Hej. Wczorajszy wieczór i dzisiejszy dzień to strasznie dużo opowiadania i sporo zdjęć, ale postaram się je wszystkie zmieścić i w miarę chronologicznie opowiedzieć o tym co się działo, a działo się dużo. Przed wyjściem na wczorajszą imprezę znaleźliśmy naszego nowego pupilka, widocznego na zdjęciu obok. Tutaj robactwo każdego sortu i maści jest w formacie xxl. Na całe szczęście ten jest zupełnie niegroźny i może i jestem nieco skrzywiony, ale wygląda bardzo ładnie i fajnie się porusza. Wygląda to jak fala przelewająca się przez jego nogi, a ma ich koło miliona ;). Po sesji fotograficznej zwróciliśmy mu wolność.
Pózniej przyszedł czas na pożegnanie wolontariuszki z Polski, która opuszczała Tajlandię. Całą watahą poszliśmy do Niej, gdzie jedliśmy specjały kuchni tajskiej a przy okazji mieliśmy widok na ocean. Tuż za tarasem na którym siedzieliśmy rosło sobie takie oto drzewko ;) Niby człowiek przyjeżdża do innego miejsca, niby ludzie troche inni, inny język, ale wydaje się, że nie jest to aż tak daleko. Takie zdjęcia, czy obrazy na żywo uświadamiają człowiekowi, że to jest jednak turbodaleko i że to zupełnie inny świat, klimat etc. Szczerze powiem, że przez chwilę byłem osłupiały. Muszę jeszcze gdzieś znależć rosnące ananasy ;)
Dzisiaj rano, miałem chwilę przed pracą, żeby wypić kawę, obudzić się i dojść do siebie. Udało mi się też zrobić parę fotek miejsca w którym pracujemy, żyjemy i mieszkamy. To po lewej, to widok z kuchni, na klatki dla psów. W tej chwili w ośroku, mamy 32 psy i 20 kotów, które staramy się powierzyć komuś, kto będzie w stanie się nimi zaopiekować i je przygarnąć. Problem pojawia się, kiedy mamy do czynienia z częścią miejscowych ludzi. Są nastawieni na pieniądze i tylko to się dla nich liczy. Dobro psiaków, czy kociaków jest na bardzo odległym miejscu. Na szczęście są turyści, zafasycnowani naszą pracą i część naszych podopiecznych ląduje w europie! ;)
To jest nasz gabinet zabiegowy. Jest to jedyne miejsce w całym ośrodku wyposażone w klimę ;) Wbrew pozorom, zaopatrzenie i wyposażenie lecznicy stoi na niezłym poziomie. Brakuje jedynie specjalistyczego sprzętu takiego jak RTG, USG. Leki są regularnie uzupełniane, w zasadzie mamy wszystko czego nam trzeba. Każdego dnia zaczynamy pracę od podawania leków zwierzakom, które mamy "na stanie". Robimy rundkę, sprawdzamy karty pacjentów i aplikujemy odpowiednie leki. Nie zajmuje to dużo czasu, więc możemy skupić się na pacjentach, którzy przynoszeni są przez właścicieli lub turystów, a w takim miejscu czasem zdarzy się ktoś wyjątkowy... :)
Nasz pierwszy pacjent dzisiaj, to, jak się później dowiedziałem, afrykański jeż białobrzuchy. Wygląda jak widać, jest nieco mniejszy od naszych polskich jeży i w większości jest biały. Przyniosła go para turystów, którzy opiekuja się dwójką takich stworzonek. Temu przytrafiło się pogryzienie przez psa/kota/jakiekolwiek inne dzikie dziwne zwierzę. Jeżyk został zaopatrzony w środki przeciwbólowe, antybiotyki i środki do pielęgnacji rany. Rana na szczęście nie była zbyt wielka i wszystko powinno skończyć się dobrze. Ciekawe jest to, że nasze jeże przy najmniejszym dotyku robią z siebie kulkę, ten natomiast niczego się nie bał mordką wąchał każdą rękę, która się do niego zbliżała.
Jak widać był równiez czas na zdjęcia ;) Po jeżyku mieliśmy kilku pacjentów którzy wymagali podtsawowego leczenia. Tu świerzb w uchu, tu coś innego co sprowadzało się do podania odpowiednich środków. Największym problemem tutaj, jest przekonanie ludzi, żeby regularnie podawali leki, troszczyli się o zwierzaka i przychodzili na kontrole. Wychodzą chyba z założenia, że jak przeżyje to przeżyje, a jak nie to sie weźmie następnego, przecież jest ich tu tyle. Szkoda tylko, że totalnie nie wspołpracują. Każdemu trzeba pięć razy powtórzyć co ma robić, ile razy dziennie itd. Co i tak nie daje pewności, że ktoś będzie to robił, a tym bardziej że pojawi się na wizytę kontrolną.
Chwilę później mieliśmy przerwę na lunch i zrobiliśmy sobie wycieczkę krajoznawczą. Okazuje się, że na wyspie, która ma około 30km północ-południe i ok. 5km wschód- zachód, w każdy dzień tygodnia otwarty jest bazar na którym można kupić sto tysięcy rzeczy. W każdy dzien tygodnia bazar zmienia swoje miejsce tak, żeby większość ludzi mieszkających na wyspie miała dostęp do świeżych warzyw, owoców. Pomysł świetny. Dzisiaj bazar był dość daleko, ale z przyjemnością przejechaliśmy się te kilkanaście kilometrów. Jedyny problem, jak się potem okazało to słońce. Byliśmy pod gołym niebem może max godzinę a zjarany jestem na ceglany czerwony.
Jak widać, na bazarze można nabyć suszone rybki. Kumpel nabył porcyjkę dla spróbowania. Przywieźliśmy to coś do lecznicy i mieliśmy nadzieję wszamać w wolnym czasie. Szczerze powiem, że smakowało jak rybna guma do żucia. Na początku próbowałem to cholerstwo żuć, gryźć, jakkolwiek przełknąć, ale po jednym sporym kęsie poddałem się. Kiedy kilka gdzin później do lecznicy przyjechał głowny tajski weterynarz, uświadomił nas, że te akurat rybki pasowałoby najpier ugotować :D To by rozwiązywało kwestię twardości i gumowatości ryby, która dawała zapachem na całą lecznicę. Człowiek się uczy każdego dnia. ;)
Na tym stoisku pan oferował świeże rybki. Zapach przyćmiewał połowę całego targu. Kwestia przyzwyczajenia, jak sądzę. Wszystko wszystkim, mogę próbować miejscowej kuchni, ostrego żarcia, jedzenia dziwnych rzeczy z grilla na patyku (dzisiaj skusiłem się na coś w rodzaju szaszłyka z mięsa mielonego z warzywami, owiniętego w glony. Calkiem pożywne a za złotówkę ;)), ale jednak po zajęciach na studiach, na których opowiadano nam o pasożytach żyjących wewnątrz ryb, zrezygnowałem. Zwłaszcza, że spośród omawianych wszystkich pasożytów, jakieś 80-90% żyje w południowo wschodniej azji. Rybka chętnie, ale głęboko mrożona.
Ten stragan natomiast okazał się odkryciem dnia. Kumpel doradził, żeby kupić kilka tych owoców na spróbowanie. Wrażenie podczas kupowania jest niesamowite. Przyjeżdżasz Bog wie gdzie, idziesz na targ, a tam sprzedają coś co widzisz pierwszy raz w życiu na oczy. Pan bardzo miły, pozwolil mi nawet samemu wybrać sobie te sztuki które chce. No i klops. Ja rozumiem, że pomidory mają być miękkawe ale jędrne, że ananas jest najlepszy jak mu rośnie tyle a tyle zielonych liści z góry, że arbuz musi dawać pusty dźwięk, ale weź człowieku wybierz dobre/ dojrzałe to coś czymkolwiek to jest. Przyjąłem taktykę "biorę na pałę każdy rodzaj, następnym razem będę mądrzejszy".
Kolejny stragan pod tytułem "weź chili, zrób z tego co się da". Mnogość kolorów i konsystencji jest powalająca. Zielone chili, czerwone, każdokolorowe. Pasta, proszek, wióry, płyn. Czego dusza zapragnie. Plus jakieś proszki w jakichś workach. Dla kogoś, kto nie miał styczności wybór sprowadza się do decyzji: -wezmę sypkie czy lepkie, zielone czy czerwone. Nie wziąłem niczego, ale paleta barw mnie powaliła. Pani w szmatach od stop do głów również. Dzisiaj było minimum 35 stopni a sprzedawczyni zachowywała się jakby miała czterostrefową klimę pod ciuchami. Zazdorszczę adaptacji. Pocę się litrami.
Kolejny ciekawy stragan. Tutaj może mniej kolorowo, za to zapachy... Nie do opisania. Wszystko to, to świeże zioła. Jak czasem w Polsce ktoś trafi dobrą tajską knajpę, można poczuć taki zapach, ale w stężeniu sto razy mniejszym. Daje po nosie niesamowicie, ale w pozytywnym sensie. Szkoda tylko, że nie jestem jakimś szefem kuchni. Prrzynajmniej kimś kto jakkolwiek zna się na tym. Pewnie z tego można wyczarować niezłe posiłki. O ile ktoś się zna i wie, że to zielone tak, a to zielone już nie. Wyższa szkoła jazdy. Tak czy inaczej dla samego zapachu warto było postać chwilę. Zawiodłem sprzedawcę, który ewidentnie chciał mi wcisnąć z pół tego stołu.
Tu natomiast można nabyć owoce przypominające kolczaste śliwki. To te po prawej. Nazywa się to ranbutan, albo rambutan, muszę sprawdzić. Bogatszy w poradę już wiem, że czerwone dojrzałe, zielone jeszcze nie. Proste. Jak większość naszych swojskich owocowarzyw. Problem pojawia się w momencie, kiedy czlowiek chce się dostać do środka takiego czegoś. Na począku myślałem, że to jest kłujące cholerstwo, ale okazało się, że to bardziej włoski niż kolce. Całkiem dobre, mocno słodkie i soczyste. Co to jest to po lewej, zabijcie mnie nie mam pojęcia. :D Ale jak znam życie i ichniejsze specjały, też pewnie dobre.
Znalazł się również sławny duran. Najbardziej śmierdzący owoc kraju. Na wszystkich lotniskach, we wszystkich urzędach, w miejscach gdzie gromadzi się sporo ludzi istnieje całkowity zakaz wnoszenia tego paskudztwa. Za złamanie zakazu grozni pokaźny mandat. Podobno gdzieś można trafić na niego pokrojonego w plasterki. Nie będę brał całego tylko po to, żeby powąchać i wywalić. Słyszałem, że daje trochę jak szwajcarski ser. Zapach zapachem, ale wygląd też osobliwy. W ogóle mają tu dużo owoców, które są owłosione, albo mają kolce czy inne wypustki. Ciekawostka- w Tajlandii nie ma cytryn. Za gorąco! :D Za to limonki na każdym rogu.
Po bazarze uznaliśmy, że wreszcie zobaczę jak wygląda plaża. No i wygląda tak, że nie bardzo wiem jak ją opisać, a zdjęcie oddaje może ułamek procenta. Woda nie jest najczystsza, ale w calym regionie próżno szukać wody o przejrzystości tej np. w Chorwacji. (Chwilowa przerwa w pisaniu bloga- wyganianie gekona, który żywo interesuje się pisaniem :D). Plaża niby jak plaża.. ale jak człowiek wejdzie stopami do wody, to można przeżyć szok. Zwlaszcza, jeśli ktoś moczył tyłek w Bałtyku. Temperatura wody jest tutaj przez cały rok zbliżona do temperatury ludzkiego ciała. A no i plaże puste, bo nie sezon turystyczny.
Zdjęcia mówią same za siebie, człowiek staje na brzegu, dech mu zapiera i może tak stać i stać. (Przy okazji smażyć się na słońcu, które jest bezlitosne) Niestety na części plaż, poza sezonem turystycznym jest dość brudno. Prądy morskie jakoś tak hulają, że przynoszą śmieci z innych wysp. Jak się zaczyna sezon turystczny, to nagle właścicielom wszystkich barów i hoteli przy plaży zaczyna zależeć na środowisku. Organizują się w większe ekipy i sprzątają cały ten bajzel. Poza sezonem mieszkańcy magicznie uniewrażliwiają się na problemy ekologii. Wzdłuż całej wyspy ciągną się plaże i z głownej drogi co chwilę znajdzie się wąską drogę na brzeg.
Jak ktoś ma ochotę to i pohuśtać się można. Nie wiem czemu, ale huśtawka na rajskiej plaży, zawieszona na jakimś dziwnym drzewie strasznie mnie urzekła. No i zdjęcie mi się podoba. To miejsce jest akurat jednym z najbardziej odludnych. W okolicy nie mażadnych barów, ścieżka od głownej drogi prowadzi przez błotniste kałuże. Idąc od drogi trzeba uważać na palmy kokosowe. Rośnie ich wszędzie na potęgę, a podobno kokosy zabijają rocznie więcej ludzi niż rekiny. Byliśmy bardzo ostrożni, ale jakoś nic nie chciało nawet postraszyć i spaść obok. Tak czy inaczej widok taki, że stać stać stać i patrzeć patrzeć patrzeć.
Weźmie dziecko w polskim lesie przewróci kamienia, to pod spodem zobaczy robaczka, mróweczkę, może jakąś gąsieniczkę, generalnie mikroklimat pelną gębą, bo w skali mikro. Odwrócisz kamienia w Tajlandii, a tu mikroklimat w skali makro. Krab pustelnik razy x. Za dnia chowają się pod kamieniami, w wykopanych w piasku jamkach, czy w wodzie. Najlepsze jest to, że każdy z nich przywłaszczył sobie inną skroupkę po ślimaczku czy innym żyjątku, więc teoretycznie każdy wygląda inaczej. Jeden taszczy czarną skorupę świderka, drugi białą okrągłą a trzeci kolorową z dziwnymi wypustkami. Ruszają się dość wolno, są totalnie niegroźne, chociaż jeden poczęstował mnie szczypcami.
Wyglądają trochę jak ufoludy. Jak im się domek znudzi i robi się za cisny, to opuszczają muszlę i szukają innej większej. Podobno są na tyle sprytne, że są w stanie nieznacznie powiększyć muszle od środka, ale tak, żeby nie naruszyć ich sztywności. Ich mnogość rozmiarów, kształtów muszli i także sposobów chodzenia jest zaskakująca. Większość, jak przystało na poważne kraby popylają do przodu. Czasem kiedy czuja się zagrożone, lub chcą ominąć przeszkodę ida w bok. Mistrzem świata byl jeden, który na pełnej swojej prędkości szedł do tyłu. Nic chłopak nie widział, muszla większa od niego ale miał swój styl ;)
Czasami bywają również ciekawskie i towarzyskie. Weźmiesz takiego w rękę, masz poczucie że powinien się schować a ten wyłazi i częstuje cię szczypcami. Po calym dniu, wieczorem, kiedy robi się ciemno, plaże zaczynają tętnić życiem. Byliśmy właśnie na plaży po zachodzi słońca. Setki krobów, krabików drałują w każdą możliwą stronę w poszukiwaniu jedzenia. Dobrze jest mieć latarkę, bo trzeba uważać gdzie stawia się stopy. Cała plaża się rusza. Jedne wolno, inne szybko, ale wrażenie jest niesamowite. w tle niestety wpomniane małe wysypisko śmieci naniesione przez ocean z innych wysp. Na cale szczęśnie nie jest tego dużo i tylko w nielicznych miejscach.
To jest owoc.
Tak się owoc otwiera.
Tak wygląda w środku. Jadalna część to ta biała. Mega słodka i mega soczysta. Myslę, że mogę ogłosić konkurs. Autor pierwszego komentarza z prawidłową nazwą owocu dostanie kilka na spróbowanie ;)
Plan na wieczór, po całym dniu był taki, że idziemy sobie na plażę, potem idziemy coś zjeść a na koniec otworzymy jakieś miejscowe piwo. Jak widać na zdjęciu, na plaży byliśmy. Pózniej przyszla kolej na jedzenie. Zdecydowaliśmy, że odwiedzimy knajpkę nieco dalej od naszej lecznicy, ale za to z przepysznym jedzeniem. Zdanie wtrącenie- zawsze kiedy nie ma żadnego z lekarzy w lecznicy, ktoś z nas ma telefon lecznicowy na wypadek wypadku. Przyjeżdżamy pod knajpkę, siadamy wygodnie, otwieramy menu, podchodzi kelner, pyta o zamówienia, dzwonie telefon- kot pogryziony przez psa. Rzucamy wszystko, przepraszamy kelnera, obiecujemy że wrócimy i odkręcając gaz na maksa w naszych skuterach pędzimy do lecznicy.
Na miejscu okazuje się, że kto na szczęście nie ma żadnych poważniejszych obrażeń, ale... był leczony aspiryną :/ Biegunka jak stąd do Bangkoku. Leki, dieta, izolatka. Miejmy nadzieję, że jutro będzie lepszy. Wsiadamy znowu na nasze 50cio centymetrowe strzały i lecimy spowrotem do knajpy. One chyba wszystkie odblokowane są, bo z górki setuchną polecą ;). Może nie jest to motocykl, ale dwa kółka zawsze. A i sporą frajdę sprawia jazda bez kasku. Nie w kwestii braku bezpieczeństwa, czy brawury, ale wiatru we włosach, komarów na zębach etc., ;) Pojazd przyjemny, mało problematyczny, wsiadasz, odpalasz, jedziesz, zsiadasz, zostawiasz gdziekolwiek. Każdy tu ma skuter, więc bezpiecznie.
Podczas jedzenia czegoś co nazywa się Pat thai (azjatycki makaron, warzywa, smażona wołowina, krewetki, polane sokiem z limonki i posypane mielonymi orzechami- przeprzepyszne), ustalamy, że jak się ściemni idziemy na plażę pooglądać kraby i poszukać ciekawych zwierząt. Jedziemy znowu spory kawał, znajdujemy plażę, ciemno jak w d. Zaczynamy zwiedzanie po wystających kamieniach. Tu rybka, tu krewetka, tu krabik w muszelce, tu krabik bez muszelki, generalnie sielanka, nagle mamy okaz! Wąż! Wpełzło bydle pod kamień. Przewracamy kamie, macamy węża, podobno "to nie wąż bo ma dziwną konsystencję" - słowa kumpla świra na punkcie dziwactw zwierzęcych.
To jak nie wąż, to co do cholery? Zdjęcie może nie jest najlepsze, ale jak się przypatrzycie do zobaczycie podmiot naszych rozważań. Po kilku minutach, w których dwóch weterynarzy szturcha patykiem coś co się rusza i drapie się po głowach w poszukiwaniu nazwy, wreszcie mamy! Wężowidło! No i weź to człowieku ogarnij. Tarczka w środku jak złotówka, a od niej pięć "nóg" długich na 20cm, każda jak mały wąż. Rusza się to dziwacznie, wrażenie robi jeszcze dziwniejsze. Pokrewieństwo to podobno ma jakieśtam z rozgwiazdą. Wężowidło wygrało konkurs na zdziwienie dnia. Jak głupki siedzieliśmy nad nim sporą chwilę. Kończę powoli, jutro czeka mnie misja, na cały dzień opuszczamy klinkię, ale o tym jutro. ;)



























Super się czyta, zdjęcia świetne. Trzymaj tak dalej.
OdpowiedzUsuńA owoc to mangostan.
Nie musisz przywozić :]
O a ja poproszę o próbki tych przypraw :)
OdpowiedzUsuń