sobota, 1 września 2012

W końcu na miejscu ;)

Hej :)

Po pierwsze żyję i mam się dobrze ;) Ale po kolei. Cała podróż zaczęła się od jakże wspaniałej pobudki o 03:45. Najblizsi moi postanowili towarzyszyć mi w niedoli i wspaniałomyślnie odtransportować mnie na krajowy terminal do Krakowa. Na miejsce przyjechaliśmy zdecyowanie za wsześnie, no ale już trudno. Lepiej tak, niż odwrotnie. Do Warszawy przetransportował mnie Bombardier. Dla mnie największą atrakcją lotu było przypomnienie sobie studenckich czasów latania, dla wszystkich innych pasażerów, siedzący kilka miejsc za mną Adamczyk. W Warszawie musiałem ponownie nadać bagaż, bo lot z Krakowa był rezerwowany później. No i zaczęły się atrakcje. Linie lotnicze KLM uznały, że wprowadzą elektroniczny check-in. W związku z tym otworzyli normalnego check-in'a dużo później. Dziki tłum, nikt nic nie wie, szał, ludzie biegają, ogólnie rzecz biorąc impreza pierwszej wody.
Po całym zamieszaniu cierpliwe oczekiwanie na otwarcie bramek zaowocowało zdjęciem podjeżdżającego pod rękaw Boeinga 737.

W międzyczasie zauważyłem coś, co potem powtarzało się na każdym lotnisku, a wydatnie złagodziło ból podróżowania - palarnie w strefach bezcłowych. Z Warszawy ruszyłem gdzieś zaraz po dwunastej i o czternastej punkt byłem w Amsterdamie. Zważywszy na fakt, że nie zdażyło mi się wcześniej podróżować samolotami odlatującymi z lotnisk pasażerskich, Okęcie wydało mi się spore... Dopóki nie zobaczyłem lotniska w Amsterdamie. Przykryłbyś tym z pół Tarnowa. Kolos. Po zwiedzeniu jego niewielkiej części przyszedł czas na najdłuższy w całej podróży, lot. 11 godzin to sporo, ale samolot na miarę lotów międzykontynentalnych. Boeing 777-300

Na pokładzie żarcia, picia do woli. Do tego kocyk, ekrany w zagłowkach z grami, najnowszymi filmami, serialami itd. Full wypas. Wyleciałem z Amsterdamu o godz 17:50, a do Bangkoku przyleciałem o 09:35 czasu lokalnego (Tajlandia ma +5 godzin w porównaniu do aktualnego czasu polskiego), czyli o 4:35 czasu polskiego.
No i tak naprawdę od tej pory zaczyna się właściwy wips... Cywilizacja zachodnia została na pokładzie Boeinga, a ja z plecaczkiem ruszyłem eksplorować lotnisko w Bangkoku. Kilkanaście godzin wcześniej myślałem, że lotnisko w Amsterdamie jest megaduże. Myliłem się nieco, jest bardzo duże, bo megaduży jest Bangkok. Przerażenie i poczucie zagubienia potęgują jeszcze wszechobecne na drogowskazach krzaczki, oraz informacje nadawane przez megafon, brzmiące jakby ktoś się dławił jedząc ichniejszy makaron. Pierwsze mocne zderzenie z inną kulturą, które rozdziawiło mi japę (która, swoją drogą pozostaje rozdziawiona), to taki oto widok za oknem lotniska:

Z Bangkoku wyleciałem Airbusem A230 do wcześniej wspomnianego Krabi (w tajskim akcent na "i", brzmi prześmiesznie. Jak ktoś nie wie jak to brzmi niech sobie zrobi cienki głosik azjaty i prawie krzyknie ostatnie "i", no paść można) o 12:05 a o 13:20 byłem już na docelowym lotnisku. Kolejne zderzenie z inną kulturą to pokładowy poczęstunek. Na pierwszy rzut oka wszystko ok- puszka z napisem Green tea i jakaś bułka. Zaczęło się robić podejrzanie, kiedy na bułce zauważylem lukier. Myślę sobie, na słodko. Guzik. W środku gotowana ryba :D Ale po pierwszym szoku całkiem zjadliwe. Pomyślałęm, że chociaż porządną zieloną herbatą popiję. Mhm, tak jasne. Zielona herbata to to może i była, ale chyba zmieszana z wyciągiem z pszenicy. Jakbyś namoczył pół pola owsa i zalał kubkiem herbaty. Czad.
Przy starcie pomyślałem sobie, że sobie Bangkok zobaczę z góry. zobaczyłem może z ćwierć. Przeogromne.
Lądując w Krabi, człowiek czuje się jakby się w godzinę przeniósł do innego świata. Jeden, może dwa pasy asfaltowe, reszta z czerwonej ziemi/gliny. Budynek lotniska wygląda jak 1/3 tarnowskiego dworca PKP. Jeszcze w samolocie spotkałem parę polaków podróżujących po Tajlandii i kilku sąsiednich krajach. Wymieniliśmy się mailami i wiedliśmy do autobusu. Plan był taki, że na lotnisku w Krabi kupuję bilet na dwa autobusy. Pierwszy do miasta Krabi (15min drogi), drugi z miasta na moją wyspę Koh Lantę (3godz wliczając dwie przeprawy promem).
Pierwszy z autobusów, gdyby nie to, że miejsce na bagaż miał tam gdzie powinny być pierwsze trzy rzędy siedzeń ( i wszystko talało się na zakrętach tam i spowrotem), byłby w miarę normalny. Podróż faktycznie zajęła koło piętnastu minut.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz