sobota, 15 września 2012

Internet wraca, więc i zdjęcia wracają. Żaba na ścianie może i nie jest fascynująca, ale czerwonej żaby to nie widziałem. Wczoraj wieczorem siedzieliśmy większą ekipą na tarasie w domu nieopodal. Kilka osób siedziało pod ścianą, za nimi dreweniane pale. Na jednym z pali wylądował tutejszy odpowiednik konika polnego, tak ze trzy razy większy. Nagle nie wiadomo skąd, na ścianie koło niego pojawił się gekon toke. Bydle nieziemskie. Wszyscy najpierw spanikowali, potem każdy robił mu zdjęcia. Ja niestety nie zdążylem. Ale zwierzę piękne, ze 30 centymetrów spokojnie. Cały w kropki. Mógłbym sobie takiego jednego wziąć jako zwierzątko domowe ;)
Słoń jaki jest, każdy widzi. Jak tu przyjeżdżałem, myślałem że jednego dnia zrobię sobię wyprawę na trekking po dżungli na słoniu, ale po tym czego się tutaj nasłuchałem, już nie jestem taki chętny. Śpiewka dla turystów jest taka, że te słonie które są tutaj na wyspie, kiedyś pracowały w lasach. Teraz już się ich już nie używa, więc jeśli turyści z nich korzystają, to płacą za ich jedzenie, utrzymanie etc. Wszystko niby fajnie, ale prawda jest zupełnie inna. Małe sloniki oddziela się od matek, przed szczytem sezonu sprowadza się je na wyspę. Przewożone są w dramatycznych warunkach, przykute łańcuchami do klatek. "Treserzy" mają takie przeświadczenie i istnieje taka opinia, że żeby słoń był posłuszny trzeba złamać jego
duszę. Małe słoniki codziennie są bite po głowach kijami z gwoźdźmi, bo tak się "łamie ducha". Od maleńkości trzymane są przykute do drzew na bardzo krótkich łańcuchach. Czasem widuje się dorosłe słonie przykute łańcuchem. Gdyby taki dorosły słoń chciał, to zerwanie takiego żelastwa zajęłoby mu ze dwie sekundy. Niestety przyzwyczajony jest do tego, że od dziecka miał łańcuch i w młodości próbował go zerwać, więc ustala mu się w głowie, że się nie da. Potem nawet nie próbują. Teoretycznie władze parku narodowego powinny mieć pieczę nad każdym słoniem na wyspie, ale odpowiednia koperta załatwia sprawę. Nie mam zamiaru do tego ręki przykładać i każdemu odradzam.

Pora deszczowa w Tajlandii: na północy leje codziennie i to porządnie, na południu, u nas, przechodzą silne deszcze ale zazwyczaj trwają pół godziny, godzinę. Jest takie powiedzenie, że tutejsza pogoda czeka na to, żebyś odjechał na skuterze od budynku na tyle daleko, żeby totalnie cię przemoczyć przy powrocie. Mimo pogody, zdecydowaliśmy się ostatnio na popływanie w oceanie. Pływanie to nieco zbyt duże słowo. Metrowe fale zrobiły sobie z nas pranie białych kolorów z najszybszym programem wirowania. Jak tylko człowiek stanie na nogi, następna fala zwala go z nóg i wciska mordę w piaszczyste dno. Dla wiadomości: temperatura wody- cały rok 28-32 stopnie ;P (pozdrowienia dla Bałtyku)

To zdjęcie oddaje moją pracę w dużej mierze. Ostatnio prawie codziennie wyjeżdżamy na poławianie bezpańskich psów. Raz wracamy z tarczą i psami, raz na tarczy i z mokrym tyłkiem. Zaraz po zabiegach, polowanie to moje ulubione zajęcie. Odzywają się w człowieku pierwotne instynkty. Jak jedziemy w kilku to każdy chce ustrzelić zwierzynę. Te psiaki zostały złapane rankiem, przywiezione do lecznicy koło południa, o drugiej było po zabiegach, o szostej wróciły do miejsc skąd zostały zabrane. Następne zdjęcia pokazują jak tutaj żyją ludzie. Jak mieszkają tutejsi.
Nie oddają może dokładnie całego przekroju społeczeństwa, bo wiadkomo że znajdą się bogatsi i biedniejsi, ale tutaj na wyspie, takie domy to średnia. Szczerze powiem, że te na tych zdjęciach to jeszcze pikuś. Najgorsze jakie widziałem składały się z jednego pomieszczenia i wyglądały mniej więcej jak nasze garaże. Blacha na dachu, jakiś materac na ziemi, kącik kuchenny. A do którego domu by nie zajrzeć, biedniejszy czy trochę bogatszy, wszędzie, ale to wszędzie syf. I to nie taki mazowiecki syf w obejściu, ale total syf. Oni chyba wszyscy mają to głęboko w dupie. Tu jakiś klapek przed domem, tu stara dziecinna zabawka,

tu puszka po piwie, tam stara skarpetka. Ziemia tutaj jest czerwona, na tej ziemii cały syf, po tym syfie chodzą kurczaki, koty, psy, małpy. Intrygujący jest natomiast fakt, że jaka by bida nie była, jaki syf, to antenę satelitarną znajdziesz nawet w najmniejszym i najskromniejszym domu. Pewnie każdy chce oglądać Króla. Z Królem to w ogóle też jest ciekawy temat. Jego poprzednik zmarł niespodziewanie i On nagle objął tron. Nie bardzo go wtedy lubili, a teraz go kochają. Ma już sporo lat na karku, ale jego zdjęcia, pomniki, portrety można znaleźć wszędzie. Ulice, szkoły, banki, knajpy, stacje benzynowe, pralnie, doslownie wszędzie.

Jest nawet zapis w prawie, który mówi że idzie się do paki za mówienie źle o Królu. Król swoje lata ma, a Jego najstarszy potomek jest niezbyt lubiany przez tłum. Nie bardzo wiadomo co to będzie jak Królowi przyjdzie zemrzeć.
Łódka po lewej, to "longtail". Popularny typ łodzi używany do wszelkiego transporu i połowów. Z tyłu łódki zawsze dostrzec można szczyt tajskiej myśli technicznej, silnik zapewne od kosiarki lub innego dwusuwa. Śmierdzi na kilometr, słychać go na dwa a prędkość rozwija ślimaczą. Są pewnie łatwe w naprawie i tanie, więc każdy ma silnik na patyku i śrubę na końcu.

Przedwczoraj, podczas wycieczki na połów psów w ramach pracy, nagle coś mi zaczęło śmiesznie zgrzytać w przednim kole mojej niebieskiej strzały. Myślałem, że może hamulce coś ocierają, albo że złapałem gumę. Okazało się, że problem jest poważniejszy, bo się całe koło obluzowało i śruby mocujące mało nie odpadły. Jestem na totalnym zadupiu, 30km od schroniska i weź tu człowieku coś zrób. Okazuje się, że jak się dobrze człowiek wpatrzy w krajobraz i wszystkie te małe budyneczki przy drogach, to co chwilę znaleźć można profesjonalną stację diagnostyczną, połączoną z możliwością zrobienia certyfikowanego przeglądu pojazdu.

A poważnie, to mechanik bez zębów na przedzie zapytał o co chodzi rozkładając ręce w pytającym geście a ja równie płynnym międzynarodowym migowym wyłuszczyłem mu problem wskazując na przednie koło i wydając piszczące dźwięki "ioio". Profesjonalista w każdym calu rzekł "łanhindretfiftybat & tirty". Po trzydziestu minutach i uiszczeniu opłaty w wysokości 150 bahtów, fura była jak nowa.
Na zdjęciu po lewej zauważyc można naturalne środowisko, w którym żyją tutejsi weterynarze po godzinach pracy. Teraz podobno jest jeszcze pusto, bo nie sezon. Plaże puste i większość barów zamknięta, ale za miesiąc,

wszystko ma się zmienić. Podobo w sezonie są tłumy. Cieszę się więc, że mogę podziwiać takie widoki póki jeszcze pustawo. Kończę na dzisiaj, bo robota wzywa. Trzymcie się ciepło ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz