wtorek, 4 września 2012

Misja ratowania psa.

Hej ;) Jak wczoraj wspominałem, dzisiejszy dzień sprowadzał się do specjalnego zadania. Nie pracowaliśmy w lecznicy, a pojechaliśmy na misje ratunkwą. Z samego rana, kiedy zaczynam przyzwyczajać się do rytuału kawy na ganku przed lecznicą, przyszedł odwiedzić nas Charlie. Charlie jest na zdjęciu obok. To pies jakiegoś długoterminowego turysty z tego co wiem. Charlie miał towarzystwo, ale jego kompan zginął. Od tego czasu bywa strasznie samotny i odwiedza nasze psy. Często chodzi bez smyczy na spacery, kiesy wolonariusze wyprowadzają psy. Charlie biega wokoł zadowolony i towarzyszy im w wyprawie ;)
Charlie wygląda jak wszystkie psy tutaj. No, może nie wszystkie, ale zdecydowana większość. Wzdłuż grzbietu ma linię włosów biegnącą "pod prąd" i kolor, który jest bardzo popularny w okolicy. Charlie jest bardzo przyjazny ;). Ale mieliśmy się skupić na dzisiejszej misji. Otóż... Wokół wyspy na której mieszkamy i pracujemy (Koh Lanta), jest sporo małych wysepek, totalnie bezludnych. Są niewielkie, turbo prześliczne i na wsztskie można dostać się, wypożyczając łódź motorową z "kierowcą/sternikiem/kapitanem cokolwiek". Kilka dni temu dostaliśmy telefon do lecznicy. Właściciel restauracji, z której zrobione jest zdjęcie,

zaalarmował nas, że na wyspie położonej naprzeciw jego knajpy, jest bezpański pies. Okazało się, że ktoś przywiózł psa na wyspę i go tam zostawił totalnie bez środków do życia. Ocean, woda słona, pies nie ma ani picia ani jedzenia. Zdecydowano w lecznicy, że psa trzeba uratować. Właściciel restauracji zaoferował się, że pożyczy nam kajak. Część jego dochodów pochodzi właśnie z wypożyczania tego rodzaju transportu wodnego, w celu eksploracji wyspy. Misja ratunkowa: przyjechać do restauracji, zapakować się na kajak, przepłynąć do wyspy widocznej na zdjęciu wyżej, znaleźć psa, przyśpić go z dmuchawki,

zabrać na pokład kajaka, odtransportować do lecznicy, podjąć decyzję co dalej z psiakiem. Wyruszyliśmy koło dziesiątej rano, w knajpie byliśmy może pół godziny później. Przyjechaliśmy we 4 osoby, autem wyposażonym w klatkę. Robota padła na dwóch polskich wetów świeżaków= mnie i Grześka. Po szybkim przepakowaniu i ogarnięciu sprzętu potrzebnego do przyśpienia psa, wpakowaliśmy się na kajak. Nie powiem, taka praca mi się podoba i w zasadzie codziennie mogłbym pływać na bezludne wyspy, żeby ratować psy. Okazało się, że nie będzie to taka sielanka jak myśleliśmy. Wyspa wcale nie była tak blisko jak sądziliśmy.

Podróż zajęła namokoło 15-20 min. Na zdjęciu po lewej jam ci jest, a ponieważ poprzedniego dnia zjarało mnie słońce, postanowiłem się mocno zabezpieczyć i wyglądałem trochę jak beduin. Dało radę, nic mnie nie pali, nie piecze. Pełne słońce na szerokości międzyzwrotnikowej może dać się we znaki. W "longsleawie", czapce, koszulce na karku upociłem się strasznie, ale dzięki temu teraz nie cierpię. "Kajakowanie" po oceanie jest zupełnie inne od wycieczki po jeziorze. Fale rzucają na wszystkie strony, słona woda wlewa się do kajaka, moczy pysk, prądy znoszą zupełnie nie tam gdzie człowiek ma ochotę płynąć.

W końcu docieramy. Zjadę sobie sprawę, że zdjęcia mogą wywoływać nieco inne wrażenie, ale to naprawdę była ciężka robota. Sam z samego rana myślałem, że będzie miło łatwo i przyjemnie, że sobie popływamy, pozwiedzamy, może zaliczymy jakieś nurkowanie, psa i misję załatwimy w krótką chwilę i będzie spokój. Nic bardziej mylnego. Kiedy dotarliśmy na wyspę, przygotowaliśmy dmuchawkę (rurka pcv, w środku coś jak rzutka do lotek ze środkiem anestetycznym) i ruszyliśmy plażą. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyliśmy wychudzonego psiaka leżącego pod drzewem. Mieliśmy dla niego jedzenie i wodę.
Pomyśleliśmy, że damy mu jeść i pić i w momencie kiedy będzie zajęty jedzeniem, będzie najlepsza okazja do strzału. Pies był chyba zbyt zestresowany, albo nieufny. Nie podszedł do jedzenia i wody. Był dość blisko, więc podjęliśmy próbę strzału. Lotka minęła psa dosłownie o włos. Tuż po strzale, mieliśmy przygotowaną drugą lotkę i rozpoczął się pościg za psem. Pies zawinął manatki i dał dyla plażą, my za nim. Polowanie na niego przebiegało w scenerii pokazanej na zdjęciu obok. Mangrowy las, sporo kamieni. Kiedy biegnie się przez wodę (przypływ, spore fale) wszystko bryzga. Pies zdołał nam zwiać. Ruszyliśmy za nim.

Udało ssię nam go dogonić. Uznaliśmy, że najlepszym pomysłem będzie wyprzedzić go biegnąc w wodzie. Wtedy mielibyśmy go między sobą. W obie strony miałby zablokowaną drogę ucieczki. Wyprzedzenie psa- pelen sukces, zbliżenie się do niego- pełen sukces. Pies nie zastanawiał się długo i dał dyla w dżunglę porastającą wyspę. Dupa. Tempo psa przemierzającego tropikalny las było znacznie większe niż nasze. Staraliśmy się go dogonić, znaleźć dogodną okazję do strzału, ale psa ani widu ani słychu. Pomyślałem, że może będzie chciał wrócić na plażę, na której spotkaliśmy go po raz pierwszy, bo tam zostawiliśmy dla niego jedzenie i wodę.
Wróciliśmy plażą, jedzenia nie było. Cwana bestia. Uznaliśmy, że z kajaka będziemy mieli więciej brzegu w zasięgu wzroku i że prędzej go znajdziemy. Załadowaliśmy się na kajak i chcieliśmy opłynąć całą wyspę. Pzy silnych prądach, znoszeniu, tempraturze, wilgotności etc. poddaliśmy się gdzieś po połowie. Zrobiliśmy sobie przerwę na odpoczynek, pies nie zając, wyspa mała. Po mniej więcej 45minutach leżenia na plaży w cieniu, pływania, nurkowania etc. podjęliśmy kolejną próbę. Jak pies będzie na plaży to mamy szansę. Jak się wchrzani w las, nie ma bata. Dżungla gęsta, sporo kłujących roślin, mała widoczność, brak czystego strzału.

Po przepłynięciu kawałka wokoł wyspy zobaczyliśmy go jeszcze na chwilę, przez kilka sekund. Zwiał. Niestety dzisiejsza misja zakończyła się porażką. Zostawiliśmy mu jedzenie i wodę na wyspie. Pomyśleliśmy, że pojutrze spróbujemy na wlasną rękę w naszym wolnym czasie, poza pracą w lecznicy. Szkoda nam kundla. Miejmy nadzieję, że tym razem się uda. (Jak można przytaszczyć psa na wyspę 500mx 200m i go tam zostawić ot tak??). Zrezygnowani, zawiedzeni, źli, zmęczeni wracaliśmy z bezludnej ale psiej wyspy, na naszą. Pies jest ładny, chudy trochę ale przy odpowiedniej opiece doszedłby do siebie i byłby świetny. Nie chce ktoś adoptować psa? Załatwiamy wszelkie formalności przy wysyłaniu do Europy.

Jakby ktoś z Was chciał, albo znał kogoś kto chce przygarnąć psiaka, to obiecuję że gada strzelę, przywiozę na naszą wyspę, zaopatrzę w leki, szczepienia i spokojnie możemy go wysyłać dalej. Wygląda prawie tak samo jak Charlie z góry posta. Nie udało mi się natomiast zrobić zdjęcia, bo jak tylko go widzieliśmy to rzucaliśmy wszystko, łapaliśmy dmuchawkę i puszczaliśmy się za nim pędem. Po wizycie na wyspie wróciliśmy umordowani do lecznicy. Prysznic, chwila odpoczynku i byliśmy gotowi do eksplorowania wyspy/ jedzenia/ zwiedzania etc. W ogóle w miom wolnym dniu muszę się wybrć na wycieczkę objazdową wokół całej Koh Lanty (30x5km). Podobno warto.
Po powrocie z wyprawy a jeszcze przed wyruszeniem na wieczorne zwiedzanie wyspy mieliśmy okazję spróbować lokalnej potrawy. Wolontariusze z lecznicy ugotowali to co widać na zdjęciu obok. No w życiu nie jadłem pyszniejszych, bardziej świeżych owoców morza. Kupili na bazarze, zrobili, z sosem chilli bajka. Niebo w gębie, nie to co nasze mikro mrożonki. Muszę poznać przepis. Wszyscy mieli okazję spróbować i wszyscy się zachwycali. Hitem jest to, że sporo dań, ktore w Polsce są niby ekskluzywne, płaci się za nie dużo kasy, tutaj są na porządku dziennym, kosztują gosze. Gdyby nie mentalność ludzi, to z chęcią za ileś lat postawił bym sobie tu maly domek.
 Na popołudniowo wieczorne zwiedzanie wybraliśmy plażę, na której jeszcze nie byliśmy dłużej. Łazimy tam i spowrotem, tu jakiś krab, tu jakiś śmieć, tu nagle takie coś. Czarny glut bez nóg. Nie jesteśmy pewni ale wydaje nam się, że to jest ogórek morski. Musimy to sprawdzić, alebo zapytać miejscowych. W każdym razie najpierw jedną stroną wsysa piasek z dna a chwilę potem tą samą stroną go wypluwa. Niby glut a zwierzę. Dołącza do wczorajszego wężowidła w kategorii "dziwactwa tajskie". Jak zwykle siedzieliśmy nad nim kilkanaśice minut z koparami opadniętymi do samej ziemii. Człowiek myśli, że ma jakieś pojęcie o zwierzętach a tak naprawdę, znajdując kolejną osobliwość, siedzi i podziwia naturę.

Wiem, że zdjęcia zachodów słońca na plaży są strasznie pocztówkowe i tandetne ale mimo wszystko nie mogę się powstrzymać. Szkoda tylko, że tak szybko robi się tutaj ciemno. Dzisiaj sprawdzałem dokładnie, o siódmej piętnaście jest zwyczajna noc. Wieczór zakończyliśmy w knajpce Time for Lime, którą prowadzi założycielka naszej lecznicy. Żarcie przepyszne, alkohol dla wolontariuszy tani. Nic tylko siedzieć, sączyć Singhe (lokalne piwko) i rozkoszować się wiatrem wiejącym od plaży. Nosz cholera pięknie tu jest... Jutro mam dzień wolny i wybieramy się na skuterach na wyceczkę do Krabi (ok. 80km). Mam nadzieję, że strzelę kilka ciekawych fotek i będzie co opowiadać. U mnie pierwsza w nocy. Miłego wieczoru Wam życzę ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz