Hej. Wczorajszy wieczór i dzisiejszy dzień to strasznie dużo opowiadania i sporo zdjęć, ale postaram się je wszystkie zmieścić i w miarę chronologicznie opowiedzieć o tym co się działo, a działo się dużo. Przed wyjściem na wczorajszą imprezę znaleźliśmy naszego nowego pupilka, widocznego na zdjęciu obok. Tutaj robactwo każdego sortu i maści jest w formacie xxl. Na całe szczęście ten jest zupełnie niegroźny i może i jestem nieco skrzywiony, ale wygląda bardzo ładnie i fajnie się porusza. Wygląda to jak fala przelewająca się przez jego nogi, a ma ich koło miliona ;). Po sesji fotograficznej zwróciliśmy mu wolność.
Pózniej przyszedł czas na pożegnanie wolontariuszki z Polski, która opuszczała Tajlandię. Całą watahą poszliśmy do Niej, gdzie jedliśmy specjały kuchni tajskiej a przy okazji mieliśmy widok na ocean. Tuż za tarasem na którym siedzieliśmy rosło sobie takie oto drzewko ;) Niby człowiek przyjeżdża do innego miejsca, niby ludzie troche inni, inny język, ale wydaje się, że nie jest to aż tak daleko. Takie zdjęcia, czy obrazy na żywo uświadamiają człowiekowi, że to jest jednak turbodaleko i że to zupełnie inny świat, klimat etc. Szczerze powiem, że przez chwilę byłem osłupiały. Muszę jeszcze gdzieś znależć rosnące ananasy ;)
Dzisiaj rano, miałem chwilę przed pracą, żeby wypić kawę, obudzić się i dojść do siebie. Udało mi się też zrobić parę fotek miejsca w którym pracujemy, żyjemy i mieszkamy. To po lewej, to widok z kuchni, na klatki dla psów. W tej chwili w ośroku, mamy 32 psy i 20 kotów, które staramy się powierzyć komuś, kto będzie w stanie się nimi zaopiekować i je przygarnąć. Problem pojawia się, kiedy mamy do czynienia z częścią miejscowych ludzi. Są nastawieni na pieniądze i tylko to się dla nich liczy. Dobro psiaków, czy kociaków jest na bardzo odległym miejscu. Na szczęście są turyści, zafasycnowani naszą pracą i część naszych podopiecznych ląduje w europie! ;)
To jest nasz gabinet zabiegowy. Jest to jedyne miejsce w całym ośrodku wyposażone w klimę ;) Wbrew pozorom, zaopatrzenie i wyposażenie lecznicy stoi na niezłym poziomie. Brakuje jedynie specjalistyczego sprzętu takiego jak RTG, USG. Leki są regularnie uzupełniane, w zasadzie mamy wszystko czego nam trzeba. Każdego dnia zaczynamy pracę od podawania leków zwierzakom, które mamy "na stanie". Robimy rundkę, sprawdzamy karty pacjentów i aplikujemy odpowiednie leki. Nie zajmuje to dużo czasu, więc możemy skupić się na pacjentach, którzy przynoszeni są przez właścicieli lub turystów, a w takim miejscu czasem zdarzy się ktoś wyjątkowy... :)
Nasz pierwszy pacjent dzisiaj, to, jak się później dowiedziałem, afrykański jeż białobrzuchy. Wygląda jak widać, jest nieco mniejszy od naszych polskich jeży i w większości jest biały. Przyniosła go para turystów, którzy opiekuja się dwójką takich stworzonek. Temu przytrafiło się pogryzienie przez psa/kota/jakiekolwiek inne dzikie dziwne zwierzę. Jeżyk został zaopatrzony w środki przeciwbólowe, antybiotyki i środki do pielęgnacji rany. Rana na szczęście nie była zbyt wielka i wszystko powinno skończyć się dobrze. Ciekawe jest to, że nasze jeże przy najmniejszym dotyku robią z siebie kulkę, ten natomiast niczego się nie bał mordką wąchał każdą rękę, która się do niego zbliżała.
Jak widać był równiez czas na zdjęcia ;) Po jeżyku mieliśmy kilku pacjentów którzy wymagali podtsawowego leczenia. Tu świerzb w uchu, tu coś innego co sprowadzało się do podania odpowiednich środków. Największym problemem tutaj, jest przekonanie ludzi, żeby regularnie podawali leki, troszczyli się o zwierzaka i przychodzili na kontrole. Wychodzą chyba z założenia, że jak przeżyje to przeżyje, a jak nie to sie weźmie następnego, przecież jest ich tu tyle. Szkoda tylko, że totalnie nie wspołpracują. Każdemu trzeba pięć razy powtórzyć co ma robić, ile razy dziennie itd. Co i tak nie daje pewności, że ktoś będzie to robił, a tym bardziej że pojawi się na wizytę kontrolną.
Chwilę później mieliśmy przerwę na lunch i zrobiliśmy sobie wycieczkę krajoznawczą. Okazuje się, że na wyspie, która ma około 30km północ-południe i ok. 5km wschód- zachód, w każdy dzień tygodnia otwarty jest bazar na którym można kupić sto tysięcy rzeczy. W każdy dzien tygodnia bazar zmienia swoje miejsce tak, żeby większość ludzi mieszkających na wyspie miała dostęp do świeżych warzyw, owoców. Pomysł świetny. Dzisiaj bazar był dość daleko, ale z przyjemnością przejechaliśmy się te kilkanaście kilometrów. Jedyny problem, jak się potem okazało to słońce. Byliśmy pod gołym niebem może max godzinę a zjarany jestem na ceglany czerwony.
Jak widać, na bazarze można nabyć suszone rybki. Kumpel nabył porcyjkę dla spróbowania. Przywieźliśmy to coś do lecznicy i mieliśmy nadzieję wszamać w wolnym czasie. Szczerze powiem, że smakowało jak rybna guma do żucia. Na początku próbowałem to cholerstwo żuć, gryźć, jakkolwiek przełknąć, ale po jednym sporym kęsie poddałem się. Kiedy kilka gdzin później do lecznicy przyjechał głowny tajski weterynarz, uświadomił nas, że te akurat rybki pasowałoby najpier ugotować :D To by rozwiązywało kwestię twardości i gumowatości ryby, która dawała zapachem na całą lecznicę. Człowiek się uczy każdego dnia. ;)
Na tym stoisku pan oferował świeże rybki. Zapach przyćmiewał połowę całego targu. Kwestia przyzwyczajenia, jak sądzę. Wszystko wszystkim, mogę próbować miejscowej kuchni, ostrego żarcia, jedzenia dziwnych rzeczy z grilla na patyku (dzisiaj skusiłem się na coś w rodzaju szaszłyka z mięsa mielonego z warzywami, owiniętego w glony. Calkiem pożywne a za złotówkę ;)), ale jednak po zajęciach na studiach, na których opowiadano nam o pasożytach żyjących wewnątrz ryb, zrezygnowałem. Zwłaszcza, że spośród omawianych wszystkich pasożytów, jakieś 80-90% żyje w południowo wschodniej azji. Rybka chętnie, ale głęboko mrożona.
Ten stragan natomiast okazał się odkryciem dnia. Kumpel doradził, żeby kupić kilka tych owoców na spróbowanie. Wrażenie podczas kupowania jest niesamowite. Przyjeżdżasz Bog wie gdzie, idziesz na targ, a tam sprzedają coś co widzisz pierwszy raz w życiu na oczy. Pan bardzo miły, pozwolil mi nawet samemu wybrać sobie te sztuki które chce. No i klops. Ja rozumiem, że pomidory mają być miękkawe ale jędrne, że ananas jest najlepszy jak mu rośnie tyle a tyle zielonych liści z góry, że arbuz musi dawać pusty dźwięk, ale weź człowieku wybierz dobre/ dojrzałe to coś czymkolwiek to jest. Przyjąłem taktykę "biorę na pałę każdy rodzaj, następnym razem będę mądrzejszy".
Kolejny stragan pod tytułem "weź chili, zrób z tego co się da". Mnogość kolorów i konsystencji jest powalająca. Zielone chili, czerwone, każdokolorowe. Pasta, proszek, wióry, płyn. Czego dusza zapragnie. Plus jakieś proszki w jakichś workach. Dla kogoś, kto nie miał styczności wybór sprowadza się do decyzji: -wezmę sypkie czy lepkie, zielone czy czerwone. Nie wziąłem niczego, ale paleta barw mnie powaliła. Pani w szmatach od stop do głów również. Dzisiaj było minimum 35 stopni a sprzedawczyni zachowywała się jakby miała czterostrefową klimę pod ciuchami. Zazdorszczę adaptacji. Pocę się litrami.
Kolejny ciekawy stragan. Tutaj może mniej kolorowo, za to zapachy... Nie do opisania. Wszystko to, to świeże zioła. Jak czasem w Polsce ktoś trafi dobrą tajską knajpę, można poczuć taki zapach, ale w stężeniu sto razy mniejszym. Daje po nosie niesamowicie, ale w pozytywnym sensie. Szkoda tylko, że nie jestem jakimś szefem kuchni. Prrzynajmniej kimś kto jakkolwiek zna się na tym. Pewnie z tego można wyczarować niezłe posiłki. O ile ktoś się zna i wie, że to zielone tak, a to zielone już nie. Wyższa szkoła jazdy. Tak czy inaczej dla samego zapachu warto było postać chwilę. Zawiodłem sprzedawcę, który ewidentnie chciał mi wcisnąć z pół tego stołu.
Tu natomiast można nabyć owoce przypominające kolczaste śliwki. To te po prawej. Nazywa się to ranbutan, albo rambutan, muszę sprawdzić. Bogatszy w poradę już wiem, że czerwone dojrzałe, zielone jeszcze nie. Proste. Jak większość naszych swojskich owocowarzyw. Problem pojawia się w momencie, kiedy czlowiek chce się dostać do środka takiego czegoś. Na począku myślałem, że to jest kłujące cholerstwo, ale okazało się, że to bardziej włoski niż kolce. Całkiem dobre, mocno słodkie i soczyste. Co to jest to po lewej, zabijcie mnie nie mam pojęcia. :D Ale jak znam życie i ichniejsze specjały, też pewnie dobre.
Znalazł się również sławny duran. Najbardziej śmierdzący owoc kraju. Na wszystkich lotniskach, we wszystkich urzędach, w miejscach gdzie gromadzi się sporo ludzi istnieje całkowity zakaz wnoszenia tego paskudztwa. Za złamanie zakazu grozni pokaźny mandat. Podobno gdzieś można trafić na niego pokrojonego w plasterki. Nie będę brał całego tylko po to, żeby powąchać i wywalić. Słyszałem, że daje trochę jak szwajcarski ser. Zapach zapachem, ale wygląd też osobliwy. W ogóle mają tu dużo owoców, które są owłosione, albo mają kolce czy inne wypustki. Ciekawostka- w Tajlandii nie ma cytryn. Za gorąco! :D Za to limonki na każdym rogu.
Po bazarze uznaliśmy, że wreszcie zobaczę jak wygląda plaża. No i wygląda tak, że nie bardzo wiem jak ją opisać, a zdjęcie oddaje może ułamek procenta. Woda nie jest najczystsza, ale w calym regionie próżno szukać wody o przejrzystości tej np. w Chorwacji. (Chwilowa przerwa w pisaniu bloga- wyganianie gekona, który żywo interesuje się pisaniem :D). Plaża niby jak plaża.. ale jak człowiek wejdzie stopami do wody, to można przeżyć szok. Zwlaszcza, jeśli ktoś moczył tyłek w Bałtyku. Temperatura wody jest tutaj przez cały rok zbliżona do temperatury ludzkiego ciała. A no i plaże puste, bo nie sezon turystyczny.
Zdjęcia mówią same za siebie, człowiek staje na brzegu, dech mu zapiera i może tak stać i stać. (Przy okazji smażyć się na słońcu, które jest bezlitosne) Niestety na części plaż, poza sezonem turystycznym jest dość brudno. Prądy morskie jakoś tak hulają, że przynoszą śmieci z innych wysp. Jak się zaczyna sezon turystczny, to nagle właścicielom wszystkich barów i hoteli przy plaży zaczyna zależeć na środowisku. Organizują się w większe ekipy i sprzątają cały ten bajzel. Poza sezonem mieszkańcy magicznie uniewrażliwiają się na problemy ekologii. Wzdłuż całej wyspy ciągną się plaże i z głownej drogi co chwilę znajdzie się wąską drogę na brzeg.
Jak ktoś ma ochotę to i pohuśtać się można. Nie wiem czemu, ale huśtawka na rajskiej plaży, zawieszona na jakimś dziwnym drzewie strasznie mnie urzekła. No i zdjęcie mi się podoba. To miejsce jest akurat jednym z najbardziej odludnych. W okolicy nie mażadnych barów, ścieżka od głownej drogi prowadzi przez błotniste kałuże. Idąc od drogi trzeba uważać na palmy kokosowe. Rośnie ich wszędzie na potęgę, a podobno kokosy zabijają rocznie więcej ludzi niż rekiny. Byliśmy bardzo ostrożni, ale jakoś nic nie chciało nawet postraszyć i spaść obok. Tak czy inaczej widok taki, że stać stać stać i patrzeć patrzeć patrzeć.
Weźmie dziecko w polskim lesie przewróci kamienia, to pod spodem zobaczy robaczka, mróweczkę, może jakąś gąsieniczkę, generalnie mikroklimat pelną gębą, bo w skali mikro. Odwrócisz kamienia w Tajlandii, a tu mikroklimat w skali makro. Krab pustelnik razy x. Za dnia chowają się pod kamieniami, w wykopanych w piasku jamkach, czy w wodzie. Najlepsze jest to, że każdy z nich przywłaszczył sobie inną skroupkę po ślimaczku czy innym żyjątku, więc teoretycznie każdy wygląda inaczej. Jeden taszczy czarną skorupę świderka, drugi białą okrągłą a trzeci kolorową z dziwnymi wypustkami. Ruszają się dość wolno, są totalnie niegroźne, chociaż jeden poczęstował mnie szczypcami.
Wyglądają trochę jak ufoludy. Jak im się domek znudzi i robi się za cisny, to opuszczają muszlę i szukają innej większej. Podobno są na tyle sprytne, że są w stanie nieznacznie powiększyć muszle od środka, ale tak, żeby nie naruszyć ich sztywności. Ich mnogość rozmiarów, kształtów muszli i także sposobów chodzenia jest zaskakująca. Większość, jak przystało na poważne kraby popylają do przodu. Czasem kiedy czuja się zagrożone, lub chcą ominąć przeszkodę ida w bok. Mistrzem świata byl jeden, który na pełnej swojej prędkości szedł do tyłu. Nic chłopak nie widział, muszla większa od niego ale miał swój styl ;)
Czasami bywają również ciekawskie i towarzyskie. Weźmiesz takiego w rękę, masz poczucie że powinien się schować a ten wyłazi i częstuje cię szczypcami. Po calym dniu, wieczorem, kiedy robi się ciemno, plaże zaczynają tętnić życiem. Byliśmy właśnie na plaży po zachodzi słońca. Setki krobów, krabików drałują w każdą możliwą stronę w poszukiwaniu jedzenia. Dobrze jest mieć latarkę, bo trzeba uważać gdzie stawia się stopy. Cała plaża się rusza. Jedne wolno, inne szybko, ale wrażenie jest niesamowite. w tle niestety wpomniane małe wysypisko śmieci naniesione przez ocean z innych wysp. Na cale szczęśnie nie jest tego dużo i tylko w nielicznych miejscach.
To jest owoc.
Tak się owoc otwiera.
Tak wygląda w środku. Jadalna część to ta biała. Mega słodka i mega soczysta. Myslę, że mogę ogłosić konkurs. Autor pierwszego komentarza z prawidłową nazwą owocu dostanie kilka na spróbowanie ;)
Plan na wieczór, po całym dniu był taki, że idziemy sobie na plażę, potem idziemy coś zjeść a na koniec otworzymy jakieś miejscowe piwo. Jak widać na zdjęciu, na plaży byliśmy. Pózniej przyszla kolej na jedzenie. Zdecydowaliśmy, że odwiedzimy knajpkę nieco dalej od naszej lecznicy, ale za to z przepysznym jedzeniem. Zdanie wtrącenie- zawsze kiedy nie ma żadnego z lekarzy w lecznicy, ktoś z nas ma telefon lecznicowy na wypadek wypadku. Przyjeżdżamy pod knajpkę, siadamy wygodnie, otwieramy menu, podchodzi kelner, pyta o zamówienia, dzwonie telefon- kot pogryziony przez psa. Rzucamy wszystko, przepraszamy kelnera, obiecujemy że wrócimy i odkręcając gaz na maksa w naszych skuterach pędzimy do lecznicy.
Na miejscu okazuje się, że kto na szczęście nie ma żadnych poważniejszych obrażeń, ale... był leczony aspiryną :/ Biegunka jak stąd do Bangkoku. Leki, dieta, izolatka. Miejmy nadzieję, że jutro będzie lepszy. Wsiadamy znowu na nasze 50cio centymetrowe strzały i lecimy spowrotem do knajpy. One chyba wszystkie odblokowane są, bo z górki setuchną polecą ;). Może nie jest to motocykl, ale dwa kółka zawsze. A i sporą frajdę sprawia jazda bez kasku. Nie w kwestii braku bezpieczeństwa, czy brawury, ale wiatru we włosach, komarów na zębach etc., ;) Pojazd przyjemny, mało problematyczny, wsiadasz, odpalasz, jedziesz, zsiadasz, zostawiasz gdziekolwiek. Każdy tu ma skuter, więc bezpiecznie.
Podczas jedzenia czegoś co nazywa się Pat thai (azjatycki makaron, warzywa, smażona wołowina, krewetki, polane sokiem z limonki i posypane mielonymi orzechami- przeprzepyszne), ustalamy, że jak się ściemni idziemy na plażę pooglądać kraby i poszukać ciekawych zwierząt. Jedziemy znowu spory kawał, znajdujemy plażę, ciemno jak w d. Zaczynamy zwiedzanie po wystających kamieniach. Tu rybka, tu krewetka, tu krabik w muszelce, tu krabik bez muszelki, generalnie sielanka, nagle mamy okaz! Wąż! Wpełzło bydle pod kamień. Przewracamy kamie, macamy węża, podobno "to nie wąż bo ma dziwną konsystencję" - słowa kumpla świra na punkcie dziwactw zwierzęcych.
To jak nie wąż, to co do cholery? Zdjęcie może nie jest najlepsze, ale jak się przypatrzycie do zobaczycie podmiot naszych rozważań. Po kilku minutach, w których dwóch weterynarzy szturcha patykiem coś co się rusza i drapie się po głowach w poszukiwaniu nazwy, wreszcie mamy! Wężowidło! No i weź to człowieku ogarnij. Tarczka w środku jak złotówka, a od niej pięć "nóg" długich na 20cm, każda jak mały wąż. Rusza się to dziwacznie, wrażenie robi jeszcze dziwniejsze. Pokrewieństwo to podobno ma jakieśtam z rozgwiazdą. Wężowidło wygrało konkurs na zdziwienie dnia. Jak głupki siedzieliśmy nad nim sporą chwilę. Kończę powoli, jutro czeka mnie misja, na cały dzień opuszczamy klinkię, ale o tym jutro. ;)
poniedziałek, 3 września 2012
niedziela, 2 września 2012
Pierwsze kroki to tu to tam.
Od przyjazdu do kliniki minęło już kilkanaście/ kilkadziesiąt godzin, podczas których staram się ze wszystkim zapoznać. Wczoraj poznałem kilkoro ludzi, między innymi mojego współlokatora, który jest czechem i zostaje tutaj w ośrodku dłużej niż ja. Warunki zakwaterowania są nienajlepsze, ale w pokoju w którym mieszkam, mam zamiar głownie spać, więc nie stanowi to większego problemu. Wczoraj, kiedy poznaliśmy się z Andrzejemczechem, uznaliśmy, że trzeba wybrać się do głownej ulicy, przy której ciągną się sklepy, restauracje etc. Ściemniało się, więc zabraliśmy plecaki i szybko ruszyliśmy w stronę
drogi. Po 15 minutach byliśmy w sklepie. Zaopatrzylem się w wodę, colę (bardzo tania tutaj) i miejscowe piwo na wieczór. Poszliśmy coś zjeść (smażony czosnek z wieprzowiną z ryżem, bardzo dobre). Potem wróciliśmy do ośrodka i spotkaliśmy Lisę, brytyjkę wolontariuszkę, która akurat miała dyżur nocny. Nocny dyżur polega na pracy od siódem wieczór do siódem rano i generalnie sprowadza się do uciszania psów, bo szczekają w nocy a sąsiedzi nie bardzo lubią zwierzęta i grożą zamknięciem ośrodka. Gdy siedzieliśmy na zewnątrz popijając miejscowe piwo (bardzo dobre, podobne do naszego) usłyszeliśmy
powtarzające się dźwięki, jakby ptaków. Okazało się, że te dźwięki wydają koledzy ze zdjęcia po lewej. Mamy ich tutaj masę. Mamy je nawet w łazience i w pokoju. Są totalnie niegroźne, a śliczne i miło sobie tak z nimi siedzieć ;). Dzisiaj po porządnym odespaniu ruszyliśmy do głównej drogi na zakupy, jedzenie i wynajęcie skutera bez którego przemieszczanie się jest mocno skomplikowane. Oczywiście zaraz po odpaleniu sprzętu wbiłem się jak każdy biały na prawą stronę drogi, a pani jadąca z przeciwka miała niezłą minę, ja zresztą też, bo uświadomiłem sobie, że ruch lewostronny. Jakoś uniknęliśmy zderzenia i szczęśliwie dotarliśmy na jedzenie. Na pierwszym zdjęciu jest to, co przyszło mi dzisiaj wchłonąć. Mam zasadę, że będę brał dania po kolei z menu i mniej więcej poznam tutejsze jedzenie, choćby w ograniczonym zakresie. Dzisiejsze danie nazywał się "Green curry with prawns". Brzmiało nieźle... Była to zielona słodka woda, która po rozprowadzeniu w ustach paliła niemiłosiernie. Do tego pływało w niej: liście mięty, gotowana marchewka, gotowany ananas i rzeczone krewetki. Zjadlem pół, słodkość mnie pokonała. Zaraz po jedzeniu chcieliśmy wracać do ośrodka, ale trzeba było zakupić gasolinę, którą sprzedaje się tak jak na zdjęciu widać. Totalny szok. Pani bierze buteleczkę, lejeczek i podchodzi do skutera zaraz po wyjściu z kuchni. ( To to samo miejsce gdzie jemy). W ogóle zauważylem, że tutejsze "firmy" są wielozadaniowe. Restauracjo-stacjobenzynowo-wynajmowalnia skuterów. Ciekawe czy dałoby się coś takiego w Polsce otworzyć na 20 metrach kwadratowych. Po powrocie do ośrodka, koordynatorka wolontariuszy oprowadziła nas po całym terenie. W następnych postach postaram się zawrzeć trochę zdjęć miejsca, w którym będę żyl przez najbliższe 3 miesiące, no i naszych podopiecznych, którzy są wspaniali. (32 psy i 20 kotów). Musze lecieć, bo czeka mnie podawanie popołudniowych leków, potem szybki wypad na plażę, a wieczorem mamy zaproszenie na imprezę pożegnalną do jednej z wolontariuszek. Trzymajcie się ciepło i niedlugo następne posty ;)
drogi. Po 15 minutach byliśmy w sklepie. Zaopatrzylem się w wodę, colę (bardzo tania tutaj) i miejscowe piwo na wieczór. Poszliśmy coś zjeść (smażony czosnek z wieprzowiną z ryżem, bardzo dobre). Potem wróciliśmy do ośrodka i spotkaliśmy Lisę, brytyjkę wolontariuszkę, która akurat miała dyżur nocny. Nocny dyżur polega na pracy od siódem wieczór do siódem rano i generalnie sprowadza się do uciszania psów, bo szczekają w nocy a sąsiedzi nie bardzo lubią zwierzęta i grożą zamknięciem ośrodka. Gdy siedzieliśmy na zewnątrz popijając miejscowe piwo (bardzo dobre, podobne do naszego) usłyszeliśmy
powtarzające się dźwięki, jakby ptaków. Okazało się, że te dźwięki wydają koledzy ze zdjęcia po lewej. Mamy ich tutaj masę. Mamy je nawet w łazience i w pokoju. Są totalnie niegroźne, a śliczne i miło sobie tak z nimi siedzieć ;). Dzisiaj po porządnym odespaniu ruszyliśmy do głównej drogi na zakupy, jedzenie i wynajęcie skutera bez którego przemieszczanie się jest mocno skomplikowane. Oczywiście zaraz po odpaleniu sprzętu wbiłem się jak każdy biały na prawą stronę drogi, a pani jadąca z przeciwka miała niezłą minę, ja zresztą też, bo uświadomiłem sobie, że ruch lewostronny. Jakoś uniknęliśmy zderzenia i szczęśliwie dotarliśmy na jedzenie. Na pierwszym zdjęciu jest to, co przyszło mi dzisiaj wchłonąć. Mam zasadę, że będę brał dania po kolei z menu i mniej więcej poznam tutejsze jedzenie, choćby w ograniczonym zakresie. Dzisiejsze danie nazywał się "Green curry with prawns". Brzmiało nieźle... Była to zielona słodka woda, która po rozprowadzeniu w ustach paliła niemiłosiernie. Do tego pływało w niej: liście mięty, gotowana marchewka, gotowany ananas i rzeczone krewetki. Zjadlem pół, słodkość mnie pokonała. Zaraz po jedzeniu chcieliśmy wracać do ośrodka, ale trzeba było zakupić gasolinę, którą sprzedaje się tak jak na zdjęciu widać. Totalny szok. Pani bierze buteleczkę, lejeczek i podchodzi do skutera zaraz po wyjściu z kuchni. ( To to samo miejsce gdzie jemy). W ogóle zauważylem, że tutejsze "firmy" są wielozadaniowe. Restauracjo-stacjobenzynowo-wynajmowalnia skuterów. Ciekawe czy dałoby się coś takiego w Polsce otworzyć na 20 metrach kwadratowych. Po powrocie do ośrodka, koordynatorka wolontariuszy oprowadziła nas po całym terenie. W następnych postach postaram się zawrzeć trochę zdjęć miejsca, w którym będę żyl przez najbliższe 3 miesiące, no i naszych podopiecznych, którzy są wspaniali. (32 psy i 20 kotów). Musze lecieć, bo czeka mnie podawanie popołudniowych leków, potem szybki wypad na plażę, a wieczorem mamy zaproszenie na imprezę pożegnalną do jednej z wolontariuszek. Trzymajcie się ciepło i niedlugo następne posty ;)
sobota, 1 września 2012
W końcu na miejscu cd ;)
Nie zgadniecie czym jest lokal przedstawiony na zdjęciu obok :D Otóż jest to dworco-restauracjo-wypożyczalniosprzętudonurkowania-salon gier. Facet z pierwszego autobusu miał mnie wysadzić na przystanku, gdzie odbierze mnie drugi autobus i z miasta Krabi pojedziemy na Koh Lantę. Wysiadamy więc i rozglądamy się za jakimś autobusem/ kierowcą. Wokół same uśmiechnięte od ucha do ucha twarze, ale ani kierowców ani autobusu nie widać. Już w lekkich nerwach przygotowałem wcześniej wydrukowaną mapę, którą miałem pokazać kierowcy, by zabrał mnie do ośrodka docelowego. Trzymam tą mapę w spoconych dłoniach (a! Tuż po wyjściu z lotniska w Krabi pierwszy kontakt z tajskim klimatem. Jakbyś wszedł do piekarnika, ale takiego w którym ktoś co chwilę kicha albo pryska wodą. Na oko z milion stopni i wilgotność która powoduje przywieranie ubrań do ciała w takim tempie w jakim wysysa się powietrze z zamykanych próżniowo produktów spożywczych.), podchodzi jakiś facet, dziurawy uśmiech w kolorze dojrzałej pomarańczy szczerzy niemiłosiernie. Płynną angielszczyzną pyta: "Lanta?!!!!!!! Lanta?!!!!!!!", mówię że tak. Zadowolony odchodzi. Wiodę za nim wzrokiem a on niewzruszony przystępuje do gry w bilarda, z jak się okazało innymi kolegami kierowcami.
Po dwudziestu minutach podjeżdża bus. Pomarańcza zaprasza mnie i jeszcze jednego faceta, bardzo miłym gestem, do środka. Wsiadamy. Pomarańcza uśmiecha się, zamyka drzwi, klepie w ramię swojego młodego adepta sztuki jeżdżenia samochodem, oddaje mu kluczyki i wraca do gry. Adept wchodzi za kółko, uśmiecha się (oni się wszyscy uśmiechają) i odpala. Jedziemy. Wszystko fajnie, pusto w busie, strzelam foty ile mogę.
Tak na przykład podrózuje się w Tajlandii jak się ma dużą rodzinę. Dzieciaki mają frajdę, a mamusia no niestety nie mieści się do środka, mamusia sobie na powietrzu usiądzie, dobrze to mamusi zrobi. Policja drogowa w Tajlandii nie istnieje. Pasy ruchu, są w założeniu jedynie delikatnymi sugestiami którędy należy się poruszać. Wyprzedzanie na trzeciego to norma, mijanie skuterów na grubość lakieru jest chyba obowiązkiem. Tak sobie jadę i jadę, obserwuję otaczający mnie krajobraz i nagle moim oczom ukazuje się naklejka na szybie wehikułu którym podróżuję. Pewnie w latach świetności pojazdu można by pomyśleć, że większośc z tych atrakcji była dostępna na pokładzie, ale ni cholery nie rozgryzłem wszystkich.
Jak dvd spokojnie oglądne, w kości z kierowcą zagram, bo w końcu to kumpel tych od bilarda, więc na rzeczy się zna, w karty tym bardziej. Vipa to może on i kiedyś wiózł, będąc pierwszym pojazdem w mieście. Psów wprowadzać nie wolno, to zrozumiałe, ale jakoś nie uśmiecha mi się śpiewać z kierowcą karaoke. Co ma znaczyć rysunek pani, zabijcie mnie nie wiem. Chciałem się przekonać, ale niestety nie było mi dane. W pewnym momencie, adept zatrzymuje się na poboczu koło małej chatki z bambusa. Przystanek, pomyślałem. Problem w tym, że pusty a adept ani rusz. Kilka minut potem podjeżdża podobny, może nieco nowszy bus. Adept wyskakuje z naszego, otwiera drzwi i łapiąc nasze bagaże krzyczy płynną angielszczyzną: "Big bus! Sorri! Sorri! Big bus!!!" Ruszam biegiem głównie za swoim bagażem, więc również za adeptem. Pytam kulturalnie co się stało. Dostaję pełne wytłumaczenie: "Big bus! Sorri!!!!!" Przy czym adept cały czas się uśmiecha taszcząc mój bagaż. Drzwi od bigbusa się otwierają a tam full ludzi. Kierowca nowego pojazdu przerzucił kilka bagaży przez kilkoro ludzi (bagaże jadą z ludzmi w przestrzeni tam gdzie siedzenia w busie) i zaprosił mnie na ostatnie wolne miejsce z samego przodu. Caly tył turystów, a z przodu kierowca- ojciec rodziny, żona, babka, córka i ja. Na dzień dobry wszyscy zachowują się jakbym był światowej sławy dentystą na wolontariacie. Jedziemy bigbusem, ścisk jak cholera, ojciec radośnie rozprawia z całą rodziną w języku i na rejestrach boleśnie uciskających na uszy. Deska rozdzielcza, służy tatusiowi za kalendarz, portfel, notatnik i całą choinkę. Facet bije na głowę stopa złapanego kiedyś w bieszczadach, którego wspominam do dzisiaj. 3/4 szyby oklejone reklamami Krabi-->Lanta itd. Na desce rozdzielczej swoje miejsce znalazła między innymi bombka choinkowa (przysięgam :D:D:D). Jedziemy dalej.
Za oknami busa cudowne pojazdo-restauracje kwitnące w kraju w którym skarbówka i sanepid robią tyle co drogówka. O regulacjach UE nie wspominając. Panu się biznes nie kręci w jednym miejscu, to sobie restauracyjkę przeniesie kawałek dalej, bo wycieczka wlaśnie wysiadla. Pięknie. Dojeżdżamy na prom. Kolejka nawet krótka, wysiadam kupić fajki. Kierowca-ojciec wysiada, odpala papierosa. Ja kieruję się do sklepików rozciągniętych po obu stronach drogi przy promie. Kupuję LM czerwone. Zamiast napisu o szkodliwości palenia mają zdjęcie jakiejś czarnej nogi z odpadającym palcem. Ja rozumiem płuca, ale może tu się to jakoś inaczej pali. Podchodzi do mnie kierowca-ojciec i płynną angielszczyzną: "Jułok..." hm.. że co? pytam. "Jułok". Z brytyjskiego angielskiego przeszliśmy na migowy i było jasne, że mogę sobie spokojnie zapalić, pod warunkiem że wejdę na prom na nogach, bo on właśnie będzie podjeżdżał. Po promie kierujemy się wgłąb wyspy wysadzić innych pasażerów. Mnie zostawia na koniec. Po krążeniu tu i tam w końcu wysiadam przed kliniką. Po 35 godzinach podróży 1 autem, 4 samolotami, 3 autobusami i 2 promami docieram. A o tym co zdarzyło się od wejścia do lecznicy i o tym kto wydaje dźwięki zbliżone do ptaków, już w następnym poście ;)
Pozdrawiam :)
W końcu na miejscu ;)
Hej :)
Po pierwsze żyję i mam się dobrze ;) Ale po kolei. Cała podróż zaczęła się od jakże wspaniałej pobudki o 03:45. Najblizsi moi postanowili towarzyszyć mi w niedoli i wspaniałomyślnie odtransportować mnie na krajowy terminal do Krakowa. Na miejsce przyjechaliśmy zdecyowanie za wsześnie, no ale już trudno. Lepiej tak, niż odwrotnie. Do Warszawy przetransportował mnie Bombardier. Dla mnie największą atrakcją lotu było przypomnienie sobie studenckich czasów latania, dla wszystkich innych pasażerów, siedzący kilka miejsc za mną Adamczyk. W Warszawie musiałem ponownie nadać bagaż, bo lot z Krakowa był rezerwowany później. No i zaczęły się atrakcje. Linie lotnicze KLM uznały, że wprowadzą elektroniczny check-in. W związku z tym otworzyli normalnego check-in'a dużo później. Dziki tłum, nikt nic nie wie, szał, ludzie biegają, ogólnie rzecz biorąc impreza pierwszej wody.
Po całym zamieszaniu cierpliwe oczekiwanie na otwarcie bramek zaowocowało zdjęciem podjeżdżającego pod rękaw Boeinga 737.
W międzyczasie zauważyłem coś, co potem powtarzało się na każdym lotnisku, a wydatnie złagodziło ból podróżowania - palarnie w strefach bezcłowych. Z Warszawy ruszyłem gdzieś zaraz po dwunastej i o czternastej punkt byłem w Amsterdamie. Zważywszy na fakt, że nie zdażyło mi się wcześniej podróżować samolotami odlatującymi z lotnisk pasażerskich, Okęcie wydało mi się spore... Dopóki nie zobaczyłem lotniska w Amsterdamie. Przykryłbyś tym z pół Tarnowa. Kolos. Po zwiedzeniu jego niewielkiej części przyszedł czas na najdłuższy w całej podróży, lot. 11 godzin to sporo, ale samolot na miarę lotów międzykontynentalnych. Boeing 777-300
Na pokładzie żarcia, picia do woli. Do tego kocyk, ekrany w zagłowkach z grami, najnowszymi filmami, serialami itd. Full wypas. Wyleciałem z Amsterdamu o godz 17:50, a do Bangkoku przyleciałem o 09:35 czasu lokalnego (Tajlandia ma +5 godzin w porównaniu do aktualnego czasu polskiego), czyli o 4:35 czasu polskiego.
No i tak naprawdę od tej pory zaczyna się właściwy wips... Cywilizacja zachodnia została na pokładzie Boeinga, a ja z plecaczkiem ruszyłem eksplorować lotnisko w Bangkoku. Kilkanaście godzin wcześniej myślałem, że lotnisko w Amsterdamie jest megaduże. Myliłem się nieco, jest bardzo duże, bo megaduży jest Bangkok. Przerażenie i poczucie zagubienia potęgują jeszcze wszechobecne na drogowskazach krzaczki, oraz informacje nadawane przez megafon, brzmiące jakby ktoś się dławił jedząc ichniejszy makaron. Pierwsze mocne zderzenie z inną kulturą, które rozdziawiło mi japę (która, swoją drogą pozostaje rozdziawiona), to taki oto widok za oknem lotniska:
Z Bangkoku wyleciałem Airbusem A230 do wcześniej wspomnianego Krabi (w tajskim akcent na "i", brzmi prześmiesznie. Jak ktoś nie wie jak to brzmi niech sobie zrobi cienki głosik azjaty i prawie krzyknie ostatnie "i", no paść można) o 12:05 a o 13:20 byłem już na docelowym lotnisku. Kolejne zderzenie z inną kulturą to pokładowy poczęstunek. Na pierwszy rzut oka wszystko ok- puszka z napisem Green tea i jakaś bułka. Zaczęło się robić podejrzanie, kiedy na bułce zauważylem lukier. Myślę sobie, na słodko. Guzik. W środku gotowana ryba :D Ale po pierwszym szoku całkiem zjadliwe. Pomyślałęm, że chociaż porządną zieloną herbatą popiję. Mhm, tak jasne. Zielona herbata to to może i była, ale chyba zmieszana z wyciągiem z pszenicy. Jakbyś namoczył pół pola owsa i zalał kubkiem herbaty. Czad.
Przy starcie pomyślałem sobie, że sobie Bangkok zobaczę z góry. zobaczyłem może z ćwierć. Przeogromne.
Lądując w Krabi, człowiek czuje się jakby się w godzinę przeniósł do innego świata. Jeden, może dwa pasy asfaltowe, reszta z czerwonej ziemi/gliny. Budynek lotniska wygląda jak 1/3 tarnowskiego dworca PKP. Jeszcze w samolocie spotkałem parę polaków podróżujących po Tajlandii i kilku sąsiednich krajach. Wymieniliśmy się mailami i wiedliśmy do autobusu. Plan był taki, że na lotnisku w Krabi kupuję bilet na dwa autobusy. Pierwszy do miasta Krabi (15min drogi), drugi z miasta na moją wyspę Koh Lantę (3godz wliczając dwie przeprawy promem).
Pierwszy z autobusów, gdyby nie to, że miejsce na bagaż miał tam gdzie powinny być pierwsze trzy rzędy siedzeń ( i wszystko talało się na zakrętach tam i spowrotem), byłby w miarę normalny. Podróż faktycznie zajęła koło piętnastu minut.
czwartek, 30 sierpnia 2012
Bloga czas zacząć.
Witam.
Nazywam się Daniel Stawarski i jestem początkującym lekarzem weterynarii. Ten blog jest efektem splotu wielu wydarzeń, które mam zamiar po krótce przedstawić. Kiedy z zastraszającą szybkością zbliżał się koniec studiów, pomyślałem że dobrze by było zobaczyć kawałek świata i jednocześnie pomóc swoją obecnością "gdzieśtam", przed podjęciem stałej pracy w zawodzie. Tak narodził się pomysł wyjazdu na wolontariat. Po napisaniu wielu podań, odzew przyszedł z kilku ośrodków na świecie. Zdecydowałem się właśnie na Tajlandię.
Potem nastał okres walki o Stypendium z Wyboru. Program ten adresowany jest do studentów, lub ludzi zaraz po studiach. Można było wygrać do pięciu tysięcy złotych i przeznaczyć te pieniądze na cel związany z rozwojem zawodowym. Ja zdecydowałem się na walkę o cztery i pół tysiąca, za które chciałem opłacić bilet do Tajlandii, wizę oraz szczepionki. Aplikacja, którą złożyłem zawierała film. Można go zobaczyć tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=QFspyQb5fdE
Udało się zdobyć te pieniądze. Bardzo wydatnie pomogły mi one w organizacji całego wyjazdu. Szczerze powiem, że gdyby nie sukces w Stypendium z Wyboru, byłoby bardzo krucho i nie wiem czy udałoby się wszystkie kwestie finansowe dopiąć.
Po sukcesie w Stypendium z Wyboru nastał gorączkowy okres przygotowań. Papierologii stosowanej nie było końca, a największe problemy stwarzała wiza. Będzie jeszcze czas i miejsce, by bliżej o tym opowiedzieć.
Dzisiaj, w tym momencie wszystko jest dopięte na ostatni guzik ( przynajmniej mam taką nadzieję ;)). Godzina zero nastanie już jutro. Od jutra chciałbym Wam wszystkim przybliżyć egzotyczną Tajlandię z jednej strony, jak i pracę jako wolontariusz z drugiej. Następny post będzie pisany już z miejsca docelowego, jakim jest ośrodek "Lanta Animal Welfare" znajdujący się na wyspie Koh Lanta.
Najbliższe wyzwanie, z którym będę musiał się zmierzyć już za kilka godzin, to podróż.
Połącznie na które się zdecydowałem wygląda mniej więcej tak:
O godzinie 04:00 wyjeżdżam z Tarnowa do Krakowa. Tam o 08:30 mam pierwszy samolot do Warszawy. Około 12:00 lecę z Warszawy do Amsterdamu. Bezpośrednich połączeń z Polski do Tajlandii nie uświadczysz, więc trzeba polecieć na zachód, żeby wybrać się na wschód. Jutro późnym popołudniem wylatuję z Amsterdamu (ok. 18:00) do Bangkoku. Jestem tam na 09:00 czasu lokalnego. Tam mam kolejną przesiadkę i o 13:25 czasu lokalnego (GMT +7), ląduję w Krabi, czyli w miejscowości zaopatrzonej w najbliższe, mojemu miejscu docelowemu, lotnisko. Krabi znajduje się mniej więcej 900km na południe od Bangkoku ( mapy.google.com = ten wąski kawałek lądu, prawie na samym południu kraju.) Jak już dotaszczę się tymi wszystkimi samolotami, muszę złapać autobus z lotniska do miasta (ok. 15min drogi), a tam przesiąść się (! pewnie zdążę się już przyzwyczaić ;) ), w następny autobus, który zawiezie mnie na Koh Lantę (podróż ok. 3h). Jeśli porozumiem się z kierowcą (po angielskomigowemu) podobno ma mnie wysadzić w okolicach ośrodka. Cała podróż będzie trwała około 35-36 godzin. Jak tylko ulokuję się na miejscu, postaram się napisać coś więcej o całej podróży jak i ośrodku. Tutaj link do strony ośrodka: http://www.lantaanimalwelfare.com/
Już na samym początku blogowania chciałbym serdecznie podziękować ludziom, bez których mój wyjazd stałby pod dużym znakiem zapytania, lub nawet w ogóle nie byłby możliwy:
1) Agnieszka Hirsz, Magdalena Trusz, Katarzyna Skórska, Marcin Tumidajski, Grzegorz Wajda - ludzie którzy pomogli mi stworzyć film na potrzeby konkursu Stypendium z Wyboru.
2) lek. wet. Patrycja Własnowolska-Łoza, lek. wet. Dariusz Kwaśniewicz, lek. wet. Konrad Nowakowski, lek.wet. Marcin Pilaszek ("Przychodnia na zielonym" os. Zielone 16A 33-100 Tarnów http://www.nazielonym.com.pl/) lek. wet. Jacek Jakubek ("Gabinet weterynaryjny Jacek Jakubek" http://www.jakubekwet.republika.pl/, lek. wet. Barbara Strawa. - ludzie od których nauczyłem się bardzo bardzo wiele. Tak rzeczy zawodowych, jak i zwyczajnych ludzkich. Byli również pomocni w dopinaniu budżetu.
3) wszyscy inni pominięci wcześniej, cała moja rodzina i wszyscy ci, którzy przyłożyli choćby najmniejszą cegiełkę do całego pomysłu.
Wszystkim bardzo dziękuję. Pozostało tylko życzyć sobie bezpiecznej podróży, a Wam czytającym, przyjemnej lektury przez najbliższe miesiące.
Nazywam się Daniel Stawarski i jestem początkującym lekarzem weterynarii. Ten blog jest efektem splotu wielu wydarzeń, które mam zamiar po krótce przedstawić. Kiedy z zastraszającą szybkością zbliżał się koniec studiów, pomyślałem że dobrze by było zobaczyć kawałek świata i jednocześnie pomóc swoją obecnością "gdzieśtam", przed podjęciem stałej pracy w zawodzie. Tak narodził się pomysł wyjazdu na wolontariat. Po napisaniu wielu podań, odzew przyszedł z kilku ośrodków na świecie. Zdecydowałem się właśnie na Tajlandię.
Potem nastał okres walki o Stypendium z Wyboru. Program ten adresowany jest do studentów, lub ludzi zaraz po studiach. Można było wygrać do pięciu tysięcy złotych i przeznaczyć te pieniądze na cel związany z rozwojem zawodowym. Ja zdecydowałem się na walkę o cztery i pół tysiąca, za które chciałem opłacić bilet do Tajlandii, wizę oraz szczepionki. Aplikacja, którą złożyłem zawierała film. Można go zobaczyć tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=QFspyQb5fdE
Udało się zdobyć te pieniądze. Bardzo wydatnie pomogły mi one w organizacji całego wyjazdu. Szczerze powiem, że gdyby nie sukces w Stypendium z Wyboru, byłoby bardzo krucho i nie wiem czy udałoby się wszystkie kwestie finansowe dopiąć.
Po sukcesie w Stypendium z Wyboru nastał gorączkowy okres przygotowań. Papierologii stosowanej nie było końca, a największe problemy stwarzała wiza. Będzie jeszcze czas i miejsce, by bliżej o tym opowiedzieć.
Dzisiaj, w tym momencie wszystko jest dopięte na ostatni guzik ( przynajmniej mam taką nadzieję ;)). Godzina zero nastanie już jutro. Od jutra chciałbym Wam wszystkim przybliżyć egzotyczną Tajlandię z jednej strony, jak i pracę jako wolontariusz z drugiej. Następny post będzie pisany już z miejsca docelowego, jakim jest ośrodek "Lanta Animal Welfare" znajdujący się na wyspie Koh Lanta.
Najbliższe wyzwanie, z którym będę musiał się zmierzyć już za kilka godzin, to podróż.
Połącznie na które się zdecydowałem wygląda mniej więcej tak:
O godzinie 04:00 wyjeżdżam z Tarnowa do Krakowa. Tam o 08:30 mam pierwszy samolot do Warszawy. Około 12:00 lecę z Warszawy do Amsterdamu. Bezpośrednich połączeń z Polski do Tajlandii nie uświadczysz, więc trzeba polecieć na zachód, żeby wybrać się na wschód. Jutro późnym popołudniem wylatuję z Amsterdamu (ok. 18:00) do Bangkoku. Jestem tam na 09:00 czasu lokalnego. Tam mam kolejną przesiadkę i o 13:25 czasu lokalnego (GMT +7), ląduję w Krabi, czyli w miejscowości zaopatrzonej w najbliższe, mojemu miejscu docelowemu, lotnisko. Krabi znajduje się mniej więcej 900km na południe od Bangkoku ( mapy.google.com = ten wąski kawałek lądu, prawie na samym południu kraju.) Jak już dotaszczę się tymi wszystkimi samolotami, muszę złapać autobus z lotniska do miasta (ok. 15min drogi), a tam przesiąść się (! pewnie zdążę się już przyzwyczaić ;) ), w następny autobus, który zawiezie mnie na Koh Lantę (podróż ok. 3h). Jeśli porozumiem się z kierowcą (po angielskomigowemu) podobno ma mnie wysadzić w okolicach ośrodka. Cała podróż będzie trwała około 35-36 godzin. Jak tylko ulokuję się na miejscu, postaram się napisać coś więcej o całej podróży jak i ośrodku. Tutaj link do strony ośrodka: http://www.lantaanimalwelfare.com/
Już na samym początku blogowania chciałbym serdecznie podziękować ludziom, bez których mój wyjazd stałby pod dużym znakiem zapytania, lub nawet w ogóle nie byłby możliwy:
1) Agnieszka Hirsz, Magdalena Trusz, Katarzyna Skórska, Marcin Tumidajski, Grzegorz Wajda - ludzie którzy pomogli mi stworzyć film na potrzeby konkursu Stypendium z Wyboru.
2) lek. wet. Patrycja Własnowolska-Łoza, lek. wet. Dariusz Kwaśniewicz, lek. wet. Konrad Nowakowski, lek.wet. Marcin Pilaszek ("Przychodnia na zielonym" os. Zielone 16A 33-100 Tarnów http://www.nazielonym.com.pl/) lek. wet. Jacek Jakubek ("Gabinet weterynaryjny Jacek Jakubek" http://www.jakubekwet.republika.pl/, lek. wet. Barbara Strawa. - ludzie od których nauczyłem się bardzo bardzo wiele. Tak rzeczy zawodowych, jak i zwyczajnych ludzkich. Byli również pomocni w dopinaniu budżetu.
3) wszyscy inni pominięci wcześniej, cała moja rodzina i wszyscy ci, którzy przyłożyli choćby najmniejszą cegiełkę do całego pomysłu.
Wszystkim bardzo dziękuję. Pozostało tylko życzyć sobie bezpiecznej podróży, a Wam czytającym, przyjemnej lektury przez najbliższe miesiące.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































