wtorek, 17 marca 2015

Ha Noi część pierwsza.

Dzisiaj pierwsza część relacji z wycieczki do Ha Noi. Plan był prosty, samolot, trzy dni na miejscu, szybkie zwiedzanie i wycieczka a w zasadzie rejs po Halong Bay. Dotarliśmy wieczorem, taksówka do hotelu, szybka szama i spać. Następnego dnia rano wzięliśmy mapę z zęby i ruszyliśmy na piesze zwiedzanie. Ha Noi zamieszkuje mniej więcej 6.5 milionów ludzi więc uznaliśmy, że ograniczymy się do "centrum" tak, żeby obskoczyć miejsca najbardziej warte obejrzenia. Na
początku zahaczyliśmy o jezioro Hoan Kiem ze sławną Turtle Tower na środku. Malownicze bajorko, pogoda sprzyjająca, więc zatrzymaliśmy się na porannej kawie/ piwie w knajpce tuż nad brzegiem. Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła był fakt jak dużo starszych mieszkańców miasta uprawia różnego rodzaju sporty. Co chwilę jakiś pomarszczony dziadzo walił sprintem brzegiem jeziora i choćbym chciał to prędzej bym płuca wypluł, niż go dogonił. Z jednej strony ogromna część
populacji pali; można palić dosłownie wszędzie- w parkach, na ławkach, w restauracjach i uwaga hit- w kolejce do lekarza. Z drugiej mnóstwo ludzi wydaje się praktykować aktywny tryb życia. Nasz hotel ulokowany był w dzielnicy turystyczno-imprezowej która w dawnych czasach była głównym ośrodkiem francuskich kolonistów co tłumaczy gęstą zabudowę o której za chwilę. Miasto przepiękne na swój sposób, tętniące życiem, głośne, z którego na pierwszy rzut oka nie ma ucieczki a
wszechogarniający hałas ulicznego ruchu po pewnym czasie robił się przytłaczający. Jeśli chodzi o ruch uliczny to szczerze przyznam, że nie mam pojęcia jak ci ludzie tam, żyją, jeżdżą i nie giną w setkach wypadków dziennie. Generalna zasada ruchu jest taka, że światła drogowe to nie wytyczne kiedy jechać a kiedy się zatrzymać a bardziej wskazówka kiedy skrzyżowanie jest mniej lub bardziej ruchliwe. Zdecydowana większość uczestników ruchu porusza się skuterami. Czasem są to w miarę
nowe skutery, często coś co trzyma się w większości na rdzy zawieszonej między dwoma mniej lub bardziej kolistymi oponami. Zdjęcie ze skuterami ciut wyżej to nie jakieś spore roboty drogowe i utrudnienia w ruchu, to zwykłe czerwone światło. Tony, setki, tysiące skuterów ciągną jeden za drugim. Najlepsza bania jest na rondach. Zasada numer jeden- pierwszeństwo na rondzie ma wjeżdżający. Zasada numer dwa- obojętnie czy masz pierwszeństwo czy nie jedź i mniej więcej
ogarnij lukę w którą możesz się wcisnąć. Oprócz okazjonalnych świateł nikt się nie zatrzymuje. Nikt. Nigdy. Stojąc na ruchliwym skrzyżowaniu wrażenie jest niesamowite. Jakimś cudem wszyscy się wymijają, często na grubość lakieru ale jakoś dają radę. Po obejściu jeziorka uznaliśmy, że kierujemy się w stronę uniwersytetu Hoi An. Powoli, mozolnie zmierzaliśmy na tak zwany azymut z nadzieją, że nic nas nie rozjedzie i że dotrzemy w jednym kawałku. Jeśli idziesz ulicą w
Ha Noi i z jakiegoś dziwnego powodu nie masz skutera, co więcej masz w miarę białą twarz, tudzież jesteś wysoki ponad przeciętną możesz się uznać za magnes dla wszelkiej maści ulicznych sprzedawców. Od jeziora do uniwersytetu jest mniej więcej ciut mniej niż kilometr. Na tym dystansie zaoferowano mi taką ilość wszelkiej maści podkoszulków, czapek, kapci, wisiorków, papierowych figurek, precelków, batoników, ciastek, książek, płyt cd i dvd, okularów, jedzenia że jakbym
chciał od każdej napotkanej osoby coś kupić musiałbym wynająć tragarza do noszenia wszystkich tych bambetli. Spora część budynków i zabudowa tej dzielnicy miała charakterystyczną cechę. Wszystko wąskie i wysokie. 4,5,6 pięter to norma ale budynki szerokie na jednego rosłego chłopa z rozpostartymi ramionami. Po interesującym marszu i napawaniu się lokalnym klimatem dotarliśmy pod rzeczony uniwersytet. Pić się nam chciało jak cholera więc uznaliśmy, że zatrzymamy się po
drodze na colę/ herbatę i odpoczniemy chwilę. Usiedliśmy na plastikowych dziecięcych krzesełkach w lokalnej knajpce, w zasadzie na chodniku acoby mieć widok na otaczający nas zgiełk. Widok czterech siedmiolatków na jednym skuterze przejeżdżających co chwilę ulicą już dawno przestał nas dziwić. Z knajpką związana jest kolejna historia z pająkiem mutantem. Otóż po przyjęciu sporej ilości płynów przychodzi moment, kiedy jakąś z nich część należy zwrócić do generalnego obiegu.
Szybki migowy międzynarodowy i wiem, że toalety znajdują się z tyłu knajpy. Walę jak w dym, okazuje się, że należy wejść w przydługi korytarz i gdzieś tam na końcu jest ubikacja. Wchodzę, mijam odbicie w lewo do jakiejś kuchni z której daje niesympatycznym zapachem starej skarpety przygotowywanej razem ze sporo przeterminowanym mózgiem i cisnę dalej wgłąb. Mijam kolejne odbicie na schody na których na oko pięcioletnia dziewczynka bawi się lalkami, standardowy klimat-
nie wiesz gdzie kończy sie knajpa a zaczyna dom- nareszcie jest. Jeden wątpliwej czystości pisuar po lewej i kabina po prawej. Kabina okazuje się zajęta więc podbijam do pisuaru w celu opróżnienia pęcherza. Jestem mniej więcej w jednej trzeciej procesu kiedy orientuje się, że 20 centymetrów od mojej twarzy, za jakąś rurką lecącą w pionie czai się pająk. Ale nie pająk pająk a bardziej coś co jakby się postarało to by mnie objęło i przytuliło nogami. No i jestem w kropce... Oddałbym
wszystko żeby mieć zeza bo weź tu ogarnij bestię ( w sensie pająka, nie myślcie sobie) i celuj tak, żeby nie nachlapać ludziom na chacie. Odsuwam się na taktyczne dwa kroki w tył jednocześnie wyginając się w łuk do tyłu acoby parabola lotu się dalej zgadzała. Przez kolejne 15-20 sekund zajmuję się obserwowaniem dwóch rzeczy na raz. Kończę, wracam do stolika, walę piwo na raz, na trzeźwo nie przeżyję w tym kraju.
Zostawiamy kawiarnię w tyle i wbijamy na uniwersytet. Ściśle rzecz biorąc to świątynia literatury i konfucjanizmu. Miejsce to było pierwszym uniwersytetem w Ha Noi. Jako szkoła funkcjonuje do dziś i kształci studentów od 1070 roku. Mieliśmy szczęście- trafiliśmy akurat na moment odbierania dyplomów przez grupę studentów. Magiczne magiczne miejsce.

niedziela, 15 marca 2015

Weterynaryjne (nie)szczęścia chodzą parami.

Dzisiaj dla odmiany nie będzie o Wietnamie. Nie będzie o Azji. Nie będzie nawet o podróżach. Dzisiaj będzie o dzisiaj. Dzisiaj będzie o zawodzie weterynarza, o tym z czym musimy się zmagać, czemu stawiać czoła. Zacznę od początku i od krótkiego wyjaśnienia. Od półtora roku pracuję w szpitalu dla zwierząt jako lekarz weterynarii na pełny etat. Lecznice w Wielkiej Brytanii dzielą się na kilka rodzajów o czym warto wspomnieć dla przejrzystości sytuacji. Więc pierwszy podział jest na lecznice dzienne i pogotowia. Lecznice dzienne mają jakby 4 poziomy. Pierwszy to lecznice pierwszego kontaktu, szczepienia, odrobaczania, rutynowe zabiegi. Drugi to to wszystko co pierwszy poziom plus diagnostyka (RTG, USG, endoskopia) i bardziej zaawansowane zabiegi ze skomplikowaną chirurgią tkanek miękkich i ortopedią włącznie. Trzeci to szpitale referencyjne gdzie pracują specjaliści w danych dziedzinach a ich pacjenci referowani są do nich z lecznic poziomu 1 i 2. Czwarty poziom to szpitale uniwersyteckie gdzie generalnie dzieje się magia i bez płaszcza +5 do many nie ma co wchodzić. Wszystkie te cztery poziomy to jak powiedziałem lecznice dzienne. Ponadto są także lecznice nocne i weekendowe czyli tak zwane pogotowania. Patent jest taki, że w co większym mieście znajduje się jeden/ dwa takie ośrodki które przez noc i w weekendy odbierają wszystkie przekierowane telefony z lecznic które podpisały z nimi kontrakt. Często zdarza się tak, że firma dzienna i nocna dzieli jeden budynek, więc opieka weterynaryjna zapewniona jest 24 godziny na dobę, tylko lekarze i firmy się zmieniają. Ja pracuję w lecznicy dziennej poziomu drugiego, ale od czasu do czasu jak mam wolny weekend robię okazyjną zmianę dla pogotowia. Pogotowia te nie zajmują się długofalowym planowaniem leczenia, a bardziej doraźną pomocą w sytuacjach nagłych/ wypadkach. Zasada jest taka, że stabilizuje się pacjenta i ile to możliwe i przesyła do rodzimej lecznicy na kontynuacje leczenia kiedy jest już stabilny do transportu. Taką też zmianę w jednym z pogotowi robiłem dzisiaj. Na takich zmianach zwykle jest jeden lekarz, jedna pielęgniarka i jedna recepcjonistka. Wydaje się, że trzy osoby to dużo ale pamiętajcie, że jest to zawsze duże miasto, duży szpital i przypadki z okolicznych kilkudziesięciu lecznic trafiają do tej jednej. Czasem robi się nieco chaotycznie i nie bardzo wiadomo w co ręce włożyć. Przyjechałem dzisiaj rano i pierwsze co usłyszałem to to, że owe pogotowie należy do najspokojniejszych spośród wszystkich na terenie kraju. Lekarz który kończył zmianę i przekazywał mi pacjentów powiedział, żebym przygotował się na maks 3-4 konsultacje w ciągu całego dnia. Sielanka. Z początku faktycznie, jakiś jeden kot z biegunką z rana, potem koło południa następny pies wymiotujący i biegunka, nic nadzwyczajnego, oba trafiły do szpitala na leki, dożylne płyny i monitoring. (Nota: Kończyłem zmianę o 18:30). O 16:00 telefon który zawsze wywołuje silne emocje (albo uczucie ekscytacji, oj coś będzie się działo, albo stwierdzenie kuuuurwa tak było cicho a tu robota jedzie- w zależności jakie kto ma podejście i aktualny nastrój). Pada hasło "collapsed dog on its way". Wiemy, że spanikowani właściciele są w drodze. Tego rodzaju przypadki to zazwyczaj albo problemy z oddychaniem, albo nagłe zapaści albo poważne wypadki. Bierzemy się do roboty (ja i pielęgniarka), przygotowujemy tlen, wenflony, strzykawki, płyny dożylne, generalnie plan jest taki, żeby mieć wszystko pod ręką jak już ten poważny przypadek przyjedzie. Wszystko gotowe pięć minut później leży na stole i czeka. O 16:05 drugi telefon "collapsed dog on its way" i jak to mawiają... wiesz, że będzie się działo. Piętnaście minut później na parking podjeżdża pierwsze auto, otwieramy boczne drzwi prosto do sali w której mamy wszystko gotowe. Na podłogę, wnoszony przez właścicieli trafia spory, dziesięcioletni owczarek niemiecki. Kulturalnie wypraszamy właścicieli acoby nam pozwolili robić naszą robotę. Szybkie sprawdzenie psa, blady jak ściana, szybki oddech, serce jako tako. Plan jest na początku prosty i taki sam dla wszystkiego co wchodzi przez drzwi. Wenflon, płyny, próbka krwi żeby mieć chociaż zarys tego z czym się mierzymy. Pies na podłodze, ja stoję nad psem zabieram się do przygotowywania wszystkiego, pielęgniarka ogarnia maszynkę do golenia co by się w łapę wkłuć. Patrzę na dół a tu pies zdecydował się odjechać. Klapie na bok, oczy wywijają się na tył głowy, nie widzę żeby oddychał, padam na kolana słucham i bicia serca nie mogę usłyszeć, zero refleksu źrenicowego, pies już powolutku pomyka na tamtą stronę. Zawzięty przystępuję do masażu serca i sztucznego oddychania usta-nos. Jadę z koksem jakieś kilkadziesiąt sekund i w momencie kiedy pies łapie pierwszy oddech, na salę wpada recepcjonistka niosąc na rękach Yorka i mówi że chyba właśnie przestał oddychać i że go traci. Zrywam się na nogi, zostawiam owczarka na glebie z pielęgniarką która ma tylko jedno zadanie, utrzymać zwierzę przy którym się tak namachałem przy życiu. Odwracam się w stronę stołu i widzę piętnastoletniego yorka leżącego na boku. Szybki skan psa- blady jak ściana, serca ani oddechu nie ma. Masaż serca,m sztuczne oddychanie usta-nos i po trzydziestu sekundach pies podnosi głowę. Zakłuwamy jeden wenflon po drugim, pakujemy oba na płyny, robimy próbki krwi. Sajgon, bigos i siódmy krąg piekła w jednym. Jedno oko mam na podłodze na owczarku który witał się z gąską pięć minut temu a teraz wyraźnie chce opuścić pomieszczenie bo mu kroplówka nie pasuje, drugie oko mam na yorka w namiocie tlenowym który również nie jest zbyt szczęśliwy. Godzinę później oba psiaki są we własnych kenelach, podłączone na płyny i przekazane lekarzowi który przychodził na zmianę później. Oba żyły jak wychodziłem. Czasami mam dość irytujących klientów, czasami mam dość długich godzin pracy, czasami mam dość debili którym muszę tłumaczyć, że tak tych kropli trzeba używać i że nie, kroplami z zoologa nie wyleczysz zapalenia ucha, ale po momentach takich jak dzisiaj wiem, że kurwa kocham swoją pracę. Dwa psy żyją i to jedyne co się liczy. Zasłużyłem na piwo. Nara! ;)

sobota, 14 marca 2015

Hoi An- miasto tysiąca krawców, pułapka na koty i wycieczka z nieoczekiwaną przerwą.

Blog się sam nie napisze, zdjęć mam mnogo więc jedziemy dalej! Dzisiaj chciałbym Was oprowadzić po Hoi An, miasteczku w którym mieszkałem prawie dwa tygodnie, nie licząc paru wycieczek to tu to tam o których w swoim czasie. Hoi An to małe, turystyczne miasto wpisane do rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO. W szesnastym wieku był to jeden z głównych portów na morzu Południowochińskim. Osiedlali się tam i handlowali kupcy z Japonii, Chin i nieco
później Europy. Miasto urzeka swoim klimatem i jest regularnie wymieniane w top 5 miejsc które warto zwiedzić Wietnamie. W dzień całkiem spokojne miejsce nocą ożywa a roje turystów niestety są wszechobecne. Z jednej strony czad- ludzi do poznania, mnóstwo restauracji i przytulnych knajpek. Z drugiej coraz więcej backpackerów i wszelakiej maści tałatajstwa. Po minionych wiekach świetności pozostały już tylko zabytkowe budynki. W dzisiejszych czasach miejscowi głównie zajmują się
turystyką i... krawiectwem. Raj dla lasek- zasada jest prosta, bierzesz wycinasz zdjęcie z gali rozdania Oskarów na którym ktoś ma suknię którą chcesz, niesiesz ów zdjęcie do jednego z wielu krawców, za parę dni suknia gotowa, idealnie skrojona na miarę za ułamek ceny oryginału. Uszyją Ci tam wszystko, od fraku do stylowych bokserek włącznie... Nie żebym szył sobie na miarę bokserki- nie wiem czy dałbym się bez oporów zmierzyć tu i ówdzie ale jestem przekonany, że dla chcącego- luzik.
Hitem jest wieczorne wyjście na miasto. Temperatura sprawia, że późno po zmroku zaczyna być przyjemnie i dopiero wtedy doceniasz klimat pełną gębą. Do tego dochodzą zapachy zalatujące od ulicznych kramów, no bajka. Ulice rozświetlone tysiącami lampionów tworzą unikalny klimat. Dobra.. muszę się do czegoś przyznać. Pogoda generalnie czad ale akurat kiedy przyszło do naszych dwóch tygodni na miejscu lało niemalże cały czas i było pochmurno. Za zdjęcia z plaż nie liczcie tym razem,
przez dwa tygodnie nie postawiłem nogi na piasku z kilku powodów. Po pierwsze było sporo pracy, po drugie jak leje to co to za atrakcja. Wiem wiem, zdjęcia jedzenia są już passe ale nie mogłem się oprzeć. Człowiek dopiero w takich miejscach orientuje się, że coś może mieć smak taki, że urywa głowę i z miejsca chce się tam zostać i przez resztę życia jeść to w kółko. Wszystko świeże, zero mrożonek, folii, wszelkiej maści E-pińcet itd. Tu po lewej sajgonki w artystycznej prezentacji. Wracając
jeszcze do Hoi An, pewnego wieczoru zdarzyło mi się strzelić zdjęcie może nie idealnej jakości i kompozycji ale ma dla mnie jakąś magię w sobie- między innymi dzięki sporym opadom deszczu tamtego wieczora. W oddali zarys brzegu, woda a na pierwszym planie kobieta pod parasolem sprzedająca lampiony. Nie do końca potrafię to nazwać i dotknąć, ale to chyba jeden z moich lepszych uwiecznionych momentów. Dom w którym mieszkaliśmy, jak już wiecie miał w zestawie pięć kotów które
obdarzone były nadzwyczajnym zmysłem. Albo miały czujnik nacisku na fotel i jak ktoś siadał zaświecała im się lampka w ichniejszym kocim centrum dowodzenia, albo skubane czają grawitację bardziej niż my. W każdym razie za każdym razem kiedy chciało się spokojnie usiąść na werandzie, mimowolnie zastawiało się pułapkę na koty. Czas aktywacji pułapki- 10 sekund, skuteczność 100%, wielokrotnie pułapka działała na większość okolicznych futrzaków, dowody na załączonym
obrazku. Ok- teraz parę słów o naszej kilkugodzinnej wtopie. Wszystko zaczyna się kilka dni wcześniej kiedy C. oznajmia, że w Da Nang jest początkujące centrum/ ośrodek pomocy zwierzakom i że strasznie by im się przydał weterynarz na jeden dzień w celu przeglądu pogłowia na stanie oraz przeprowadzenia paru szybkich zabiegów po których petenci wychodzą lekko oszołomieni, nieco lżejsi i niezdolni do reprodukcji. Dogadaliśmy wszystkie szczegóły, trzeba było
zabrać parę klamotów więc uznaliśmy, że najlepszym pomysłem będzie wynajęcie lokalnej taksówki. Większość populacji krajów południowowschodniej Azji, jak już wspominałem operuje na kalendarzu bardziej niż na zegarku więc nie ma co panikować jak jest obsuwa pół godziny. Moje prywatne powiedzenie brzmi, że jeśli śpieszysz się na samolot i wiesz, że odlatujesz, zamawiasz taksówkę i powiem, że nawet czasem jest szansa, że przyjedzie... Taksówkarz zjawił się z sobie
znaną nonszalancją jakiś czas po planowanym podjęciu pasażerów- czytaj mnie, pielęgniarki i T. wietnamki tłumacza. Pakujemy klamoty do auta, bagażnik całkiem całkiem, wszystko się mieści ładnie mimo, że sedan, wsiadamy rozkoszujemy się klimą, ruszamy spod ośrodka... Przejechaliśmy może ze dwadzieścia metrów (DWADZIEŚCIA metrów- cała droga do Da Nang to jakieś pół godziny) i okazuje się, że taksówkarz jedzie w złą stronę ( o czym muszą wiedzieć pasażerowie, przecież on
tu tylko prowadzi). Każemy mu zawrócić... Na drugim zdjęciu auta, po prawej stronie widać drogę którą jechaliśmy. Kolo uznał, że sprytnie wykorzysta boczną uliczkę, żeby nawrócić, wali wsteczny, cofa, odkręca w prawo i dzida po gazie... Brakło mi paru sekund, żeby mu się wydrzeć w twarz (jedyna sprawdzona metoda!) żeby się zatrzymał bo wjeżdża na górkę swoim elegansio niskim srebrnym wychuchanym sedanem- siedziałem z przodu po stronie pasażera (Wietnam tak jak
Polska, kierowca po lewej w aucie, auta po prawej na drodze) więc całą górkę widziałem doskonale jak w zwolnionym tempie chowa mi się pod zawieszenie od mojej strony. Koła w powietrzu, stoimy, finisz. Ziomek wychodzi z auta i wielce zdziwiony. My załamka, bo tam już czekają, pchamy auto we cztery osoby, nie ma bola zawieszone na amen, bez drugiego auta i liny nie ma szans. Pojawiają się pierwsi gapie ( swoją drogą cholernie to znajome- już miałem przygody z autem,
linami, gapiami itd. czuję się jak w dniu świstaka, dejavu pełną gębą). Wszystko fajnie, lokalsi zaczynają kopać, motyki, szpadle i łoapty idą wruch ale auto zawieszone na fest. Mówimy kierowcy, żeby zadzwonił po jednego ze znajomków z firmy taksiarskiej co by przyjechał i pomógł... Taksówkarz zmierza w stornę drzwi od kierowcy i okazuje się, że auto "samo się zamknęło" a kluczyki w stacyjce... :D Tatuaże mi się rozlewają, witki mam na podłodze, już się przestałem wkurwiać, zaczynam
się śmiać. Wracamy z buta (całe 20 metrów) do ośrodka na kawę, zostawiamy dwudziestu wietnamczyków przy zakopanym aucie. Zen i wschodni relaks- pojedziemy to pojedziemy, nie- to jutro też jest dzień. Po dwóch godzinach taksiarz (swoją drogą jest na jednym ze zdjęć- wygląda jak ichniejsza wersja rockmena dla ubogich) przyjeżdża uruchomionym autem- nawet nie wnikam jak to ogarnął- nie będę się irytował. Do centrum w Da Nang dotarliśmy (taksiarz się zgubił ze trzy razy) w końcu- na jednym ze zdjęć warunki w jakich przyszło mi operować. Zrobiliśmy co mieliśmy zrobić i popołudniu ogarnęliśmy lokalną szamę ale tym razem w nieco lepszej knajpie dla turystów, z zagranicznym, piwem i w ogóle. Kilka ostatnich zdjęć właśnie stamtąd. Zasłużyliśmy tamtego dnia ;) Zapraszam do komentowania. Yo!

piątek, 13 marca 2015

VAWO czytaj Vietnam Animal Welfare Organisation

Dzisiaj parę słów o centrum do którego się udaliśmy i pierwszych krokach na wietnamskiej ziemi. Po początkowej imprezie na której przyjęliśmy lokalne przysmaki (jak jeść sajgonki to tylko w Wietnamie- moc i kopara na glebie) i spore ilości importowanego czerwonego wina przyszedł czas na pierwszy dzień w ośrodku. Jeśli chodzi jeszcze o kwestię alkoholu to generalnie w Azji jest ciężko. Ani kultury, ani tradycji robienia porządnego alkoholu nie ma. Z lokalnych trunków najbardziej przyswajalne jest piwo które powiedzmy, że da się pić. Mocne alkohole- nie dziękuję, nie gustuję w czymś co fermentowało z ryżu i wszystkiego innego co akurat wpadło do kadzi. Jeśli alkohol w Wietnamie, generalnie w tamtych rejonach świata to importowany. Wracając do głównego wątku- pierwszy dzień zaczęliśmy od obejścia terenu i zapoznania się
z ludźmi i zwierzętami na terenie ośrodka. Organizacja posiadała w tamtym czasie dwa domy, jeden tylko koci, w którym mieszka jedna z założycielek- E. i drugi, główny w którym mieszka C., psy oraz wszelkiej maści przygarnięte stworzenia czytaj kura, parę kaczek, kilka rybek, koty i świnia o wdzięcznym imieniu Julian. Oprócz założycielek organizacji spotkaliśmy paru wolontariuszy, rozgrzewka klasyk. Zaczęliśmy rozmawiać o poziomie zwierzęcego dobrostanu w kraju czyli dyskusja na poziomie jednorożce i smoki. Brak. Temat wietnamskich weterynarzy i opieki "medycznej" poruszę w osobnym poście bo to wymaga ode mnie pewnej dozy mniej lub bardziej procentowych uspokajaczy w celu uniknięcia notorycznie pojawiających się wykrzykników i bluzgów. Po obsikaniu kątów pojechaliśmy na lokalny bazar.
Zdjęcie może nie jest najlepszej jakości ale dla siedzących w temacie będzie niemałym szokiem. Sprawa ma się tak- idziesz sobie człowieku przez bazar, tu jakaś zielenina, tu plastikowe łyżki, durnostojki, sitka, kubki i szmaty do podłogi. Tam zielenina i jakaś padlina na straganie z mięsem po którym łazi małe stado całkiem przypasionych much które sens życia znalazły w obsrywaniu mięsa nie pierwszej świeżości i wkurwianiu sprzedawczyni która po jakimś czasie daje za wygraną i nawet kiedy podchodzą klienci ma generalnie w dupie odganianie małego roju acoby kupujący mógł zobaczyć co kupuje spod warstwy insektów. Tu jakieś szmaty, skorupy, generalnie wszystko i nic. Wchodzisz sobie jak gdyby nigdy nic na stoisko- takie nasze RTV/AGD, tylko bez RTV a AGD to miski, chochle i szczotki, odwracasz głowę i twoim jakże niewinnym
oczom ukazuje się gablotka z medykamentami. Myślisz e tam ziółka, homeopaci, pierdoły. Podchodzisz bliżej a tam wszelkiej maści antybiotyki w proszkach, zasypkach, fiolkach do iniekcji oraz strychnina (wysoce toksyczny alkaloid używany jako pestycyd do tępienia różnej maści ptaków i gryzoni ale w dobrej dawce położy psa, krowę i teściową). Bezzębna kobieta (a jeśli ma jakieś zęby to koloru pastelowa żółć z lekką domieszką
krowiego placka- taki przyćmiony szarością pomarańcz) na oko ze 120 lat na bidę uśmiecha się szeroko i w ogólnoświatowym migowym proponuje żebyś wziął całą gablotkę. Obłowiłem się jak zagubiony w żabce po zamknięciu alkoholik. Obładowany amoksycyliną we fiolkach wracałem do centrum ale pod drugą pachą taszczyłem wspaniałą zdobycz- lokalne owoce. Jak zawsze podbiłem do straganu i wybrałem dokładnie to co widzę pierwszy raz na oczy. Motto jest takie, bierz, spróbuj, potem pytaj co to. Na zdjęciu różowy dragon fruit (wielkość ananasa, w środku biały miąższ o konsystencji kiwi i smaku zbliżonym do arbuza- zakochałem się), parę znanych z Tajlandii rambutanów i custard apple na górze ( smakuje trochę faktycznie jak zgniły, przejrzały jabłkowy budyń- całkiem dobre. Mega słodkie, lepkie i zamula). Na zdjęciu powyżej klasyczna wietnamska restauracja dla lokalsów, ostatniego turystę
tam widzieli jak przyszedł o drogę zapytać. Wpadliśmy, szybkie zamówienie i wiedzieliśmy że jesteśmy na językach. Nie dość że zjesz tanio, to jeszcze od czasu do czasu zobaczysz białego człowieka- tylko u nas! A knajpa jak to knajpa autochtonów- z tyłu zdjęcia był materac ze śpiworem na podłodze na którym leżał otyły siedmiolatek i oglądał jakieś bajki w telewizji. Taki domowy saloon dla znajomków. Tu po lewej warunki w jakich operowaliśmy w jednym z domów- w tym kocim. W parę dni
uwinęliśmy się ze wszystkimi kilkudziesięcioma kotami. Parę słów o VAWO- Organizacja istnieje prawie dwa lata, założona przez dwie pasjonatki C. i E. Utrzymuje się tylko z datków dobrych ludzi, stara się szerzyć świadomość i ratować co uratować się da. W planach natomiast wiele- między innymi klinika weterynaryjna, centrum szkolenia/ dokształcania wietnamskich weterynarzy, ośrodek dystrybucji leków, centrum walki z idiotycznym prawem (m.in. głośna w ostatnim czasie
sprawa zakopania żywcem kilku ton przechwyconych przez policję kotów... zakopania żywcem- tak, takie jest wietnamskie prawo- odzyskane skradzione dobra należy zakopać. I chuj, że to zwierzęta. Brak pojęcia totalny.) etc. Jak macie chwilkę, to serdecznie zapraszam na http://www.vnanimalwelfare.org/. Tam znajdziecie dużo więcej informacji. Tyle na dziś, yo!

czwartek, 12 marca 2015

Ze wszystkich egzotycznych zwierząt...

No to jedziemy. Pierwsza historia jest krótka ale niesie ze sobą ważny przekaz. Na całą wycieczkę do Wietnamu początkowo zdecydowałem się sam, standardowa procedura, urlop wzięty, bilety lotnicze zabukowane, parking na lotnisku, wiza, książeczka szczepień, kontakt na miejscu, cała ta zabawa. Minęło trochę czasu, oswoiłem się z myślą o powrocie do ukochanej Azji, zacząłem rozpuszczać wici w pracy że nie będzie mnie przez kilka tygodni bo znowu jadę szperać w brzuchach i odejmować jądra losowo spotkanym zwierzętom. Jakiś czas później, mniej więcej miesiąc przed wyjazdem jedna z pielęgniarek z którymi pracuje usłyszała o pomyśle i przypaliła się niemalże jak ja. Szybkie objaśnienie sprawy i okazało się, że jedziemy we dwójkę- jak ja jej za to dziękuję, nie macie pojęcia, ale do tego dojdę ;) Laska nigdy nie była na wakacjach poza Europą więc gładko wcieliłem się w rolę opiekuna/ przewodnika nie bacząc na fakt że Wietnam znałem tak jak Komorowski zna obyczaje panujące na salonach- nie znałem. Nadszedł dzień wyjazdu,
Gatwick Airport pożegnało nas kilkustopniowym mrozem, parą z ust, generalnie klimatem którego mieliśmy nadzieję unikać przez kolejne kilka tygodni. Zapakowaliśmy się na samolot, jeden, drugi, wysiadamy w Da Nang po przesiadce w Saigonie. Na pokładzie siedziałem koło anglika który powiedział że mieszka i pracuje w Wietnamie już ze dwa lata. Złapałem chłopa jak michę miodu, pytam gdzie jechać, co zobaczyć, na co uważać itd. Z całej rozmowy pamiętam kilka kluczowych zdań. Po pierwsze powiedział, że lotnisko w Saigonie było najbardziej ruchliwym lotniskiem świata z największą ilością przylotów i odlotów podczas Wojny. Po drugie przyznał, że mimo iż Wietnam to wciąż socjalistyczny kraj ( o dowodach czego nieco później) to czuje więcej swobody niż w Anglii. Dwa tygodnie później wiedziałem dokładnie o co mu chodzi. Dobra, wracając do wątku- wysiadamy, bagaże na plecy i wyczołgujemy się z lotniska w dobrze mi znany już piekarnik. Plan jest prosty, mamy wyściubić łby a komitet powitalny ma na nas czekać, zabrać do miejsca docelowego, czad sielanka... Wszystko fajnie, problem w tym że po wyjściu z lotniska komitetu ani widu ani słychu. Łapię za telefon, ogarniam adres, zaczynam się rozglądać za taksówką. Nie jest źle, mniej więcej wiem gdzie jedziemy. Już mam łapać pierwszą lepszą okazję, gdy rzeczony jednoosobowy komitet się zjawia. Wita nas jedna z założycielek centrum, szybkie przywitanie i do auta. Padamy na pyski, jedyne o czym myślę to prysznic i jakaś lokalna szama. W trakcie drogi do domu rozmawiamy o Wietnamie i centrum. Docieramy na miejsce i oczom naszym ukazuje się ów dom ze zdjęcia z poprzedniego posta. Prysznic, szybkie rozpakowanie i w miasto. Okazuje się, że nie będziemy zwiedzać Hoi An- miasteczka w którym stacjonujemy ale na kolację jedziemy do oddalonego o 30 minut autem Da Nang. Jedna z wolontariuszek wyjeżdża tego wieczoru. Da Nang do którego przylecieliśmy okazuje się nie być dziurą na zadupiu, a milionowym miastem z barami na szczycie hoteli, basenami (znowu jak na zdjęciach z poprzedniego posta) itd. Po kolacji i lotnisku wracamy do domu, walimy w kimę. Budzę się rano i czuję że żyję. Budzę się w miejscu do którego tęskniłem dwa lata. Do zapachów, smaków, do cholernej wilgotności, do leniwych mieszkańców. Sączę poranną kawę na werandzie i tu właściwie zaczyna się gwóźdź programu czytaj posta.
Koleżanka moja droga pielęgniarka wychodzi ze swojego pokoju, lokalizuje moje aktualne miejsce posadzenia tyłka i nieśmiało podchodzi zagadać. Jest absolutnie świadoma jak podchodzę do wszystkich ośmionożnych pomiotów szatana. "-Jest sprawa"- zaczyna. "-Mhm?"- znad kubka świeżo mielonej wietnamskiej kawy. "-Bo u mnie w pokoju jest pająk i jak się okazuje musiał tam być minimum od wczoraj, pomożesz mi go złapać?"- pyta niewinnie. Teleportuję się jakieś 5 metrów dalej, tak dla zachowania dystansu jak to mawiają w razie wu. "-Duży?"- pytam. "Jak mi pomożesz odsunąć szafę i jak go złapię to Ci pokażę... No mały nie jest..."- pada odpowiedź. I teraz sytuacja jest taka: Mam dwie opcje- Opcja pierwsza- naginam do szefostwa ośrodka i mówię, że dach się wali, kafelki odpadają i w ogóle całą noc mi się ściany trzęsły więc nie sądzę, żeby to był dobry pomysł zostawać w tym domu. Opcja druga- Odsunąć tą cholerną szafę, wiedząc, że z tyłu jest w każdej chwili gotowy mnie udusić wietnamski zabójca. Po chwili namysłu odsuwam szafę i szybkim krokiem oddalam się od zajmowanego kwadratu. Mija może parę minut i słyszę krzyk: "- Mam go!!! Chodź tu i podaj mi aparat". Wchodzę do domu, nogi standard galareta i zastaję taki oto obrazek. Na podłodze w pokoju gościnnym klęczy moja koleżanka, do podłogi przyciskając multipak do płyt CD w którym znajduje się rzeczona bestia. Wymiana zdań która następuje później pokazuje rozmiar tragedii w którą jestem przymusowo uwikłany. "- A weź sobie sama aparat, ja się tam nie zbliżam ani na krok"- Krzyczę z drugiego końca pokoju. I teraz jest hit, uwaga odpowiedź: "Nie mogę, bo on jest NA TYLE SILNY że jak wstanę po aparat to PODNIESIE TO PUDEŁKO CAŁE A BIEGA NIEPRZECIĘTNIE SZYBKO...". Aha... Czyli nie dość że sprinter to jeszcze skurwiel waga ciężka. Koniec końców podaję jej aparat którym robi powyższe zdjęcie. Potem wynosi go na ulicę, odchodzi dobre sto metrów i wyrzuca w dżunglo/ rów. Ze wszystkich egzotycznych zwierząt, jako pierwszego spotkałem pająka mutanta. Dla zobrazowania sytuacji zwróćcie uwagę na kocie głowy dla porównania skali na zdjęciu, dziękuję, kurtyna.

Come back

Blog wraca do życia. Ponad dwa lata przerwy, ogrom doświadczeń i nowych wyzwań więc czas wznowić pisanie. Dzisiaj dzień szczególny, właśnie się dowiedziałem że zmarł Terry Pratchett. Ogromna szkoda ale jakoś tak czuję, że warto wrócić do pisania, szczególnie w taki dzień jak dzisiaj. Na początku kilka informacji w telegraficznym skrócie o tym co się działo przez ostatnie dwa lata, potem nieco o planach i pomysłach na dalsze wypociny. Blog umarł śmiercią naturalną i nieco wymuszoną z powodu niechybnej śmierci laptopa w Tajlandii. Potem nie bardzo było już co zbierać, pojawiły się nowe horyzonty, mniej egzotyczne, bardziej mgliste i chyba w tym wszystkim trochę zapomniałem jaką to mi frajdę sprawiało. Po wyjeździe z Tajlandii przyszedł czas na ogarnięcie co tu dalej robić. Niewiele myśląc postawiłem na emigrację. Z różnych przyczyn okazało się to strzałem w dziesiątkę. Przez ostatnie dwa lata mieszkałem i pracowałem w Wielkiej Brytanii, zebrałem masę doświadczenia, zwiedziłem Europę wzdłuż i wszerz. Końcem zeszłego roku zatęskniłem za Azją i wybrałem się na dwa tygodnie do Wietnamu żeby znowu powąchać azjatyckiej kultury a przy okazji dotknąć po raz kolejny ośrodka który zajmuje się edukacją praw, ratowaniem i opieką małych zwierząt. Padło na VAWO- Vietnam Animal Welfare Organization
To dom w którym mieszkaliśmy, całkiem przyjazne miejsce. Właściciel wynajął nam cały dom na cały nasz pobyt. Dom miał w pakiecie kilku lokatorów.
Patrz zdjęcie obok. Przez najbliższe kilka dni, tygodni mam zamiar zdać Wam mniej lub bardziej szczegółową relację z pobytu w Hoi An bo zdjęć mam mnogo a moje marne wypociny zawsze chciałem ubarwiać zdjęciami. Na opis całej grudniowej przygody mam parę tygodni bo szykują się spore zmiany. Otóż przytulną, bezpieczną i pozbawioną życiowych stresów Anglię postanowiłem zamienić na Azję. Tym razem mam nadzieję, że na dużo dłużej niż 3 miesiące. Wypowiedzenie z pracy złożone, powoli zaczynam myśleć o pakowaniu i w drogę! Przez najbliższe kilka miesięcy usłyszycie ode mnie z Japonii, Wietnamu, Singapuru i Laosu... ale o tym w kolejnych postach. Parę zdjęć z kilku pierwszych dni grudniowej wyprawy na rozgrzewkę!