sobota, 15 września 2012

Poprzedniego posta chciałem postawić kilka dni temu, ale neta nie było. Dzisiaj wrócił o tyle o ile. Zdjęcia będą jutro, obiecuje. Dzisiejszy dzień to w skrócie pasmo niepowodzeń, pecha i wszelkich klątw egipskich. Rano musiałem pojechać do restauracji, którą widzieliście na zdjęciach. Jej właścicielka jest założycielką schroniska i oba te miejsca dzielą jedno auto.
Wczoraj podjęcliśmy kolejną próbę łapania psa na wyspie, ale pogoda była kiepska (od tygodnia pada. Mocno ale okresowo), więc umówiliśmy się z lokalnym rybakiem, że przed wypłynięciem na połów zabierze nas na tą wysepkę.
Żeby złapać psa, trzeba było zabrać auto. Nie wiadomo było kto będzie prowadził i koniec końców padło na mnie. No dobra, zaoferowałem się. Stawiłem się pod restauracją w wyznaczonym czasie, wziąłem kluczyki, wsiadłem do Forda Ranger'a i ruszyłem. Przejechałem ze dwadzieścia metrów i zakopałem się na amen w błocie na dolotówce do głownej drogi. Poszukiwania pomocy skończyły się przyprowadzeniem czterech Tajów, którzy najpierw mieli niezły ubaw, że się farang (obcokrajowiec) tak łatwo zakopał. Potem jednak okazało się, że Tajowie też nie bardzo dawali radę mnie wyciągnąć. Jakoś wypchnęliśmy auto po pół godziny. Cały w błocie rozpocząłem dzień. Po 30-40min jazdy dotarliśmy do starego miasta na wyspie, skąd mieliśmy ruszać. Rybaka o planowanej dziesiątej ani widu ani słychu. Myśleliśmy, że organizuje on sobie dzień według tak zwanego (Thai time czyt. pół godziny w te czy we wte, jeden grzyb). Po poł godziny daliśmy za wygraną. Plan B zakładał strzelanie do psów w pobliżu starej buddyjskiej świątyni. Odziani w podkoszulki, krótkie spodenki i japonki zaczęliśmy się przedzierać przez las. Znaleźliśmy dwa stada, ale szybko zawinęły kopytka i dały nura w dżunglę. Wracając, zmokliśmy nieprzeciętnie. Widok nawałnicy w dżungli w strefie międzyzwrotnikowej jest oszałamiający. Widoczność spada do jakichś 10 metrów max. Tak leje. Cali mokrzy przystąpiliśmy do realizacji planu C. Zakładał, że zabierzemy parę kotów od wcześniej umówionej kobiety, zrobimy zabiegi i odwieziemy wieczorem. Koty przyjechały do schroniska i chcieliśmy zaczynać. Jeden z nich, zaraz po głupim jasiu zdołał wydostać się z koszyka i biegał tam i spowrotem po sali operacyjnej. Tutaj muszę przyznać- co stało sie potem, było moim głupim błędem. Zamiast rzucić na kota ręcznik, przystąpiłem do akcji podjęcia kota, totalnie nieuzbrojony. Efekt jest taki, że piszę tego bloga z obiema rękami w bandarzach, po przyjęciu końskiej dawki antybiotyku ogólnie i miejscowo. Nie jest tak źle jak może to brzmieć, mam parę zadrapań i parę ugryzień. Byle tylko do wtorku się w miarę zagoiło, tak żebym mógł operować w klinice.
Poza tym wszystko dobrze, jutro postaram się wrzucić jakieś zdjęcia.
Pozdro ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz