sobota, 15 września 2012

Hej. Blog chwilowo umarł, jak dało się zauważyć. Przyczyn było kilka. Po pierwsze internet. Raz jest, raz go nie ma. Po drugie, po kilku pierwszych dniach ekscytacji, zaczęła się codzienna praca. Dzisiaj zdjęć nie będzie, bo w zasadzie nie ma nowych. Będą za to spostrzeżenia. Ludzie w Tajlandii to w większości buddyści, ale na wyspie na której jestem, jest 98% muzułmanów. Nie wiem czy o tym wspominałem, czy nie ale i tak od tego trzeba zacząć. Oni wszyscy generalnie nienawidzą psów. Kot- ok, przyniosą, odrobaczą, wysterylizują itd. ale pies jest brudny, do niczego nie potrzebny. Co więc robią? Wyłażą po zmroku (ok, 19:00 jest już ciemno) i rozrzucają na plażach mięso z trutkami. Są przy tym dość twórczy. Trutka na szczury, substancje fosfoorganiczne, czy wspomniane w filmie haczyki na ryby. Te pozostałe 2 procent buddystów na wyspie ma psy i troszczy się o nie, ale nie trzymają ich w domach. Jak taki pies zje zatrute mięso, to zanim właściciel to zauważy mija 12- 24 godziny. Po takim czasie zwierzę praktycznie nie ma szans. Wczoraj albo przedwczoraj (każdy dzień jest tu taki sam, wszystko się miesza) wezwano nas do przyniesionego psa. Z początku tylko się ślinił, a skończyło się drgawkami, o nasileniu jakiego jeszcze nie widziałem. Po paru godzinach walki o psiaka, niestety jedynym słusznym wyjściem była eutanazja. W schronisku mamy też dużo czarnych kotów. Koty są spoko, ale nie czarne. Czarny kot to pech, a jak przejdzie nad grobem zmarłego, to ten powróci do życia jako zombie. Największą obrazą dla miejscowych, jest dotknięcie ich głowy, albo pokazanie im podeszwy stopy. Lewa ręka jest brudna i nie można nią nic robić. Jak się jest leworęcznym to ma się pecha. Chociaż może wszystkim leworęcznym, skutecznie leworęczność wybijają z głowy w szkole. Mentalność ludzi jest tak totalnie różna, że na początku człowiek się boi zrobić cokolwiek, bo się wkurzą, zabiorą chore zwierzę i porzucą. Kolejna rzecz. Ciężko im zgodzić się na uśpienie zwierzaka. Mają podejście (o ile już)= weźmiemy do weterynarza, ale jak nie może pomóc, to taka jest kolej rzeczy i zwierzę powinno sobie zdechnąć samo. Chyba nie ma co oceniać do końca. Oni o nas myślą, że mamy chore podejście do wielu spraw i każdy twierdzi, że jego jest właściwe.
Kilka dni temu robiłem swój pierwszy zabieg tutaj. Oprócz niewielkich różnic, których nigdy wcześniej nie widziałem, było ok. Różnice to cięcie na ok. 1cm (nie włożysz palca, nie ma bata), używanie haków (weź tu człowieku znajdź coś grubości sznurówki w kocie, igła wielokrotnego użytku, nieco inne szwy. Generalnie luzik, byleby się oswoić z nowymi metodami. Poza zabiegami, każdy z nas powoli zaczyna przyjmować swoich pacjentów od początku do końca. W sumie to regularna robota, jak gdziekolwiek indziej, ale w skrajnie innych warunkach, otoczeniu etc.
No może nie do końca tak regularna, bo jutro rano jedziemy polować na psy, w pracy starasz się nauczyć podstaw tajskiego, a operowanego kota nie zobaczysz już nigdy więcej. W przyszłym tygodniu nie będzie postów na blogu, ani kontaktu ze mną, bo wyjeżdżamy z mobilną kliniką na inną wyspę, żeby tam przez pięć dni od rana do wieczora kastrować i sterylizować co tylko nam wpasnie w łapy. Założony limit dzienny to 25 suk, 25 kotek, psów i kotów ilebądź. Tam ani neta ani cywilizacji, więc nie zdziwię się jak będziemy otwierać zwierzęta pod chmurką. Jak stamtąd wrócę, to z pewnością wrzucę zdjęcia i opiszę całą akcję.
Mamy jednego weta z Singapuru. To jest miejsce w którym mógłbym żyć (przynajmniej przez kilka lat). Pensje takie, że nawet nie będę pisał, bo to nie ma sensu. Koszty zabiegów takie,  że jakbym zrobił dwa zaszycia trzeciej powieki to mógłbym spokojnie żyć w Polsce przez miesiąc. Koszty oczywiście są tam większe, ale fascynuje mnie mentalność tamtych ludzi. Podobno jest tam supersterylnie, megaczysto. Wieżowce, szmerybajery Nowy Jork się chowa. Mają tam tez bardzo surowe prawo. Złapali niedawno amerykanina który sprayem pomalował kilka aut. 2 lata w pace i (uwaga!) 8 batów. Nie jakichśtam lekkich, tylko takich że skóra szeroko się otwiera. Kraj cywilizowany, budowany na angielskiej potędze dawnych czasów, więc po każdym urzerzeniu bat jest sterylizowany, a lekarz sprawdza czy się nie mdleje i czy można zalożyć następnego. Czad :D Amerykańce zaczęli się stawiać, że to niehumanitarne, Obama nawet napisał list do sądu w Singapurze. List rozpatrzyli... z ośmiu zrobili mu sześć :D. Coś czuję, że zagoszczę dłużej w Azji. Bardzo mi się podoba, jak ludzie tutaj odnoszą się do świata. nagle okazuje się, że Europa to tylko jego mały kawałeczek, a do zwiedzenia jest tak cholernie dużo.
Co chwilę przychodzi mi coś nowego na myśl. Tak totalnie różowo to tu nie jest, bo jeden z naszych wolontariuszy właśnie przechodzi gorączkę Dengi. Paskudztwo, szczepionki nima. Najgorsze, że rozprzestrzenia się całkiem szybko, a nasz kolega odpoczywa dwa pokoje dalej. Zlewam się plynami na komary i jest spoko.
Jak mi coś wpadnie do głowy o czym wartoby napisać, to postaram sie zapamiętać. Pisanie zajmuje dość sporo czasu a jak się kończy pracę o piątej i o siódmej jest ciemno to się chce pojechać gdziekolwiek, cokolwiek zoabczyć. Potem kolacja i kima, bo każdego kolejnego dnia trzeba wstać i na migowy dogadywać się z Tajami, którzy przychodzą ze zwierzakami. Mogę gadać, że praca taka czy taka, ale nie ma co. Daje satysfakcję jak cholera.
Do następnego ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz