Od przyjazdu do kliniki minęło już kilkanaście/ kilkadziesiąt godzin, podczas których staram się ze wszystkim zapoznać. Wczoraj poznałem kilkoro ludzi, między innymi mojego współlokatora, który jest czechem i zostaje tutaj w ośrodku dłużej niż ja. Warunki zakwaterowania są nienajlepsze, ale w pokoju w którym mieszkam, mam zamiar głownie spać, więc nie stanowi to większego problemu. Wczoraj, kiedy poznaliśmy się z Andrzejemczechem, uznaliśmy, że trzeba wybrać się do głownej ulicy, przy której ciągną się sklepy, restauracje etc. Ściemniało się, więc zabraliśmy plecaki i szybko ruszyliśmy w stronę
drogi. Po 15 minutach byliśmy w sklepie. Zaopatrzylem się w wodę, colę (bardzo tania tutaj) i miejscowe piwo na wieczór. Poszliśmy coś zjeść (smażony czosnek z wieprzowiną z ryżem, bardzo dobre). Potem wróciliśmy do ośrodka i spotkaliśmy Lisę, brytyjkę wolontariuszkę, która akurat miała dyżur nocny. Nocny dyżur polega na pracy od siódem wieczór do siódem rano i generalnie sprowadza się do uciszania psów, bo szczekają w nocy a sąsiedzi nie bardzo lubią zwierzęta i grożą zamknięciem ośrodka. Gdy siedzieliśmy na zewnątrz popijając miejscowe piwo (bardzo dobre, podobne do naszego) usłyszeliśmy
powtarzające się dźwięki, jakby ptaków. Okazało się, że te dźwięki wydają koledzy ze zdjęcia po lewej. Mamy ich tutaj masę. Mamy je nawet w łazience i w pokoju. Są totalnie niegroźne, a śliczne i miło sobie tak z nimi siedzieć ;). Dzisiaj po porządnym odespaniu ruszyliśmy do głównej drogi na zakupy, jedzenie i wynajęcie skutera bez którego przemieszczanie się jest mocno skomplikowane. Oczywiście zaraz po odpaleniu sprzętu wbiłem się jak każdy biały na prawą stronę drogi, a pani jadąca z przeciwka miała niezłą minę, ja zresztą też, bo uświadomiłem sobie, że ruch lewostronny. Jakoś uniknęliśmy zderzenia i szczęśliwie dotarliśmy na jedzenie. Na pierwszym zdjęciu jest to, co przyszło mi dzisiaj wchłonąć. Mam zasadę, że będę brał dania po kolei z menu i mniej więcej poznam tutejsze jedzenie, choćby w ograniczonym zakresie. Dzisiejsze danie nazywał się "Green curry with prawns". Brzmiało nieźle... Była to zielona słodka woda, która po rozprowadzeniu w ustach paliła niemiłosiernie. Do tego pływało w niej: liście mięty, gotowana marchewka, gotowany ananas i rzeczone krewetki. Zjadlem pół, słodkość mnie pokonała. Zaraz po jedzeniu chcieliśmy wracać do ośrodka, ale trzeba było zakupić gasolinę, którą sprzedaje się tak jak na zdjęciu widać. Totalny szok. Pani bierze buteleczkę, lejeczek i podchodzi do skutera zaraz po wyjściu z kuchni. ( To to samo miejsce gdzie jemy). W ogóle zauważylem, że tutejsze "firmy" są wielozadaniowe. Restauracjo-stacjobenzynowo-wynajmowalnia skuterów. Ciekawe czy dałoby się coś takiego w Polsce otworzyć na 20 metrach kwadratowych. Po powrocie do ośrodka, koordynatorka wolontariuszy oprowadziła nas po całym terenie. W następnych postach postaram się zawrzeć trochę zdjęć miejsca, w którym będę żyl przez najbliższe 3 miesiące, no i naszych podopiecznych, którzy są wspaniali. (32 psy i 20 kotów). Musze lecieć, bo czeka mnie podawanie popołudniowych leków, potem szybki wypad na plażę, a wieczorem mamy zaproszenie na imprezę pożegnalną do jednej z wolontariuszek. Trzymajcie się ciepło i niedlugo następne posty ;)



Witam,
OdpowiedzUsuńWidzę, że blog "ruszył z kopyta". Potrawy robią wrażenie :D
Pozdrawiam
MS
Już mi się podoba :) Będę częściej odwiedzać i czekam na więcej ! :D
OdpowiedzUsuńTak trzymaj! Pisz i wrzucaj zdjęcia tak często, jak tylko będziesz mógł. 'Multibranżowe' firmy, żarcie i stacje benzynowe niszczą system. Może wrzucisz coś z ośrodka w którym zostałeś zakwaterowany ;-) Pozdrowienia
OdpowiedzUsuńML