sobota, 1 września 2012

W końcu na miejscu cd ;)

Nie zgadniecie czym jest lokal przedstawiony na zdjęciu obok :D Otóż jest to dworco-restauracjo-wypożyczalniosprzętudonurkowania-salon gier. Facet z  pierwszego autobusu miał mnie wysadzić na przystanku, gdzie odbierze mnie drugi autobus i z miasta Krabi pojedziemy na Koh Lantę. Wysiadamy więc i rozglądamy się za jakimś autobusem/ kierowcą. Wokół same uśmiechnięte od ucha do ucha twarze, ale ani kierowców ani autobusu nie widać. Już w lekkich nerwach przygotowałem wcześniej wydrukowaną mapę, którą miałem pokazać kierowcy, by zabrał mnie do ośrodka docelowego. Trzymam tą mapę w spoconych dłoniach (a! Tuż po wyjściu z lotniska w Krabi pierwszy kontakt z tajskim klimatem. Jakbyś wszedł do piekarnika, ale takiego w którym ktoś co chwilę kicha albo pryska wodą. Na oko z milion stopni i wilgotność która powoduje przywieranie ubrań do ciała w takim tempie w jakim wysysa się powietrze z zamykanych próżniowo produktów spożywczych.), podchodzi jakiś facet, dziurawy uśmiech w kolorze dojrzałej pomarańczy szczerzy niemiłosiernie. Płynną angielszczyzną pyta: "Lanta?!!!!!!! Lanta?!!!!!!!", mówię że tak. Zadowolony odchodzi. Wiodę za nim wzrokiem a on niewzruszony przystępuje do gry w bilarda, z jak się okazało innymi kolegami kierowcami.

Po dwudziestu minutach podjeżdża bus. Pomarańcza zaprasza mnie i jeszcze jednego faceta, bardzo miłym gestem, do środka. Wsiadamy. Pomarańcza uśmiecha się, zamyka drzwi, klepie w ramię swojego młodego adepta sztuki jeżdżenia samochodem, oddaje mu kluczyki i wraca do gry. Adept wchodzi za kółko, uśmiecha się (oni się wszyscy uśmiechają) i odpala. Jedziemy. Wszystko fajnie, pusto w busie, strzelam foty ile mogę.

Tak na przykład podrózuje się w Tajlandii jak się ma dużą rodzinę. Dzieciaki mają frajdę, a mamusia no niestety nie mieści się do środka, mamusia sobie na powietrzu usiądzie, dobrze to mamusi zrobi. Policja drogowa w Tajlandii nie istnieje. Pasy ruchu, są w założeniu jedynie delikatnymi sugestiami którędy należy się poruszać. Wyprzedzanie na trzeciego to norma, mijanie skuterów na grubość lakieru jest chyba obowiązkiem. Tak sobie jadę i jadę, obserwuję otaczający mnie krajobraz i nagle moim oczom ukazuje się naklejka na szybie wehikułu którym podróżuję. Pewnie w latach świetności pojazdu można by pomyśleć, że większośc z tych atrakcji była dostępna na pokładzie, ale ni cholery nie rozgryzłem wszystkich.
Jak dvd spokojnie oglądne, w kości z kierowcą zagram, bo w końcu to kumpel tych od bilarda, więc na rzeczy się zna, w karty tym bardziej. Vipa to może on i kiedyś wiózł, będąc pierwszym pojazdem w mieście. Psów wprowadzać nie wolno, to zrozumiałe, ale jakoś nie uśmiecha mi się śpiewać z kierowcą karaoke. Co ma znaczyć rysunek pani, zabijcie mnie nie wiem. Chciałem się przekonać, ale niestety nie było mi dane. W pewnym momencie, adept zatrzymuje się na poboczu koło małej chatki z bambusa. Przystanek, pomyślałem. Problem w tym, że pusty a adept ani rusz. Kilka minut potem podjeżdża podobny, może nieco nowszy bus. Adept wyskakuje z naszego, otwiera drzwi i łapiąc nasze bagaże krzyczy płynną angielszczyzną: "Big bus! Sorri! Sorri! Big bus!!!" Ruszam biegiem głównie za swoim bagażem, więc również za adeptem. Pytam kulturalnie co się stało. Dostaję pełne wytłumaczenie: "Big bus! Sorri!!!!!" Przy czym adept cały czas się uśmiecha taszcząc mój bagaż. Drzwi od bigbusa się otwierają a tam full ludzi. Kierowca nowego pojazdu przerzucił kilka bagaży przez kilkoro ludzi (bagaże jadą z ludzmi w przestrzeni tam gdzie siedzenia w busie) i zaprosił mnie na ostatnie wolne miejsce z samego przodu. Caly tył turystów, a z przodu kierowca- ojciec rodziny, żona, babka, córka i ja. Na dzień dobry wszyscy zachowują się jakbym był światowej sławy dentystą na wolontariacie. Jedziemy bigbusem, ścisk jak cholera, ojciec radośnie rozprawia z całą rodziną w języku i na rejestrach boleśnie uciskających na uszy. Deska rozdzielcza, służy tatusiowi za kalendarz, portfel, notatnik i całą choinkę. Facet bije na głowę stopa złapanego kiedyś w bieszczadach, którego wspominam do dzisiaj. 3/4 szyby oklejone reklamami Krabi-->Lanta itd. Na desce rozdzielczej swoje miejsce znalazła między innymi bombka choinkowa (przysięgam :D:D:D). Jedziemy dalej.         
       
Za oknami busa cudowne pojazdo-restauracje kwitnące w kraju w którym skarbówka i sanepid robią tyle co drogówka. O regulacjach UE nie wspominając. Panu się biznes nie kręci w jednym miejscu, to sobie restauracyjkę przeniesie kawałek dalej, bo wycieczka wlaśnie wysiadla. Pięknie. Dojeżdżamy na prom. Kolejka nawet krótka, wysiadam kupić fajki. Kierowca-ojciec wysiada, odpala papierosa. Ja kieruję się do sklepików rozciągniętych po obu stronach drogi przy promie. Kupuję LM czerwone. Zamiast napisu o szkodliwości palenia mają zdjęcie jakiejś czarnej nogi z odpadającym palcem. Ja rozumiem płuca, ale może tu się to jakoś inaczej pali. Podchodzi do mnie kierowca-ojciec i płynną angielszczyzną: "Jułok..." hm.. że co? pytam. "Jułok". Z brytyjskiego angielskiego przeszliśmy na migowy i było jasne, że mogę sobie spokojnie zapalić, pod warunkiem że wejdę na prom na nogach, bo on właśnie będzie podjeżdżał. Po promie kierujemy się wgłąb wyspy wysadzić innych pasażerów. Mnie zostawia na koniec.   

Po krążeniu tu i tam w końcu wysiadam przed kliniką. Po 35 godzinach podróży 1 autem, 4 samolotami, 3 autobusami i 2 promami docieram. A o tym co zdarzyło się od wejścia do lecznicy i o tym kto wydaje dźwięki zbliżone do ptaków, już w następnym poście ;)

Pozdrawiam :)


1 komentarz:

  1. No ja myślałem, że moja podróż z Filipem z dworca Centralnego na wschodni i z powrotem żeby żebrać na bilet do Tarnowa to szczyt ;)) no ale podniosłeś poprzeczkę, super przygoda, powodzenia!

    OdpowiedzUsuń