca, nie ma bata), używanie haków (weź tu człowieku znajdź coś grubości sznurówki w kocie, igła wielokrotnego użytku, nieco inne szwy. Generalnie luzik, byleby się oswoić z nowymi metodami. Poza zabiegami, każdy z nas powoli zaczyna przyjmować swoich pacjentów od początku do końca. W sumie to regularna robota, jak gdziekolwiek indziej, ale w skrajnie innych warunkach, otoczeniu etc.
No może nie do końca tak regularna, bo jutro rano jedziemy polować na psy, w pracy starasz się nauczyć podstaw tajskiego, a operowanego kota nie zobaczysz już nigdy więcej. W przyszłym tygodniu nie będzie postów na blogu, ani kontaktu ze mną, bo wyjeżdżamy z mobilną kliniką na inną wyspę, żeby tam przez pięć dni od rana do wieczora kastrować i sterylizować co tylko nam wpasnie w łapy. Założony limit dzienny to 25 suk, 25 kotek, psów i kotów ilebądź. Tam ani neta ani cywilizacji, więc nie zdziwię się jak będziemy otwierać zwierzęta pod chmurką. Jak stamtąd wrócę, to z pewnością wrzucę zdjęcia i opiszę całą akcję.
Mamy jednego weta z Singapuru. To jest miejsce w którym mógłbym żyć (przynajmniej przez kilka lat). Pensje takie, że nawet nie będę pisał, bo to nie ma sensu. Koszty zabiegów takie, że jakbym zrobił dwa zaszycia trzeciej powieki to mógłbym spokojnie żyć w Polsce przez miesiąc. Koszty oczywiście są tam większe, ale fascynuje mnie mentalność tamtych ludzi. Podobno jest tam supersterylnie, megaczysto. Wieżowce, szmerybajery Nowy Jork się chowa. Mają tam tez bardzo surowe prawo. Złapali niedawno amerykanina który sprayem pomalował kilka aut. 2 lata w pace i (uwaga!) 8 batów. Nie jakichśtam lekkich, tylko takich że skóra szeroko się otwiera. Kraj cywilizowany, budowany na angielskiej potędze dawnych czasów, więc po każdym urzerzeniu bat jest sterylizowany, a lekarz sprawdza czy się nie mdleje i czy można zalożyć następnego. Czad :D Amerykańce zaczęli się stawiać, że to niehumanitarne, Obama nawet napisał list do sądu w Singapurze. List rozpatrzyli... z ośmiu zrobili mu sześć :D. Coś czuję, że zagoszczę dłużej w Azji. Bardzo mi się podoba, jak ludzie tutaj odnoszą się do świata. nagle okazuje się, że Europa to tylko jego mały kawałeczek, a do zwiedzenia jest tak cholernie dużo.
Co chwilę przychodzi mi coś nowego na myśl. Tak totalnie różowo to tu nie jest, bo jeden z naszych wolontariuszy właśnie przechodzi gorączkę Dengi. Paskudztwo, szczepionki nima. Najgorsze, że rozprzestrzenia się całkiem szybko, a nasz kolega odpoczywa dwa pokoje dalej. Zlewam się plynami na komary i jest spoko.
Jak mi coś wpadnie do głowy o czym wartoby napisać, to postaram sie zapamiętać. Pisanie zajmuje dość sporo czasu a jak się kończy pracę o piątej i o siódmej jest ciemno to się chce pojechać gdziekolwiek, cokolwiek zoabczyć. Potem kolacja i kima, bo każdego kolejnego dnia trzeba wstać i na migowy dogadywać się z Tajami, którzy przychodzą ze zwierzakami. Mogę gadać, że praca taka czy taka, ale nie ma co. Daje satysfakcję jak cholera.
Do następnego ;)
czwartek, 6 września 2012
Wybaczcie, że wczoraj nie pojawił się żaden post, ale mieliśmy chwilowe problemy z internetem. Pierwotny plan na wczoraj zakładał wycieczkę do Krabi na skuterach, ale lało straszliwie. Zdecydowaliśmy, że nie pojedziemy, co w zasadzie wyszlo nam na dobre. Z samego rana człowiek zaspany, bierze pod pachę ręcznik, idzie pod prysznic, wsadza twarz pod wodę. Sporą chwilę zabiera mu zorientowanie się, że nie jest pod prysznicem sam ;). Siedziała tam cały dzień, w nocy z wczoraj na dzisiaj gdzieś polazla. -Na zdjęciou może nie być tego dokładnie widać, ale jest wielkości sporej pięści. Po porannej kawie przyszedl czas na pracę.
Kotś przyniósl pogryzioną małpę. Rana na plecach była głęboka i rozległa. Przerwany był również kręgosłup, całą dolną połowę ciała zainfekowały larwy much. Niewiele dało sie zrobić i musieliśmy uśpić małpkę. Żal. Co do zwierząt... Ludzie tutaj są nieco dziwni jeśli chodzi o trzymanie domowych zwierzątek. Mają koty i je lubią. Z psami sprawa ma się dużo gorzej. Czasami mają małpy. Jakie by to zwierze nie było przychodzą do lecznicy zdecydowanie za późno. Pytamy ile dni kot nie je, zazwyczaj mówią 5-7 dni. Kiedy tą małpę pogryzła inna? Jakieś dwa tygodnie temu. Nie wiem z czego to wynika, zwłaszcza, że nie muszą nic płacić.
Praca minęła względnie spokojnie. Potem przyszedł czas na naukę strzelania z dmuchawek i pistoletów na sprężone powietrze zrobionych własnoręcznie przez tutejszego lekarza. Skoro mamy łapać zwierzęta, musimy sporo ćwiczyć bo okazuje się, że ma się tylko jedną szansę. Nie trafisz, zwierze ucieka i bardzo ciężko jest ponownie do niego podejść. Po pracy pojechałem jeść. Wracając złapała mnie taka totalna ulewa. Wszystko miałem mokre. Wszystko, uwierzcie ;) Te deszcze to nie jest w cale taki fatalny pomysł, bo robi się nieco chłodniej i łatwiej pracowac w ciągu dnia.
Zamawianie jedzenia i picia w restauracji jest całkiem proste. Jak się chce colę, wystarczy przeczytać to co jest na butelce i kelner przynosi od razu. ;) Poważnie, to na odwrocie jest ta forma do której cały świat jest przyzwyczajony. Zdecydowanie warte uwiecznienia. Poniżej są dwa zdjęcia z Time for Lime- knajpki prowadzonej przez założycielkę naszego schroniska. Nieco niżej przepyszne jedzenie tam serwowane, później rambutany (owłosiona śliwka. jak się ją otworzy w srodku jest coś co przypomina liczi. Bardzo dobre, soczyste) Ostatnie zdjęcie jest z kategorii "z nami pojedziesz bezpiecznie". Właśnie skończyłem pracę, lecę pod prysznic i na jakąś szamę. Odezwę się wkrótce ;)
Kotś przyniósl pogryzioną małpę. Rana na plecach była głęboka i rozległa. Przerwany był również kręgosłup, całą dolną połowę ciała zainfekowały larwy much. Niewiele dało sie zrobić i musieliśmy uśpić małpkę. Żal. Co do zwierząt... Ludzie tutaj są nieco dziwni jeśli chodzi o trzymanie domowych zwierzątek. Mają koty i je lubią. Z psami sprawa ma się dużo gorzej. Czasami mają małpy. Jakie by to zwierze nie było przychodzą do lecznicy zdecydowanie za późno. Pytamy ile dni kot nie je, zazwyczaj mówią 5-7 dni. Kiedy tą małpę pogryzła inna? Jakieś dwa tygodnie temu. Nie wiem z czego to wynika, zwłaszcza, że nie muszą nic płacić.
Praca minęła względnie spokojnie. Potem przyszedł czas na naukę strzelania z dmuchawek i pistoletów na sprężone powietrze zrobionych własnoręcznie przez tutejszego lekarza. Skoro mamy łapać zwierzęta, musimy sporo ćwiczyć bo okazuje się, że ma się tylko jedną szansę. Nie trafisz, zwierze ucieka i bardzo ciężko jest ponownie do niego podejść. Po pracy pojechałem jeść. Wracając złapała mnie taka totalna ulewa. Wszystko miałem mokre. Wszystko, uwierzcie ;) Te deszcze to nie jest w cale taki fatalny pomysł, bo robi się nieco chłodniej i łatwiej pracowac w ciągu dnia.
Zamawianie jedzenia i picia w restauracji jest całkiem proste. Jak się chce colę, wystarczy przeczytać to co jest na butelce i kelner przynosi od razu. ;) Poważnie, to na odwrocie jest ta forma do której cały świat jest przyzwyczajony. Zdecydowanie warte uwiecznienia. Poniżej są dwa zdjęcia z Time for Lime- knajpki prowadzonej przez założycielkę naszego schroniska. Nieco niżej przepyszne jedzenie tam serwowane, później rambutany (owłosiona śliwka. jak się ją otworzy w srodku jest coś co przypomina liczi. Bardzo dobre, soczyste) Ostatnie zdjęcie jest z kategorii "z nami pojedziesz bezpiecznie". Właśnie skończyłem pracę, lecę pod prysznic i na jakąś szamę. Odezwę się wkrótce ;)
wtorek, 4 września 2012
Misja ratowania psa.
Hej ;) Jak wczoraj wspominałem, dzisiejszy dzień sprowadzał się do specjalnego zadania. Nie pracowaliśmy w lecznicy, a pojechaliśmy na misje ratunkwą. Z samego rana, kiedy zaczynam przyzwyczajać się do rytuału kawy na ganku przed lecznicą, przyszedł odwiedzić nas Charlie. Charlie jest na zdjęciu obok. To pies jakiegoś długoterminowego turysty z tego co wiem. Charlie miał towarzystwo, ale jego kompan zginął. Od tego czasu bywa strasznie samotny i odwiedza nasze psy. Często chodzi bez smyczy na spacery, kiesy wolonariusze wyprowadzają psy. Charlie biega wokoł zadowolony i towarzyszy im w wyprawie ;)
Charlie wygląda jak wszystkie psy tutaj. No, może nie wszystkie, ale zdecydowana większość. Wzdłuż grzbietu ma linię włosów biegnącą "pod prąd" i kolor, który jest bardzo popularny w okolicy. Charlie jest bardzo przyjazny ;). Ale mieliśmy się skupić na dzisiejszej misji. Otóż... Wokół wyspy na której mieszkamy i pracujemy (Koh Lanta), jest sporo małych wysepek, totalnie bezludnych. Są niewielkie, turbo prześliczne i na wsztskie można dostać się, wypożyczając łódź motorową z "kierowcą/sternikiem/kapitanem cokolwiek". Kilka dni temu dostaliśmy telefon do lecznicy. Właściciel restauracji, z której zrobione jest zdjęcie,
zaalarmował nas, że na wyspie położonej naprzeciw jego knajpy, jest bezpański pies. Okazało się, że ktoś przywiózł psa na wyspę i go tam zostawił totalnie bez środków do życia. Ocean, woda słona, pies nie ma ani picia ani jedzenia. Zdecydowano w lecznicy, że psa trzeba uratować. Właściciel restauracji zaoferował się, że pożyczy nam kajak. Część jego dochodów pochodzi właśnie z wypożyczania tego rodzaju transportu wodnego, w celu eksploracji wyspy. Misja ratunkowa: przyjechać do restauracji, zapakować się na kajak, przepłynąć do wyspy widocznej na zdjęciu wyżej, znaleźć psa, przyśpić go z dmuchawki,
zabrać na pokład kajaka, odtransportować do lecznicy, podjąć decyzję co dalej z psiakiem. Wyruszyliśmy koło dziesiątej rano, w knajpie byliśmy może pół godziny później. Przyjechaliśmy we 4 osoby, autem wyposażonym w klatkę. Robota padła na dwóch polskich wetów świeżaków= mnie i Grześka. Po szybkim przepakowaniu i ogarnięciu sprzętu potrzebnego do przyśpienia psa, wpakowaliśmy się na kajak. Nie powiem, taka praca mi się podoba i w zasadzie codziennie mogłbym pływać na bezludne wyspy, żeby ratować psy. Okazało się, że nie będzie to taka sielanka jak myśleliśmy. Wyspa wcale nie była tak blisko jak sądziliśmy.
Podróż zajęła namokoło 15-20 min. Na zdjęciu po lewej jam ci jest, a ponieważ poprzedniego dnia zjarało mnie słońce, postanowiłem się mocno zabezpieczyć i wyglądałem trochę jak beduin. Dało radę, nic mnie nie pali, nie piecze. Pełne słońce na szerokości międzyzwrotnikowej może dać się we znaki. W "longsleawie", czapce, koszulce na karku upociłem się strasznie, ale dzięki temu teraz nie cierpię. "Kajakowanie" po oceanie jest zupełnie inne od wycieczki po jeziorze. Fale rzucają na wszystkie strony, słona woda wlewa się do kajaka, moczy pysk, prądy znoszą zupełnie nie tam gdzie człowiek ma ochotę płynąć.
W końcu docieramy. Zjadę sobie sprawę, że zdjęcia mogą wywoływać nieco inne wrażenie, ale to naprawdę była ciężka robota. Sam z samego rana myślałem, że będzie miło łatwo i przyjemnie, że sobie popływamy, pozwiedzamy, może zaliczymy jakieś nurkowanie, psa i misję załatwimy w krótką chwilę i będzie spokój. Nic bardziej mylnego. Kiedy dotarliśmy na wyspę, przygotowaliśmy dmuchawkę (rurka pcv, w środku coś jak rzutka do lotek ze środkiem anestetycznym) i ruszyliśmy plażą. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyliśmy wychudzonego psiaka leżącego pod drzewem. Mieliśmy dla niego jedzenie i wodę.
Pomyśleliśmy, że damy mu jeść i pić i w momencie kiedy będzie zajęty jedzeniem, będzie najlepsza okazja do strzału. Pies był chyba zbyt zestresowany, albo nieufny. Nie podszedł do jedzenia i wody. Był dość blisko, więc podjęliśmy próbę strzału. Lotka minęła psa dosłownie o włos. Tuż po strzale, mieliśmy przygotowaną drugą lotkę i rozpoczął się pościg za psem. Pies zawinął manatki i dał dyla plażą, my za nim. Polowanie na niego przebiegało w scenerii pokazanej na zdjęciu obok. Mangrowy las, sporo kamieni. Kiedy biegnie się przez wodę (przypływ, spore fale) wszystko bryzga. Pies zdołał nam zwiać. Ruszyliśmy za nim.
Udało ssię nam go dogonić. Uznaliśmy, że najlepszym pomysłem będzie wyprzedzić go biegnąc w wodzie. Wtedy mielibyśmy go między sobą. W obie strony miałby zablokowaną drogę ucieczki. Wyprzedzenie psa- pelen sukces, zbliżenie się do niego- pełen sukces. Pies nie zastanawiał się długo i dał dyla w dżunglę porastającą wyspę. Dupa. Tempo psa przemierzającego tropikalny las było znacznie większe niż nasze. Staraliśmy się go dogonić, znaleźć dogodną okazję do strzału, ale psa ani widu ani słychu. Pomyślałem, że może będzie chciał wrócić na plażę, na której spotkaliśmy go po raz pierwszy, bo tam zostawiliśmy dla niego jedzenie i wodę.
Wróciliśmy plażą, jedzenia nie było. Cwana bestia. Uznaliśmy, że z kajaka będziemy mieli więciej brzegu w zasięgu wzroku i że prędzej go znajdziemy. Załadowaliśmy się na kajak i chcieliśmy opłynąć całą wyspę. Pzy silnych prądach, znoszeniu, tempraturze, wilgotności etc. poddaliśmy się gdzieś po połowie. Zrobiliśmy sobie przerwę na odpoczynek, pies nie zając, wyspa mała. Po mniej więcej 45minutach leżenia na plaży w cieniu, pływania, nurkowania etc. podjęliśmy kolejną próbę. Jak pies będzie na plaży to mamy szansę. Jak się wchrzani w las, nie ma bata. Dżungla gęsta, sporo kłujących roślin, mała widoczność, brak czystego strzału.
Po przepłynięciu kawałka wokoł wyspy zobaczyliśmy go jeszcze na chwilę, przez kilka sekund. Zwiał. Niestety dzisiejsza misja zakończyła się porażką. Zostawiliśmy mu jedzenie i wodę na wyspie. Pomyśleliśmy, że pojutrze spróbujemy na wlasną rękę w naszym wolnym czasie, poza pracą w lecznicy. Szkoda nam kundla. Miejmy nadzieję, że tym razem się uda. (Jak można przytaszczyć psa na wyspę 500mx 200m i go tam zostawić ot tak??). Zrezygnowani, zawiedzeni, źli, zmęczeni wracaliśmy z bezludnej ale psiej wyspy, na naszą. Pies jest ładny, chudy trochę ale przy odpowiedniej opiece doszedłby do siebie i byłby świetny. Nie chce ktoś adoptować psa? Załatwiamy wszelkie formalności przy wysyłaniu do Europy.
Jakby ktoś z Was chciał, albo znał kogoś kto chce przygarnąć psiaka, to obiecuję że gada strzelę, przywiozę na naszą wyspę, zaopatrzę w leki, szczepienia i spokojnie możemy go wysyłać dalej. Wygląda prawie tak samo jak Charlie z góry posta. Nie udało mi się natomiast zrobić zdjęcia, bo jak tylko go widzieliśmy to rzucaliśmy wszystko, łapaliśmy dmuchawkę i puszczaliśmy się za nim pędem. Po wizycie na wyspie wróciliśmy umordowani do lecznicy. Prysznic, chwila odpoczynku i byliśmy gotowi do eksplorowania wyspy/ jedzenia/ zwiedzania etc. W ogóle w miom wolnym dniu muszę się wybrć na wycieczkę objazdową wokół całej Koh Lanty (30x5km). Podobno warto.
Po powrocie z wyprawy a jeszcze przed wyruszeniem na wieczorne zwiedzanie wyspy mieliśmy okazję spróbować lokalnej potrawy. Wolontariusze z lecznicy ugotowali to co widać na zdjęciu obok. No w życiu nie jadłem pyszniejszych, bardziej świeżych owoców morza. Kupili na bazarze, zrobili, z sosem chilli bajka. Niebo w gębie, nie to co nasze mikro mrożonki. Muszę poznać przepis. Wszyscy mieli okazję spróbować i wszyscy się zachwycali. Hitem jest to, że sporo dań, ktore w Polsce są niby ekskluzywne, płaci się za nie dużo kasy, tutaj są na porządku dziennym, kosztują gosze. Gdyby nie mentalność ludzi, to z chęcią za ileś lat postawił bym sobie tu maly domek.
Na popołudniowo wieczorne zwiedzanie wybraliśmy plażę, na której jeszcze nie byliśmy dłużej. Łazimy tam i spowrotem, tu jakiś krab, tu jakiś śmieć, tu nagle takie coś. Czarny glut bez nóg. Nie jesteśmy pewni ale wydaje nam się, że to jest ogórek morski. Musimy to sprawdzić, alebo zapytać miejscowych. W każdym razie najpierw jedną stroną wsysa piasek z dna a chwilę potem tą samą stroną go wypluwa. Niby glut a zwierzę. Dołącza do wczorajszego wężowidła w kategorii "dziwactwa tajskie". Jak zwykle siedzieliśmy nad nim kilkanaśice minut z koparami opadniętymi do samej ziemii. Człowiek myśli, że ma jakieś pojęcie o zwierzętach a tak naprawdę, znajdując kolejną osobliwość, siedzi i podziwia naturę.
Wiem, że zdjęcia zachodów słońca na plaży są strasznie pocztówkowe i tandetne ale mimo wszystko nie mogę się powstrzymać. Szkoda tylko, że tak szybko robi się tutaj ciemno. Dzisiaj sprawdzałem dokładnie, o siódmej piętnaście jest zwyczajna noc. Wieczór zakończyliśmy w knajpce Time for Lime, którą prowadzi założycielka naszej lecznicy. Żarcie przepyszne, alkohol dla wolontariuszy tani. Nic tylko siedzieć, sączyć Singhe (lokalne piwko) i rozkoszować się wiatrem wiejącym od plaży. Nosz cholera pięknie tu jest... Jutro mam dzień wolny i wybieramy się na skuterach na wyceczkę do Krabi (ok. 80km). Mam nadzieję, że strzelę kilka ciekawych fotek i będzie co opowiadać. U mnie pierwsza w nocy. Miłego wieczoru Wam życzę ;)
Charlie wygląda jak wszystkie psy tutaj. No, może nie wszystkie, ale zdecydowana większość. Wzdłuż grzbietu ma linię włosów biegnącą "pod prąd" i kolor, który jest bardzo popularny w okolicy. Charlie jest bardzo przyjazny ;). Ale mieliśmy się skupić na dzisiejszej misji. Otóż... Wokół wyspy na której mieszkamy i pracujemy (Koh Lanta), jest sporo małych wysepek, totalnie bezludnych. Są niewielkie, turbo prześliczne i na wsztskie można dostać się, wypożyczając łódź motorową z "kierowcą/sternikiem/kapitanem cokolwiek". Kilka dni temu dostaliśmy telefon do lecznicy. Właściciel restauracji, z której zrobione jest zdjęcie,
zaalarmował nas, że na wyspie położonej naprzeciw jego knajpy, jest bezpański pies. Okazało się, że ktoś przywiózł psa na wyspę i go tam zostawił totalnie bez środków do życia. Ocean, woda słona, pies nie ma ani picia ani jedzenia. Zdecydowano w lecznicy, że psa trzeba uratować. Właściciel restauracji zaoferował się, że pożyczy nam kajak. Część jego dochodów pochodzi właśnie z wypożyczania tego rodzaju transportu wodnego, w celu eksploracji wyspy. Misja ratunkowa: przyjechać do restauracji, zapakować się na kajak, przepłynąć do wyspy widocznej na zdjęciu wyżej, znaleźć psa, przyśpić go z dmuchawki,
zabrać na pokład kajaka, odtransportować do lecznicy, podjąć decyzję co dalej z psiakiem. Wyruszyliśmy koło dziesiątej rano, w knajpie byliśmy może pół godziny później. Przyjechaliśmy we 4 osoby, autem wyposażonym w klatkę. Robota padła na dwóch polskich wetów świeżaków= mnie i Grześka. Po szybkim przepakowaniu i ogarnięciu sprzętu potrzebnego do przyśpienia psa, wpakowaliśmy się na kajak. Nie powiem, taka praca mi się podoba i w zasadzie codziennie mogłbym pływać na bezludne wyspy, żeby ratować psy. Okazało się, że nie będzie to taka sielanka jak myśleliśmy. Wyspa wcale nie była tak blisko jak sądziliśmy.
Podróż zajęła namokoło 15-20 min. Na zdjęciu po lewej jam ci jest, a ponieważ poprzedniego dnia zjarało mnie słońce, postanowiłem się mocno zabezpieczyć i wyglądałem trochę jak beduin. Dało radę, nic mnie nie pali, nie piecze. Pełne słońce na szerokości międzyzwrotnikowej może dać się we znaki. W "longsleawie", czapce, koszulce na karku upociłem się strasznie, ale dzięki temu teraz nie cierpię. "Kajakowanie" po oceanie jest zupełnie inne od wycieczki po jeziorze. Fale rzucają na wszystkie strony, słona woda wlewa się do kajaka, moczy pysk, prądy znoszą zupełnie nie tam gdzie człowiek ma ochotę płynąć.
W końcu docieramy. Zjadę sobie sprawę, że zdjęcia mogą wywoływać nieco inne wrażenie, ale to naprawdę była ciężka robota. Sam z samego rana myślałem, że będzie miło łatwo i przyjemnie, że sobie popływamy, pozwiedzamy, może zaliczymy jakieś nurkowanie, psa i misję załatwimy w krótką chwilę i będzie spokój. Nic bardziej mylnego. Kiedy dotarliśmy na wyspę, przygotowaliśmy dmuchawkę (rurka pcv, w środku coś jak rzutka do lotek ze środkiem anestetycznym) i ruszyliśmy plażą. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyliśmy wychudzonego psiaka leżącego pod drzewem. Mieliśmy dla niego jedzenie i wodę.
Pomyśleliśmy, że damy mu jeść i pić i w momencie kiedy będzie zajęty jedzeniem, będzie najlepsza okazja do strzału. Pies był chyba zbyt zestresowany, albo nieufny. Nie podszedł do jedzenia i wody. Był dość blisko, więc podjęliśmy próbę strzału. Lotka minęła psa dosłownie o włos. Tuż po strzale, mieliśmy przygotowaną drugą lotkę i rozpoczął się pościg za psem. Pies zawinął manatki i dał dyla plażą, my za nim. Polowanie na niego przebiegało w scenerii pokazanej na zdjęciu obok. Mangrowy las, sporo kamieni. Kiedy biegnie się przez wodę (przypływ, spore fale) wszystko bryzga. Pies zdołał nam zwiać. Ruszyliśmy za nim.
Udało ssię nam go dogonić. Uznaliśmy, że najlepszym pomysłem będzie wyprzedzić go biegnąc w wodzie. Wtedy mielibyśmy go między sobą. W obie strony miałby zablokowaną drogę ucieczki. Wyprzedzenie psa- pelen sukces, zbliżenie się do niego- pełen sukces. Pies nie zastanawiał się długo i dał dyla w dżunglę porastającą wyspę. Dupa. Tempo psa przemierzającego tropikalny las było znacznie większe niż nasze. Staraliśmy się go dogonić, znaleźć dogodną okazję do strzału, ale psa ani widu ani słychu. Pomyślałem, że może będzie chciał wrócić na plażę, na której spotkaliśmy go po raz pierwszy, bo tam zostawiliśmy dla niego jedzenie i wodę.
Wróciliśmy plażą, jedzenia nie było. Cwana bestia. Uznaliśmy, że z kajaka będziemy mieli więciej brzegu w zasięgu wzroku i że prędzej go znajdziemy. Załadowaliśmy się na kajak i chcieliśmy opłynąć całą wyspę. Pzy silnych prądach, znoszeniu, tempraturze, wilgotności etc. poddaliśmy się gdzieś po połowie. Zrobiliśmy sobie przerwę na odpoczynek, pies nie zając, wyspa mała. Po mniej więcej 45minutach leżenia na plaży w cieniu, pływania, nurkowania etc. podjęliśmy kolejną próbę. Jak pies będzie na plaży to mamy szansę. Jak się wchrzani w las, nie ma bata. Dżungla gęsta, sporo kłujących roślin, mała widoczność, brak czystego strzału.
Po przepłynięciu kawałka wokoł wyspy zobaczyliśmy go jeszcze na chwilę, przez kilka sekund. Zwiał. Niestety dzisiejsza misja zakończyła się porażką. Zostawiliśmy mu jedzenie i wodę na wyspie. Pomyśleliśmy, że pojutrze spróbujemy na wlasną rękę w naszym wolnym czasie, poza pracą w lecznicy. Szkoda nam kundla. Miejmy nadzieję, że tym razem się uda. (Jak można przytaszczyć psa na wyspę 500mx 200m i go tam zostawić ot tak??). Zrezygnowani, zawiedzeni, źli, zmęczeni wracaliśmy z bezludnej ale psiej wyspy, na naszą. Pies jest ładny, chudy trochę ale przy odpowiedniej opiece doszedłby do siebie i byłby świetny. Nie chce ktoś adoptować psa? Załatwiamy wszelkie formalności przy wysyłaniu do Europy.
Jakby ktoś z Was chciał, albo znał kogoś kto chce przygarnąć psiaka, to obiecuję że gada strzelę, przywiozę na naszą wyspę, zaopatrzę w leki, szczepienia i spokojnie możemy go wysyłać dalej. Wygląda prawie tak samo jak Charlie z góry posta. Nie udało mi się natomiast zrobić zdjęcia, bo jak tylko go widzieliśmy to rzucaliśmy wszystko, łapaliśmy dmuchawkę i puszczaliśmy się za nim pędem. Po wizycie na wyspie wróciliśmy umordowani do lecznicy. Prysznic, chwila odpoczynku i byliśmy gotowi do eksplorowania wyspy/ jedzenia/ zwiedzania etc. W ogóle w miom wolnym dniu muszę się wybrć na wycieczkę objazdową wokół całej Koh Lanty (30x5km). Podobno warto.
Po powrocie z wyprawy a jeszcze przed wyruszeniem na wieczorne zwiedzanie wyspy mieliśmy okazję spróbować lokalnej potrawy. Wolontariusze z lecznicy ugotowali to co widać na zdjęciu obok. No w życiu nie jadłem pyszniejszych, bardziej świeżych owoców morza. Kupili na bazarze, zrobili, z sosem chilli bajka. Niebo w gębie, nie to co nasze mikro mrożonki. Muszę poznać przepis. Wszyscy mieli okazję spróbować i wszyscy się zachwycali. Hitem jest to, że sporo dań, ktore w Polsce są niby ekskluzywne, płaci się za nie dużo kasy, tutaj są na porządku dziennym, kosztują gosze. Gdyby nie mentalność ludzi, to z chęcią za ileś lat postawił bym sobie tu maly domek.
Na popołudniowo wieczorne zwiedzanie wybraliśmy plażę, na której jeszcze nie byliśmy dłużej. Łazimy tam i spowrotem, tu jakiś krab, tu jakiś śmieć, tu nagle takie coś. Czarny glut bez nóg. Nie jesteśmy pewni ale wydaje nam się, że to jest ogórek morski. Musimy to sprawdzić, alebo zapytać miejscowych. W każdym razie najpierw jedną stroną wsysa piasek z dna a chwilę potem tą samą stroną go wypluwa. Niby glut a zwierzę. Dołącza do wczorajszego wężowidła w kategorii "dziwactwa tajskie". Jak zwykle siedzieliśmy nad nim kilkanaśice minut z koparami opadniętymi do samej ziemii. Człowiek myśli, że ma jakieś pojęcie o zwierzętach a tak naprawdę, znajdując kolejną osobliwość, siedzi i podziwia naturę.
Wiem, że zdjęcia zachodów słońca na plaży są strasznie pocztówkowe i tandetne ale mimo wszystko nie mogę się powstrzymać. Szkoda tylko, że tak szybko robi się tutaj ciemno. Dzisiaj sprawdzałem dokładnie, o siódmej piętnaście jest zwyczajna noc. Wieczór zakończyliśmy w knajpce Time for Lime, którą prowadzi założycielka naszej lecznicy. Żarcie przepyszne, alkohol dla wolontariuszy tani. Nic tylko siedzieć, sączyć Singhe (lokalne piwko) i rozkoszować się wiatrem wiejącym od plaży. Nosz cholera pięknie tu jest... Jutro mam dzień wolny i wybieramy się na skuterach na wyceczkę do Krabi (ok. 80km). Mam nadzieję, że strzelę kilka ciekawych fotek i będzie co opowiadać. U mnie pierwsza w nocy. Miłego wieczoru Wam życzę ;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





























































