Zjedliśmy porządny obiado lunch za (uwaga) 4 zł i wsiedliśmy na łódź. Podróż zabrała pół godziny. Nie wypływaliśmy na otwarte wody, a tylko przemykaliśmy między wysepkami. Na zdjęciu obok widać jak ktoś sobie mieszka i żyje. Nie sposób wstawić tu wszystkich zrobionych zdjęć, więc będę je musiał potem wypalić na płytkach i udostępniać chętnym ;) Łódź okazała się większa niż myśleliśmy i spokojnie się zapakowaliśmy ze wszystkim. Na łodzi przywitał nas Jon, który organizował wszystko od tamtej strony. Jego profesja jest istotna w kontekście tego co działo się potem, ale o tym za chwilę. Powoli zbliżaliśmy się do Koh Jum i dało się wyczuć podenerwowanie, niepewność i napięcie.
Tutaj na zdjęciu widać już Koh Jum i przystań do której dobijaliśmy. Pogoda była idealna, słońce, zero deszczu, nie to co teraz od dwóch dni się dzieje. Dobiliśmy i znowu mieliśmy chwilę czasu bo trzeba było przepakować wszystko z łodzi na samochody. Na tym etapie nikt nic nie wiedział. Wszyscy na około gadają po tajsku, człowiek jest przepakowywany z jednego pojazdu na drugi i jedzie w dzicz. Uczucie interesujące, choć nieco straszne. Zapakowano nas na półciężarówkę, albo raczej wypasionego jeepa 4x4 i odjechaliśmy z przystani. Koh Jum nie jest dużą wyspą, jest mniejsza niż Koh Lanta. Podróż autem do miejsca docelowego nie zabrała wiele czasu, ale wrażenia z podróży, z pierwszego kontaktu
z wyspą dość mocne. Tak (zdjęcie obok) wyglądała przystań i okolica widziana z tyłu auta które wiozło nas gdzieś. Kiedy skończyła się przystań, zaczęła się dżungla, ale nie taka tam dżungielka, tylko coś przez co chyba nie da się przejść bez buldożera albo pięciu maczet. Drogi wyboiste, czerwone, dziurawe, więc trzęsło jak cholera. Kiedy się zatrzymaliśmy, okazało się że zaparkowaliśmy na podjeździe czegoś w rodzaju motelo/hotelu. Jon powiedział, że na terenie tego ośrodka zorganizował nasze miejsce pracy. Poszliśmy oglądnąć teren na którym przyszło nam pracować przez następne kilka dni. Mieliśmy do dyspozycji "pomieszczenie" (czyt. słupy, dach i betonowa wylewka, zero ścian), kilka mniejszych
placów i jeden zamykany pokój. Na zdjęciu widać właśnie nasze miejsce pracy. Uznaliśmy, że najpierw się rozpakujemy ze sprzętem i przygotujemy wszystko na następny dzień, potem dopiero nieśmiało zapytamy o jakieś miejsce do spania. Szczerze mówiąc, chyba nikt nie chciał pytać każdy chciał odwlec ten moment jak tylko się dało :D. Rozpakowaliśmy sprzęt, poustawialiśmy stoły, wszysto co wartościowe poszło do zamykanego pokoju, który potem służył nam do poskramiania kotów. Nie raz zdarzało się tak, że po zastrzyku, kot biegał po ścianach pokoju, a my cierpliwie czekaliśmy na zewnątrz. Po dziesięciu minutach można było spokojnie wejść do pokoju i wziąć śpaącego kota z podłogi. ... No więc przyszedł czas na
nasze miejsce do spania. Wszystko stało się jasne, kiedy Jon powiedział, że pracuje w tym (uwaga!) pięciogwiazdkowym ośrodku oferującym bungalowy i apartamenty, jako pomocnik, budowniczy, zlota rączka w jednym. Żebyście mnie źle nie zrozumieli... To co widać na zdjęciu po lewej, to nie było miejsce dla nas wszystkich... To był oczywiście pojedyńczy pokój, taki sam jak pozostałych pięć, które były dla nas przygotowane. Staliśmy jak woły z koparami opadniętymi poniżej poziomu podłogi i nie bardzo wiedzieliśmy jak je pozbierać. Nikt się słowem nie odezwał przez dobre parę minut :) Ogromne wrażenie robiło dosłownie wszystko, poczynając od wyglądu bungalowów z zewnątrz, przez pokoje same w sobie.
Cały ośrodek (13 bungalowów) był zupełnie pusty bo sezonu nima. Nam dostała się rezydencja, która zawierała w sobie nie tylko pokoje ale i ogromny, pokój dzienny z kuchnią w amerykańskim stylu. Wszystko oczywiście ulokowane jakieś 10-15 metrów od piaszczystej pustej plaży ;P. Każdy poszedł do swojego pokoju i spędził tam trochę czasu oswajając się z otaczającym nas luksusem. Cena wynajmu takiej rezydencji dla turystów w sezonie, to 1600zł za dobę. Właścicielem całości jest kanadyjczyk, który również sprzedaje te bungalowy/rezydencje. Ktoś kupuje, przyjeżdża kiedy chce, ośrodek tylko utrzymuje miejsce w najwyższym standardzie, a jak się wyjeżdża można to wynająć turystom.
Tutaj na zdjęciu widać taras, który znajdował się pośrodku całej rezydencji a po lewej stronie zdjęcia widać pokój dzienny z kuchnią, dużym stołem, bardzo wygodnymi kanapami i fotelami. Przyjechaliśmy na miejsce dośc wcześnie, więc mielismy pół dnia wolnego przed rozpoczęciem pracy następnego dnia rano. Wybór był więc oczywisty- krystalicznie czysty ocean, a w zasadzie morze Andamańskie jest niezłym pomysłem na leniwe popływanie popołudniową porą. Temperatura wody koło trzydziestu stopni. No dobra- raj na ziemi jak w morde strzelił. Przez wszystkie następne dni nie mieliśmy zbyt wiele czasu by pławić się w luksusach, bo głównie pławiliśmy się w zwierzęcych otwartych brzuchach.
Po całych pięciu dniach, było powiedziane, że ktoś z weterynarzy musi zostać na kolejne cztery żeby dopilnować, czy nie pojawią się jakieś powikłania u pacjentów których operowaliśmy. My wszyscy mieliśmy wrócić, a przyjechać miał wet który został w ośrodku. Był plan, żeby zadzwonić do niego i zapytać czy chce przez kilka dni spać w lepiance pełnej komarów, bo jeśli nie to ktoś z nas jest w stanie się dla niego poświęcić i zostać. ;) Potem trochę narzekaliśmy, że to miejsce wcale takie świetne nie jest, bo ścieżki wąskie, bo nasz basen (tak, mieliśmy też basen) nieco mały i płytki, że nie ma gorącej wody pod prysznicem, a jedynie letnia. :D Poszliśmy więc popływać i jak wracaliśmy spotkaliśmy psa. Okazało się
że pies należy do właściciela sąsiedniego resortu, ale chwilowo go nie ma. Pies miał na imię Tsunami, bo w 2004 kiedy wydarzyło się fatalne w skutkach tsunami na kilku okolicznych wyspach (tysiące rannych i zabitych), ona była ledwie szczeniaczkiem i jako jedyna przeżyła spośród całego miotu. Przez pięć kolejnych dni mieliśmy więc i psa w naszej rezydencji :D. Spał z losowo wybranym człowiekiem, cały dzień łaźil za nami. Jak pracowaliśmy, to spał nieopodal. Jak wracaliśmy do pokoi, wracał z nami. Najfajniejsze były okoliczne koty. Wszyscy pracujący weci pogrążeni w swoich zwierzakach, a okoliczne koty jakgdyby nigdy nic zaczęły przyłaźić, żeby zobaczyć co się dzieje. Na luzaku wchodziły na teren gdzie
pracowaliśmy, żeby dowiedzieć się o co tyle hałasu. Potem nagle szybkim ruchem lądowały w klatkach a my pokazywaliśmy im o co w tym wszystkim chodzi ;) Był tylko jeden cwaniak, który cały czas siedział na dachu i nie było bata żeby go złapać. Próbowaliśmy go zachęcić jedzeniem, ale tylko patrzył na nas z miną "masz mnie za kompletnego debila? nie ma opcji, żebym tam zszedł" i dalej leniwie leżał na dachu obserwując swoich mniej inteligentnych kolegów i koleżanki, które raz po raz lądowały w pudełkach. Cała akcja była nieźle rozpropagowana, bo pierwszego dnia o ósmej trzydzieści (zaczynaliśmy o dziewiątej), w pudełkach jak w kolejce czekało około 30 kotów.
Wyspa cała zamieszkana przez muzułmanów, więc nie było szans żeby ktoś przyniósł psa. Potem jakieś nieliczne przypadki. Wszystkie psy, które udało nam się wysterylizować/wykastrować musieliśmy najpierw sami złapać. Plan był taki, że pierwszego dnia robimy tylko koty, które nam przyniosą, od drugiego dnia jeździmy polować. Pierwszy dzień zakończyliśmy liczbą bodajże 59 albo 60 kotów i jednym psem. Po pracy chcieliśmy się zaopatrzyć w jakieś piwko. Wcześniej Jon powiedział, że możemy używać auta kiedy tylko będzie dostępne na podjeździe. Kluczyki miały być w środku. Zebrałem zamówienia od wszystkich i poszedłem w kierunku recepcji. Było już ciemno, bo około szóstej trzydzieści.
Kluczyków nie było, więc zagadałem do kobiety w recepcji, dała mi kluczyki. Zapytałem gdzie znajdę jakis sklep o tej porze, powiedziała żebym dojechał do głównej drogi i skręcił w lewo. Jon mówił że jest sklep skręcając w prawo, ale posłuchałem kobiety. Po kilku minutach jazdy znalazłem jakieś zabudowania i jakiś maleńki sklepik. Wbijam do sklepu, na pewniaka proszę o papierosy, dostaję papierosy, pytam o piwo i nagle robi się dziwnie... Twarz faceta za ladą nieco się zmienia, twarze trzech gości siedzących przy stole przed sklepem nieco tężeją... a ja uświadamiam sobie, że samotny jak palec, po zmroku, na wyspie na końcu świata, proszę o piwo w muzułmańskim sklepie...
Pieniądze na stół jedną ręką, fajki w drugą i nie czekając na resztę szybkim krokiem wracam do auta i zamykam się od środka. Potem jadę do sklepu o ktorym mówił Jon. Buddyjski, więc luzik. Następnego dnia rano wyruszamy na pierwsze polowanie. Najpierw jednak zahaczamy o stację benzynową. Tak, to coś na zdjęciu zrobiomnym z wnętrza auta to stacja benzynowa, okazuje się że największa na wyspie :D W tym szklanym u góry odmierza się określoną ilość, poprzez kręcenie korbką. Paliwo z beczki zasysane jest do szklanego pojemnika, potem wężykiem wlewane do pojazdów wszelkiej maści. Wygląda nieprzeciętnie. Największa stacja benzynowa równa się dwie beczki ;)
Na terenie resortu rosną przeróżne rośliny, celowo posadzone, żeby się zapoznać z miejscową florą. Palm kokosowych mnóstwo, a gdzieniegdzie można znaleźć takie coś. To się bodajże nazywa palma podróżników. Wysokie na 4-5 metrów, wygląda jak gigantyczny wachlarz. Wieczorem konsumujemy piwko i siedzimy w naszych pięciu gwiazdkach gadając o pierdołach, poznając się nieco lepiej z ludzmi z różnych zakątków świata. Wszyscy są bardzo przyjaźni a przez kolejne kilka dni stajemy się zgraną paczką i dobrymi kumplami. Wracając do polowania. Pierwszego dnia udało mi się ustrzelić moją pierwszą ofiarę. Okazały pies siedział pod krzesłem w pobliżu skromnego domostwa miejscowych ludzi.
Trafiony, po dziesięciu minutach zapakowany do klatki i zrobiony. Ktoregoś kolejnego dnia, chyba trzeciego, jeden z psów uciekł z klatki. Ktoś z miejscowych, którzy pomagali przy calym projekcie musiał zostawić drzwi otwarte. Suka jeszcze nie do końca świadoma, bo ju raz trafiona gdzieś w dziczy, puściła się pędem w krzaki, dżunglę, plażę itd. Pogoń nie przyniosła skutku, nawet nasz główny łapacz psów, miejscowy weterynarz dr. Tey, po poł godziny wrócił i powiedział że nie udało mu się go dopaść. Kiedy wszyscy goniliśmy za psem, tylko on i ja wzięliśmy dmuchawki i strzałki. Po jednej... Wszyscy odpuścili, ja chciałem spróbować jeszcze raz. Pies truchtem śmigał wzdłuż plaży.
W japonkach nie da się szybko biegać. Japonki zostały, a ja na bosaka przyspieszyłem i znalazłem się (na pełnym biegu) między biegnącym psem a dżunglą. Jedna lotka, strzał, sukces ;) Niosąc psa spowrotem do ośrodka czułem się jak myśliwy niosący upolowaną zwierzynę :D Zostałem mianowany głównym łapaczem. Z łapaniem psów związana jest jeszcze jedna historia po powrocie na Lantę, ale o tym w następnym poście. Na zdjęciu powyżej widać nasz śniadaniowy zestaw wizytowany przez gekona. Są bardzo sympatyczne, nieszkodliwe i są wszędzie. W nocy drą ryja tak głośno, krzycząc "Ge-co", że czasem nie da się spać.
Na zdjęciu wyżej krab pustelnik wersja xxl. Znaleziony na plaży, sfotografowany i zwrócony naturze.
Tutaj znowu nasze miejsce pracy, ale z innej strony, po kilku dniach. Cały projekt, pięć dni roboczych zamknęliśmy liczbą 215 zwierząt. 174 koty i 41 psów. Zapotrzebowanie jest dużo dużo większe. Wszyscy czuliśmy się jakbyśmy tylko ledwo dotknęli całego problemu. Pojawiają się już plany, żeby powtórzyć klinikę w tym samym miejscu za rok.
Nie dość że nie płaciliśmy za zakwaterowanie, to jeszcze jedzenie mieliśmy za darmo z pobliskiej restauracji. Na początku ryba z ryżem była niezła, ale po tygodniu jedzienia ryby i ryżu, wszyscy mieli już serdecznie dość. Było pyszne, ale monotonne. Ostatniego dnia ktoś dla jaj zapytał kobietę z restauracji co na lunch. Zastanawiała się chwilę (i to było najśmieszniejsze) po czym
z dumą oznajmiła :ryba z ryżem. Wielkiej samokontroli wymagało zachowanie powagi ;) Myślałem, że ten czas tam na wyspie będzie mi się dłużył, albo że będę chciał wracać. Nic bardziej mylnego. Minęło jak z bicza strzelił. Wspaniały czas, wspaniała praca, wspaniałe doświadczenie. Zdarzyło nam się polować na cmentarzu, na którym chowani są "morscy cyganie" (w wolnym tłumaczeniu). Miejsce robi niesamowite wrażenie. Grób to w zasadzie kopiec ziemi, ale pod dachem wspartym na kilku filarach. Przy każdym grobie talerze, miski, sztućce, kubki. Dowiedziałem się, że co rok na tym cmentarzu zbierają się cyganie z calej okolicy i robią imprezę ku czci zmarłych. Jedzą, piją, tańczą i spiewają przy ogniskach.
To po lewej, to najbardziej okazały grób na cmentarzu. Większość grobów to kopczyki pod dachem, ale ci ludzie musieli być porządnie ustawieni, bo ktoś im postawił całą lódź! Wykafelkowana, top standard. W środku łodzi nic się nie zmienia- kopczyk i talerze, ale otoczka zupełenie inna. Na tym zdjęciu w tle widać szeregi grobów mniej zamożnych ludzi.
Jeszcze kilka słów o miejscowych, którzy zaoferowali nam swoją pomoc. Część z nich dobrowolnie, część została o to pooroszona przez właściciela ośrodka w którym pracują, a w którym my też się znaleźliśmy. Ludzie bardzo mili, uprzejmi, uczynni, pomocni, ale organizacyjnie beznadziejni.
Zdarzyło nam się też polować na psy w pobliżu buddyjskiej świątyni. Tutaj znajdujący się tuż za świątynią buddyjski cmentarz. Ładnie, czysto, schludnie. Ostatniego dnia, tajski doktor przyniósł nam swoją zdobycz przejechaną na drodze. Półtorametrowy wąż. Według niego to "rat snake", ale my nie byliśmy do końca przekonani. Uznaliśmy, że niezłym żartem będzie wsadzenie go pod prysznic jednej z dziewczyn. Ten widoczny na jednym ze zdjęć wyżej. Wychodziło się z pokoju jakgdyby na zewnątrz, a tam ścianka z kamieni, dwa prysznice. To wszystko w otoczeniu palm i innej roślinności. No czad. Więc... Wzięliśmy węża i owineliśmy go wokół kurków. Pech chciał, że są tam dwa prysznice, a nasza koleżanka jest ślepa.
Czekaliśmy z aparatami gotowymi do kręcenia filmów aż wybiegnie w panice, a ta jak gdyby nigdy nic wychodzi i nie wie co się dzieje ;)
Żal było wracać po tych wspaniałych kilku dniach. Praca po kilkanaście godzin dziennie dawała niesamowite poczucie dobrze spełnionej misji. Codziennie wieczorem padaliśmy na twarze, ale z uśmiechami od ucha do ucha. 215 zwierząt mniej może się rozmnażać, to się liczy. Powoli kończę, jutro opiszę co się zdarzyło po powrocie, a jest o czym pisać. Dziękuję za cierpliwość, przepraszam za brak postów. Teraz będę pisał już regularnie. Trzymajcie się ciepło, pozdrawiam ;)

























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz